-A tutaj są jaskinie- mówi ciągle Tadashi, brat Azazel’ a.- Ale nie każdy tutaj śpi.. to znaczy..- starałam się słuchać, ale w efekcie docierało do mnie co 3 zdanie. Naprawdę starałam się wyglądać na zainteresowaną. Może gdybym była Ren’ em, słuchałabym teraz białego wilka w skupieniu. Może gdybym była Ren’ em cieszyłabym się, że ktoś chce mnie przygarnąć. Gdybym była Ren’ em. Ale jestem sobą… czarną Derą. Dzikim duchem. Ja się do tego po prostu nie nadaję. Tylko, że nikt mnie nie rozumie. Nawet brat nie zawsze wie co mam na myśli, a co dopiero inne wilki, nie należące do „rodziny” (dwu osobowej, ale zawsze to coś).
-A tutaj, jest ogromny szafirowy wodospad! To jest właściwie najważniejszy „symbol” naszej watahy! To właśnie od niego nasze stado wzięło nazwę… a może odwrotnie? Najpierw nazwano watahę, a później wodospad… Aza, jak myślisz?- Tadashi zwraca się do brata.
-Moim zdaniem, najpierw nazwano wodospad, a później watahę.- stwierdza ognisty basior. Dashi przez chwilę jest usatysfakcjonowany taką odpowiedzią. Idziemy w spokoju do następnego miejsca. Mam nadzieję, że będziemy już iść we względnej ciszy, ale zaraz słyszę pomruk jasnego wilka.
-Jesteś pewien Aza? Najpierw wodospad, a później wataha?
-No… moim zdaniem tak chyba byłoby logiczniej, co nie?
-A…- Tadashi marszczy czoło.- może jednak najpierw wataha…
-Ale skąd w takim razie pomysł na wodospad, w naszej nazwie, co?!
-A no… nie wiem. Tak sobie tylko myślałam…- ciągnie temat.- Po prostu moim zdaniem…
Już nie wytrzymuję. Nie jestem przyzwyczajona do takich rozmów. A właściwie t a k i c h rozmów. Czemu gadają o wodospadzie?!
-A moim zdaniem powinieneś się trochę przymknąć.- szepczę do siebie. Mam nadzieję, że nikt tego nie słyszy. Jednak Aza, który szedł bliżej zerka w moją stronę. Taksuje mnie wzrokiem, a później parska śmiechem.
-Co się stało?- pyta Dashi. Czuję, że się rumienię ze wstydu. Tak, na pewno tak jest bo Azazel śmieje się jeszcze głośniej.- Aza, co żeś jej zrobił?- biały wilk oskarża swojego brata. Ten jednak tylko kiwa głową na mnie.
-Zapytaj jej. Ma całkiem barwne słownictwo. Co więcej, wie kiedy go używać.- piorunuję go wzrokiem, ale „narcyz” nic sobie z tego nie robi. Za to Dashi ciągle się we mnie wpatruje. Nie wytrzymuję.
-Po prostu… czuję się jakbym była na wycieczce w jakimś starym i ważnym miejscu. Niczym muzeum, w którym oglądamy antyki, albo coś w ten deseń… „tutaj wodospad… a tu jezioro… o! A tutaj, jaskinie..”, to trochę męczy. Przepraszam, wolę sama zwiedzać tereny.- widząc zmartwioną minę białego wilka, dodaję pośpiesznie.- Albo z kimś! Ale bez tak szczegółowych opisów. Wybacz, że nie mówiłam o tym wcześniej…- spuszczam głowę. Nagle sobie coś uświadamiam: JA SPUSZCZAM GŁOWĘ! TO JAKBYM WYRAŻAŁA SKRUCHĘ!!! Czy ja jestem AŻ TAK słaba!? Doprowadzam się więc do porządku i patrzę spode łba na Azazel’ a, który nie miał za grosz wyczucia, by choć raz zamknąć japę.
-Wcześniej ujęłaś to trochę inaczej.- szturchnął mnie, a ja znów go spiorunowałam. Podchodzę bliżej do ognistego basiora i szepczę mu do ucha:
-Chrzań się.- odskakuję od niego szybko i dołączam do Dashi’ ego. Idziemy przez chwilę razem. Zaraz dobiega do nas Azazel, ale niczego już nie mówi. W końcu dostałam to, czego potrzebowałam- odrobinę spokoju. Nie żebym była osobą która nie lubi akcji, ani zamieszania, ale co jakiś czas muszę znaleźć w sobie taki wewnętrzny spokój. Niestety, z miesiąca na miesiąc, coraz trudniej go wydostać z mojego skamieniałego serca.
-Ha! Wiesz Dera, wystarczyło powiedzieć.- odwracam się w stronę Tadashi’ ego. Wzruszam tylko ramionami, ale basiorowi w zupełności wystarcza ta odpowiedzieć. W końcu lepsze to niż totalna ignorancja.
-Już, dobrze, dobrze…- wzdycham.
-No, w każdym bądź razie, skoro wolisz sama oglądać teren, nie ma sprawy. Ale jeśli wolałabyś zobaczyć go z jakimś wilkiem, wystarczy mnie poprosić.- biały wilk uśmiecha się i wyciąga do mnie łapę. Wiem, że Dashi nie chce mnie uderzyć. Wiem, że nie chce mnie przewrócić. Najprawdopodobniej chce mnie poczochrać, albo „poklepać” po przyjacielsku.
W chwili, kiedy mój umysł mówi „On NIE chce cię skrzywdzić”, serce mówi mi „zagrożenie”. W jednej chwili, instynktownie odsłoniłam kły i dziabię Dashi’ ego w łapę, którą do mnie wyciągał. Po czym szybko odskakuję, jak oparzano. Gdy dzieli nas odległość kilku metrów, zdaję sobie sprawę z tego, co przed chwilą zrobiłam. Podbiegam więc do Dashi’ ego. Dwaj bracia zerkają na mnie. Ta twarzy jednego maluje się nienawiść i chęć zemsty. Na tego drugiego coś na kształt zaskoczenia. Nie trudno zgadnąć który opis, do którego wilka należy.
-Przepraszam…- zdaję sobie sprawę, że to niczego nie zmieni, więc dodaję.- bardzo cię zraniłam?
Dashi przez chwilę nie odpowiada. Z resztą nic dziwnego. Wilczyca, która szła obok niego, z którą przed chwilą rozmawiał nagle go zaatakowała. To nie jest normalne, zdaję sobie z tego sprawę. Musze mu wyjaśnić dlaczego to zrobiłam.
-Eeee… nie. Znaczy, jest w porządku. Lekkie draśnięcie.- nie wierzę mu, więc podchodzę bliżej by przyjrzeć się ranie. Nagle coś odtrąca mnie od białego wilka i przygniata do ziemi. Wiem jak to c o ś się nazywa- Azazel. Czerwony wilk warczy na mnie wściekły. Tym razem nie ustawiam się w pozycji obronnej. Nie chcę pogorszyć swojej sytuacji. Znaczy… jeszcze bardziej. Chcę mu wyjaśnić o co chodzi, zanim ognisty basior zmiażdży mi czaszkę. Mam już otworzyć usta, ale uprzedza mnie Tadashi.
-Stój, Azazel, ona nie chciała źle.- jeden brat odciąga drugiego. Ten pierwszy pomaga mi wstać.
-Zwariowałeś! To jakaś dzikuska! Jest niczym dziecko diabła!- Azazel wygląda tak, jakby miał się na mnie rzucić po raz kolejny, więc instynktownie chowam się za Tadashim. Z charakteru przypomina mi trochę Ren’ a, więc to pewnie dlatego odruchowo szukam u niego schronienia.
-Raczej dwóch demonów.- oświadcza stanowczo Tadashi. Później jednak zakrywa usta łapą i robi wielkie oczy.
Zerkam nieufnie na białego wilka. Taksuję go wzrokiem i marszczę czoło. Chcę go spytać skąd to wie. Czy mówi o moich rodzicach, czy po prostu poprawił brata w kwestii biologii i uświadomił mu, że aby powstał szczeniak potrzeba dwóch wilków a nie jednego. Ale zamiast tego kiwam głową.
-Tak. Stworzyły mnie diabły w wilczej skórze. Nic na to nie poradzę. Z resztą można się domyślić, że alkoholik i prostytutka nigdy nie wychowają wzorowo córki.- mówię spokojnie i odchodzę od braci.- Nie mogę tu zostać. Przeproście za mnie Ren’ a.- kończę, jednak po chwili dodaję, zwrócona w stronę Azazel’ a.- Te, narcyz. Może zanim zdecydujesz się zmiażdżyć mi czaszkę, zapytaj się brata czemu zareagowałam tak na uniesioną nade mną łapę. Zdaje się, że coś o tym wie.- posyłam białemu nieokreślone spojrzenie. W jednej chwili odwracam się i opuszczam dwa wilki. Nie idę, nie truchtam. Ja biegnę. Uciekam od tych wilków. Nie chcę mieć nic wspólnego z watahą. Ani tą, ani żadną inną. Tak będzie dla nich najlepiej. Jeszcze nie do końca panuję nad sobą, ale nie mogę tego zmienić. A nikt nie zrozumie tej dziwnej fobii, bo nie mam zamiaru opowiadać swojego życiorysu pierwszym lepszym wilkom. Tak więc, nie uciekam dlatego, że się boję. Uciekam aby móc żyć.
-Dera!- słyszę jak ktoś mnie woła. Ale pod wpływem impulsu, nie rozpoznaję głosu. Mimo to zatrzymuję się, by zobaczyć kto krzyczy moje imię. Mam wielką nadzieje, że to Ren. Zaraz jednak zdaję sobie sprawę z tego, że nie było go ze mną. Chcę więc, aby to był Tadashi, jednak ku mojemu zdziwieniu podbiega do mnie Azazel.
Azazel? Tadashi? Przepraszam, że tak okrutnie was potraktowałam.