piątek, 3 kwietnia 2015

Od Dery ( CD. Azazela ) : Córka demonów

Hm…. Szczerze? Nie mam ochoty na zwiedzanie watahy. To znaczy, nie mam ochoty na nic, ale nigdy nie byłam fanką zwiedzania i podziwiania terenów. Jeśli już to wolę włóczyć się sama po nieznanych krainach, a nie oglądać tereny i słuchać: „a tutaj są jaskinie… a tutaj potok… a dalej jezioro…” i tak dalej i tak dalej… do znudzenia. Ale co mogę zrobić? Chyba tylko mieć nadzieję, że tereny nie są rozlegle.
-A tutaj są jaskinie- mówi ciągle Tadashi, brat Azazel’ a.- Ale nie każdy tutaj śpi.. to znaczy..- starałam się słuchać, ale w efekcie docierało do mnie co 3 zdanie. Naprawdę starałam się wyglądać na zainteresowaną. Może gdybym była Ren’ em, słuchałabym teraz białego wilka w skupieniu. Może gdybym była Ren’ em cieszyłabym się, że ktoś chce mnie przygarnąć. Gdybym była Ren’ em. Ale jestem sobą… czarną Derą. Dzikim duchem. Ja się do tego po prostu nie nadaję. Tylko, że nikt mnie nie rozumie. Nawet brat nie zawsze wie co mam na myśli, a co dopiero inne wilki, nie należące do „rodziny” (dwu osobowej, ale zawsze to coś).
-A tutaj, jest ogromny szafirowy wodospad! To jest właściwie najważniejszy „symbol” naszej watahy! To właśnie od niego nasze stado wzięło nazwę… a może odwrotnie? Najpierw nazwano watahę, a później wodospad… Aza, jak myślisz?- Tadashi zwraca się do brata.
-Moim zdaniem, najpierw nazwano wodospad, a później watahę.- stwierdza ognisty basior. Dashi przez chwilę jest usatysfakcjonowany taką odpowiedzią. Idziemy w spokoju do następnego miejsca. Mam nadzieję, że będziemy już iść we względnej ciszy, ale zaraz słyszę pomruk jasnego wilka.
-Jesteś pewien Aza? Najpierw wodospad, a później wataha?
-No… moim zdaniem tak chyba byłoby logiczniej, co nie?
-A…- Tadashi marszczy czoło.- może jednak najpierw wataha…
-Ale skąd w takim razie pomysł na wodospad, w naszej nazwie, co?!
-A no… nie wiem. Tak sobie tylko myślałam…- ciągnie temat.- Po prostu moim zdaniem…
Już nie wytrzymuję. Nie jestem przyzwyczajona do takich rozmów. A właściwie t a k i c h rozmów. Czemu gadają o wodospadzie?!
-A moim zdaniem powinieneś się trochę przymknąć.- szepczę do siebie. Mam nadzieję, że nikt tego nie słyszy. Jednak Aza, który szedł bliżej zerka w moją stronę. Taksuje mnie wzrokiem, a później parska śmiechem.
-Co się stało?- pyta Dashi. Czuję, że się rumienię ze wstydu. Tak, na pewno tak jest bo Azazel śmieje się jeszcze głośniej.- Aza, co żeś jej zrobił?- biały wilk oskarża swojego brata. Ten jednak tylko kiwa głową na mnie.
-Zapytaj jej. Ma całkiem barwne słownictwo. Co więcej, wie kiedy go używać.- piorunuję go wzrokiem, ale „narcyz” nic sobie z tego nie robi. Za to Dashi ciągle się we mnie wpatruje. Nie wytrzymuję.
-Po prostu… czuję się jakbym była na wycieczce w jakimś starym i ważnym miejscu. Niczym muzeum, w którym oglądamy antyki, albo coś w ten deseń… „tutaj wodospad… a tu jezioro… o! A tutaj, jaskinie..”, to trochę męczy. Przepraszam, wolę sama zwiedzać tereny.- widząc zmartwioną minę białego wilka, dodaję pośpiesznie.- Albo z kimś! Ale bez tak szczegółowych opisów. Wybacz, że nie mówiłam o tym wcześniej…- spuszczam głowę. Nagle sobie coś uświadamiam: JA SPUSZCZAM GŁOWĘ! TO JAKBYM WYRAŻAŁA SKRUCHĘ!!! Czy ja jestem AŻ TAK słaba!? Doprowadzam się więc do porządku i patrzę spode łba na Azazel’ a, który nie miał za grosz wyczucia, by choć raz zamknąć japę.
-Wcześniej ujęłaś to trochę inaczej.- szturchnął mnie, a ja znów go spiorunowałam. Podchodzę bliżej do ognistego basiora i szepczę mu do ucha:
-Chrzań się.- odskakuję od niego szybko i dołączam do Dashi’ ego. Idziemy przez chwilę razem. Zaraz dobiega do nas Azazel, ale niczego już nie mówi. W końcu dostałam to, czego potrzebowałam- odrobinę spokoju. Nie żebym była osobą która nie lubi akcji, ani zamieszania, ale co jakiś czas muszę znaleźć w sobie taki wewnętrzny spokój. Niestety, z miesiąca na miesiąc, coraz trudniej go wydostać z mojego skamieniałego serca.
-Ha! Wiesz Dera, wystarczyło powiedzieć.- odwracam się w stronę Tadashi’ ego. Wzruszam tylko ramionami, ale basiorowi w zupełności wystarcza ta odpowiedzieć. W końcu lepsze to niż totalna ignorancja.
-Już, dobrze, dobrze…- wzdycham.
-No, w każdym bądź razie, skoro wolisz sama oglądać teren, nie ma sprawy. Ale jeśli wolałabyś zobaczyć go z jakimś wilkiem, wystarczy mnie poprosić.- biały wilk uśmiecha się i wyciąga do mnie łapę. Wiem, że Dashi nie chce mnie uderzyć. Wiem, że nie chce mnie przewrócić. Najprawdopodobniej chce mnie poczochrać, albo „poklepać” po przyjacielsku.
W chwili, kiedy mój umysł mówi „On NIE chce cię skrzywdzić”, serce mówi mi „zagrożenie”. W jednej chwili, instynktownie odsłoniłam kły i dziabię Dashi’ ego w łapę, którą do mnie wyciągał. Po czym szybko odskakuję, jak oparzano. Gdy dzieli nas odległość kilku metrów, zdaję sobie sprawę z tego, co przed chwilą zrobiłam. Podbiegam więc do Dashi’ ego. Dwaj bracia zerkają na mnie. Ta twarzy jednego maluje się nienawiść i chęć zemsty. Na tego drugiego coś na kształt zaskoczenia. Nie trudno zgadnąć który opis, do którego wilka należy.
-Przepraszam…- zdaję sobie sprawę, że to niczego nie zmieni, więc dodaję.- bardzo cię zraniłam?
Dashi przez chwilę nie odpowiada. Z resztą nic dziwnego. Wilczyca, która szła obok niego, z którą przed chwilą rozmawiał nagle go zaatakowała. To nie jest normalne, zdaję sobie z tego sprawę. Musze mu wyjaśnić dlaczego to zrobiłam.
-Eeee… nie. Znaczy, jest w porządku. Lekkie draśnięcie.- nie wierzę mu, więc podchodzę bliżej by przyjrzeć się ranie. Nagle coś odtrąca mnie od białego wilka i przygniata do ziemi. Wiem jak to c o ś się nazywa- Azazel. Czerwony wilk warczy na mnie wściekły. Tym razem nie ustawiam się w pozycji obronnej. Nie chcę pogorszyć swojej sytuacji. Znaczy… jeszcze bardziej. Chcę mu wyjaśnić o co chodzi, zanim ognisty basior zmiażdży mi czaszkę. Mam już otworzyć usta, ale uprzedza mnie Tadashi.
-Stój, Azazel, ona nie chciała źle.- jeden brat odciąga drugiego. Ten pierwszy pomaga mi wstać.
-Zwariowałeś! To jakaś dzikuska! Jest niczym dziecko diabła!- Azazel wygląda tak, jakby miał się na mnie rzucić po raz kolejny, więc instynktownie chowam się za Tadashim. Z charakteru przypomina mi trochę Ren’ a, więc to pewnie dlatego odruchowo szukam u niego schronienia.
-Raczej dwóch demonów.- oświadcza stanowczo Tadashi. Później jednak zakrywa usta łapą i robi wielkie oczy.
Zerkam nieufnie na białego wilka. Taksuję go wzrokiem i marszczę czoło. Chcę go spytać skąd to wie. Czy mówi o moich rodzicach, czy po prostu poprawił brata w kwestii biologii i uświadomił mu, że aby powstał szczeniak potrzeba dwóch wilków a nie jednego. Ale zamiast tego kiwam głową.
-Tak. Stworzyły mnie diabły w wilczej skórze. Nic na to nie poradzę. Z resztą można się domyślić, że alkoholik i prostytutka nigdy nie wychowają wzorowo córki.- mówię spokojnie i odchodzę od braci.- Nie mogę tu zostać. Przeproście za mnie Ren’ a.- kończę, jednak po chwili dodaję, zwrócona w stronę Azazel’ a.- Te, narcyz. Może zanim zdecydujesz się zmiażdżyć mi czaszkę, zapytaj się brata czemu zareagowałam tak na uniesioną nade mną łapę. Zdaje się, że coś o tym wie.- posyłam białemu nieokreślone spojrzenie. W jednej chwili odwracam się i opuszczam dwa wilki. Nie idę, nie truchtam. Ja biegnę. Uciekam od tych wilków. Nie chcę mieć nic wspólnego z watahą. Ani tą, ani żadną inną. Tak będzie dla nich najlepiej. Jeszcze nie do końca panuję nad sobą, ale nie mogę tego zmienić. A nikt nie zrozumie tej dziwnej fobii, bo nie mam zamiaru opowiadać swojego życiorysu pierwszym lepszym wilkom. Tak więc, nie uciekam dlatego, że się boję. Uciekam aby móc żyć.
-Dera!- słyszę jak ktoś mnie woła. Ale pod wpływem impulsu, nie rozpoznaję głosu. Mimo to zatrzymuję się, by zobaczyć kto krzyczy moje imię. Mam wielką nadzieje, że to Ren. Zaraz jednak zdaję sobie sprawę z tego, że nie było go ze mną. Chcę więc, aby to był Tadashi, jednak ku mojemu zdziwieniu podbiega do mnie Azazel.

Azazel? Tadashi? Przepraszam, że tak okrutnie was potraktowałam.

czwartek, 26 marca 2015

Od Sherany ( CD. Katniss ) : Drobne poprawki

Chris proponuje polowanie co ja i Kat zgodnie przyjmujemy. Biegniemy więc i planujemy jak to zrobić a tym jej dachem. Padają pomysły dobre i gorsze, aż wreszcie uciszamy się bo wszyscy czujemy obecność naszej przyszłej ofiary. Otóż pada na samotnego jelenia. Jest duży ale chyba niedawno walczył albo uciekał, widać to po nim. Jest więc łatwą zdobyczą. Jedak jeśli chcemy to zrobić szybko to jest pewien sposób.
- Kat, Chris już to widział ale ty żebyś teraz wiedziała. Za chwilę ogłuszę nasze żarełko i twój dach więc się nie zbliżaj. Jak dam znak, wtedy możecie zaatakować - wyjaśniam. Katniss kiwa głową i nieruchomieje.
Wypuszczam opary i kiedy zwierzę jest maksymalnie zdezorientowane, moi towarzysze wkraczają do akcji. Powalają jelenia w kilka minut, a Kat go zabija. Wychodzę z krzaków i zaczynamy targanie zdobyczy na drzewo Katniss.
Jakiś czas później jesteśmy na miejscu. Trochę zmęczeni bo jeleń swoje waży ale zdeterminowani.
Chris ściąga skórę z ofiary a my porządkujemy trochę i przygotowujemy resztę. Po chwili dołączamy do basiora i pomagamy mu.
- Wiecie co? To zrobimy tak, że skórę z grzbietu damy na legowisko, a tą z brzucha będziesz miała na dach - proponuję.
- Mhm, też tak myślę - przytakuje Kat.
Uśmiecham się pod nosem i wracam do roboty. Chris zaczyna cicho gwizdać ale pod moim krytycznym spojrzeniem cichnie. NIENAWIDZĘ jak ktoś gwiżdże! Po prostu nie znoszę tego. Nucić, śpiewać, mruczeć - jasne, ale nie gwizdać!
Kiedy kończymy, robi się późno i musimy się sprężać. Tak więc Chris ponieważ ma skrzydła zajmuje się zatykaniem dachu, natomiast ja i Katniss bierzemy w obroty legowisko.
- Hej, a ty jak sie urządziłaś tam na górze? Nie przeszkadza ci to, że tam nie ma dachu i w ogóle? - pyta wadera.
- No cóż, mnie nie odstrasza deszcz, burza, śnieg, grad, upał i inne zjawiska. No, może oprócz tęczy. Wtedy się chowam, nienawidzę jej.
- Czemu?
- Nie wiem... Wolę deszcz i burzę. Raz nawet skakałam z wodospadu podczas burzy i było ciekawie ale woda wtedy trochę sie rzuca i walnęłam porządnie o skałę.
- Matko, serio? Nie bałaś się, że cię piorun walnie? W wodzie?
- W zasadzie... To trochę się tym przejmowałam ale później jakoś wszystko ze mnie zeszło i... Skoczyłam. Ale wracając do tematu... Dobrze mi tak, na otwartym terenie. Poza tym, między innymi o to chodzi. Żeby wszystko widzieć i się nie ograniczać. Nie lubię zamkniętych przestrzeni.
- Aha... No ale prywatność i te sprawy?
- Wiesz, jak będę tego potrzebować to sobie pójdę gdzieś indziej. - Wzruszam barkami. - Ale większość czasu lubię takie... otwarte przestrzenie. Lubię jak mnie ktoś odwiedza, czegoś ode mnie chce. W zasadzie to wtedy wiem, ze ktoś mnie potrzebuje. Lubię być zajęta, rozwiązywać problemy innych... - Nie kończę. Dokończenie tego zdania brzmiałoby: "... bo wtedy nie myślę o swoich". Ale kończę je tylko w głowie. Nikt nie musi o tym wiedzieć. Uśmiecham się wrednie żeby zakryć zamyślenie.
- Co cię tak śmieszy? - pyta Katniss.
- Nic w zasadzie, po prostu pomyślałam o tym, że śmiesznie by było jakbym miała mieszkać w takim czymś. - Ogarniam mieszkanko drzewne Katniss dziwnym ruchem łapy.
- Czemu?
- No bo ja... Myślę, że drzewo by mnie znienawidziło.
- Bo? - ponagla mnie wadera z zaciekawieniem.
- Bo nie jestem... No ja nie zbyt... Po prostu mogłoby tu być dziwnie i... niekoniecznie dobrze dla drzewa. Mam swoje... pomysły.
- Okey, chyba rozumiem. - Wadera uśmiecha się i otrzepuje łapy w tym samym momencie co ja. Skończyłyśmy.
- No, to koniec. Dzięki Sher, na prawdę. Bez was chyba nie dałabym rady - mówi z uśmiechem Katniss i rozgląda się po mieszkaniu. Po chwili także Chris do nas zlatuje.
- Spoko. Było fajnie, coś innego niż ta codzienna monotonność - orzeka Chris.
- Mhm, zgadzam się - dodaję.
- Tak? No to super - dziękuje Kat jeszcze raz a potem ja i Chris wychodzimy. Przez chwilę trwa cisza.
- Pffffffffffft! - prycha nagle Chris.
- Co? - Marszczę brwi i nos.
- Masz tutaj pełno kawałków futra jelenia, ot co wariatko! - śmieje się Pan Kolorowa Grzywka.
- Ha, ha. No co ty nie powiesz? Ty też. - Idziemy jeszcze chwilę a potem zasypiamy pod jakimś drzewem po godzinach śmiechu i gadania.

Ktoś? Może ty Katniss?

środa, 18 marca 2015

Od Katniss (CD Chrisa): Nowe mieszkanie

Sher nie była taka straszna jak mi się wcześniej wydawało. Chris wyraźnie odetchnął z ulgą kiedy zaczęłyśmy ze sobą rozmawiać. W końuc temat zszedł na mieszkania…
- Więc…z tego co mówił Chris mieszkasz na szczycie tego wodospadu obok jaskiń? – rzuciłam.
- Owszem – odparła wadera.
- Szkoda, że nie wpadłam na to wcześniej – powiedziałam. – Jeszcze nie znalazłam sobie mieszkania. Szukałam sobie akurat dzisiaj drzewa odpowiedniego do spania, kiedy nagle pojawił się on – kiwnęłam głową w stronę Chrisa – uświadamiając mi przy okazji, że tamto miejsce jest do kitu.
- Drzewo mówisz? – Sher zamyśliła się po czym posłała mi szelmowski uśmieszek. – Widziałam jedno takie dość rozłorzyste niedaleko Szafirowego Wodospadu. Chcesz zobaczyć?
- Prowadź! – odpowiedziałam z uśmiechem.
Sher ruszyła między dzrewami w stronę centrum watahy. Chris chyba się zamyślił, bo dogonił nas dopiero po paru sekundach. Podoba mi się tutaj, pomyślałam zadowolona. Najpierw poznałam Ren’a, całkiem miłego basiora, później Chris, który również wydawał mi się kimś ważnym (choć znam go zaledwie jakąś godzinę) i Sher – w końcu jakaś fajna osóbka, no i w końcu wadera, która nie będzie ględzić o paskudnej pogodzie i zakołtunionym futrze…a przynajmniej takie sprawia wrażenie. Obym nie musiała się stąd wynosić. Już za swoją poprzednią watahą bardzo tęsknię, nie chcę sobie wyobrażać jak bardzo brakowałoby mi tej.
W końcu dotarliśmy pod pień jednego z większych drzew blisko wodospadu. Miało gęstą koronę i gładki pień. Będzie się na nim wygodnie spało. Uśmiechnęłam się i ku zaskoczeniu moich nowych przyjaciół bez problemu wspięłam się na górę. Podskoczyłam parę razy sprawdzając giętkość gałęzi, na której stałam. Ani drgnęła. Idealnie!
- I jak? – zapytała z dołu Sher.
- Jest świetne…tylko wprowadziłabym parę zmian – wychyliłam się tak aby widzieć Chrisa i Sher. – Odsuńcie się!
Chris chyba przypomniał sobie swoje bliskie spotkanie z gałęzią, bo odsunął się bez zastanowienia. Sher podejrzanie śledziła jego ruchy, po czym zrobiła dwa kroki w tył. Skupiłam się na drzewie pod moimi łapami i zmrużyłam oczy. Siedziałam tak minutę, lub dwie starając się wyczuć każdą komórkę rośliny. Gdy już mogłam wyczuć wodę przepływającą przez tkanki przewodzące zaczęłam zmieniać drzewo pod własne grymasy. Po pierwsze przestawiłam gałęzie korony tak, że tworzyły lekko wklęsłe podłoże centralnie pośrodku. Cienkie gałązki poprowadziłam tak, aby splotły się w miarę nie przeciekający dach. Zakorzeniłam drzewo głębiej w ziemi, aby nic nie było w stanie go wywrócić. Na koniec już z rozpędu ustawiłam liście tak, aby każdy miał odpowiednią ilość światła, bo to dzrewo chyba się na tym nie znało. Gdy skończyłam otworzyłam oczy i z uśmiechem spojrzałam na swoje dzieło. Zesszłam na doł po teraz nieco pochyłym pniu i teatralnym gestem zaprosiłam Chrisa i Sher na górę. Oba wilki były pod wrażeniem już samego „pokazu”. Teraz nawet oni bez problemu mogli wspiąć się na górę. Sher gwizdnęła z podziwem.
- Ale żeś się urządziła – powiedziała po czym szturchnęła Chrisa w bark. – Wiedziałeś, że tam umie?
- Oberwałem od niej kierowaną magią gałęzią, ale nie spodziewałem się, że Kat potrafi sterować CAŁYM drzewem – przyznał wilk.
Spojrzałam jeszcze nieco krytycznie na „dach” z cienko splecionych gałązek.
- Przydałoby się czymś to uszczelnić – Sher jakby czytała mi w myślach.
- Masz rację – zamyśliłam się. – Przydałaby się jakieś dość elastyczne skóry, które będzie można tutaj zamocować.
- No i jakaś grubsza na legowisko – przypomniała mi wadera.
Chris uśmiechnął się i powiedział to, co nam wszystkim chodziło po głowach:
- Na co czekamy? Idziemy polować!
Sher? Chris?

poniedziałek, 16 marca 2015

Od Azazela ( CD. Dery )

Parsknąłem śmiechem. Tym razem był szczery. Wcisnąłem waderę pod wodę. Niemal od razu się wyswobodziła kręcąc łbem. Po chwili kichnęła prosto w wodę rozchlapując już i tak niespokojną taflę. Znowu się zaśmiałem. Dera spiorunowała mnie wzrokiem, ale również się uśmiechnęła. Miałem deja-vue: po raz kolejny ktoś wepchnął mnie do wody. Zabawe przerwał złośliwy głos:
- No proszę, Aza, chyba jednak masz powodzenie u dziewczyn!
Odwróciliśmy się w stronę lądu. Na brzegu siedział oczywiście Tadashi. Rzuciłem mu wzrokiem przelotne ostrzeżenie i wyskoczyłem na brzeg. Poczekałem aż Daera zrobi to samo i dopiero wtedy się otrzepałem tak, że większość wody znowu wylądowała na waderze. Dera odwzajemniła się solidnym kuksańcem.
- Dera, teraz ty poznaj mojego brata, Tadashiego – powiedziałem. Basior ukłonił się teatralnie.
Wadera zmierzyła wzrokiem jego, a później mnie.
- Nie wyglądacie na rodzeństwo – stwierdziła.
- To samo mógłbym powiedzieć o tobie i Renie – odgryzłem się.
- Kim jest Ren? – zapytał wesoło Tadashi. – Kolejny nowy?
- Witamy spóźnionego! – odpowiedziałem ironicznie. – Katniss pewnie też jeszcze nie spotkałeś.
- Kim jest…
- NIEWAŻNE – przerwałem mu. – A swoją drogą nie powinieneś siedzieć z Sher?
- No tak, ale pierwsze przyszedł Chris i stwierdziła, że idzie się przespać, no i potem on też gdzieś polazł – streścił Tadashi. – A, i widziałem jakiegoś obcego wilka gadającego z Vientem. To pewnie ten cały Ren?
- Raczej tak – odpowiedziałem. – Ty też chyba będziesz musiała się spotkać z Alfą – dodałem do Dery.
- Weź jej nie zanudzaj! Chodź, pokażę ci jaskinie! – powiedział szybko biały basior i zanim wadera zdążyła cokolwiek powiedzieć chwycił ją za łapę i pociągnął za sobą w kierunku legowisk. Pobiegłem za nimi.
Gdy wilk puścił w końcu łapę Dery zauważyłem w jego oczach przelotny smutek. Domyśliłem się, że znowu wbrew sobie zaglądnął do cudzej przeszłości. Po chwili jednak z powrotem przybrał wesoły ton zanim wilczyca cokolwiek zauważyła. Na chwilę na mnie spojrzał. Pokręciłem lekko głową. Tadashi zrozumiał aluzję: miał się nie wygadać tak jak przy Sher. To by się źle skończyło.

Dera?

niedziela, 15 marca 2015

Od Chrisa CD. Katniss : Nie taki diabeł straszny

Ruszyliśmy raczej truchtem. Trawa była wysoka i kiwała się na boki, gdy wiał wiatr. Trochę łaskotała ale dało się wytrzymać. Trochę tylko się psuła pogoda bo zbierały się burzowe chmury. Zastanawiałem się czy będzie padać. Jeśli tak, świetnie. Deszcz to jest jedna z tych kilku rzeczy które z niewiadomych powodów dają mi radość. Mniejsza.
- Czyli, że Sher też ma swoje osobne miejsce? - przerwała ciszę Kat. A no tak. W sumie, nie słyszałem jej. Chodzi bardzo cicho. Niby ja też potrafię ale nie aż tak.
- No tak. Na szczycie wodospadu. W zasadzie nie wiem dlaczego ale nie moja sprawa. Z resztą, ona w ogóle jest dziwna, więc wiesz. Taka trochę walnięta, no wiesz. - Pokręciłem łapą przy głowie na znak, że Sher to wariatka. Katniss roześmiała się i szliśmy dalej.
- No ale da się z nią gadać? - zapytała wadera.
- Tak jasne, o ile nie jesteś Azazelem - prychnąłem.
- Ha, a to czemu?
- W zasadzie nie wiem. On... hm, nie, wolę nie mówić tego, czego nie jestem pewny. Jak chcesz, to ją zapytaj. Wyczuwam jej zapach. Jest niedaleko.
- Mhm. To coś poważnego?
- Chyba tak. Ale tak jak mówię, spytaj. Nie powinna chcieć cię zabić. Z nowymi raczej tak nie robi. No, jak wspomniałem, jest wyjątek. Ale należysz do watahy. Nic nie zrobi dopóki nie staniesz jej porządnie na odcisk. - Schyliłem się pod gałęzią i zrobiłem kilka kroków. Wyjrzałem zza drzewa i, tak jak się spodziewałem, zobaczyłem Chochlika śpiącego pod drzewem kilka metrów dalej. Wskazałem łapą waderę mojej towarzyszce. Zdziwiła się trochę. No, powiedziałem Kat o umiejętnościach Sher więc może wywnioskowała, że wadera śmierci będzie trochę... Sam nie wiem, straszniejsza. W każdym razie po kilku sekundach Katniss się otrzepała i podeszliśmy do śpiącej Sher.
- Heja śpiochu. Wstawaj, chcę ci kogoś przedstawić. - Wiedziałem, że mnie słyszy. Zauważyłem u niej taki jeden ruch, wykonuje go zawsze, gdy się budzi. Nie wiem, czy to kontroluje.
- Czego chcesz? - zapytała sennie.
- Już mówiłem. Chcę ci kogoś przedstawić.
- Oj matko, dobra. Już wstaję. - Wadera podniosła się powoli, czemu towarzyszyło kilka trzasków jej kości, ale to normalka.
- To jest Katniss. Katniss, to jest Sher.
- Hej. - Kat uśmiechnęła się szeroko.
- Hejo, kapitanie. Jestem Sher - nie dotykaj mnie bo zginiesz, i raczej mnie nie wkurzaj bo może się to źle skończyć - wymamrotała Sher z szelmowskim uśmiechem na pysku. Na szczęście, że ten uśmiech był bo Kat wyglądała na trochę speszoną. Jednak kiedy posłałem jej uśmiech i wywróciłem oczami na znak, że Sher tak zawsze, ona też się uśmiechnęła.
- Okey, kumam - powiedziała do Sher.
Odetchnąłem głęboko szczęśliwy że się zapoznały na miłych warunkach. Wolałbym żeby nie były sobie wrogie. Myślę, że obie są dla mnie ważne, mimo że Kat poznałem dopiero teraz. Jakoś tak czułem.
Wyłączyłem się na chwilę, więc kiedy usłyszałem, że rozmawiają o miejscu do spania uśmiechnąłem się ponownie i ruszyłem za nimi.

Katniss? Sher nie jest taka zła, co? 

wtorek, 10 marca 2015

Od Katniss (CD Chrisa): Nowi przyjaciele?

Uśmiechnęłam się.
- Nie...jak dla mnie to masz dobrą sylwetkę - odparłam i nabrałam ochoty by walnąć się w czoło. Na szczęście basior nie skomentował tego.
- Co robisz na terenach Watahy Szafirowego Wodospadu? - spytał.
- Mieszkam - odparłam. - Znaczy się dopiero szukam mieszkania. Alfa mi pozwolił.
- Czyli znasz już Vienta? - basior uśmiechnął się.
Pokiwałam głową. Zgrabnie zeskoczyłam na ziemię lądując miękko na trawie.
- Jestem Chris - przedstawił się wilk.
- Katniss - odparłam.
- Ładne imię - rzucił Chris. Niby nic, ale uśmiechnęłam się.
Wilk po raz kolejny spojrzał w górę. Przyjrzałam mu się przez chwilę. Był całkiem fajny. Z wyglądu i charakteru. Ciemno szara sierść i podobnego koloru skrzydła. W oczy rzucała się tęczowa grzywka. Chris rozprostował skrzydła. Były rozłożyste i gęsto upierzone.
- Fajne skrzydła - powiedziałam z wyrazu pyska wywierając wrażenie jakbym liczyła każde pióro. - Zazdroszczę ci. Gdybym takie miała mogłabym jeszcze szybciej przemieszczać się po drzewach. No i polować, to by było dopiero genialne.
Chris uśmiechnął się tylko. Przypomniałam sobie znowu swoją poprzednią watahę. Należały do niej tylko dwa skrzydlate wilki, rodzeństwo. Rudobrązową waderę ze względu na kolor futra nazywaliśmy Płomykówką, a jej brata Puszczykiem. Płomykówka była mistrzynią akrobacji powietrznych. Uwielbiała wybijać się wyżej niż reszta. Puszczyk zdecydowanie nie lubił się popisywać. Był świetnym łowcą. To właśnie on nauczył mnie polować z ziemi i z drzew. Polował głównie w nocy. Jego czarne futro z odcieniami granatu, niezwykła siła i cichy, niesłyszalny lot zapewniały sukces. Przezwisko Puszczyk wzięło się również od niecodziennej i dość brutalnej taktyki. Basior przelatywał nisko nad zdobyczą i za pomocą szczęk oraz przednich łap chwytał zwierzynę, wzlatywał na odpowiednią wysokość aby zrzucić ją na ziemię. Wtedy ja i Gale (najbierniejsi uczniowie Puszczyka) odnajdywaliśmy zdobycz i ewentualnie dobijaliśmy. Przeważnie taki upadek kończy się śmiercią, ale twardsze sztuki czasami po prostu łamały sobie nogi. Nie umiem patrzeć na cierpienie, nawet zwierzyny, więc staraliśmy się jak najszybciej kończyć żywot ofiary. Taka taktyka zapewniała łatwą kolację, ale miała również minusy: zdarzało się, że taki jelonek utykał na drzewie, a obserwowanie jak próbujemy go zdjąć musiało być iście komiczne.
- Co robiłaś na drzewie? - zapytał nagle Chris.
- To co mówiłam: szukam mieszkania. Ale to miejsce jest badziewne. Ma zbyt cienkie gałęzie, a poza tym jest za daleko od reszty watahy.
- A od tego nie są jaskinie przy wodospadzie?
- Jakoś żadna mi nie odpowiadała - podrapałam się za uchem. - Viento powiedział, że mogę sobie znaleźć jakąś niekonwencjonalną kryjówkę.
- Jak Sher? Chyba powinnyście się poznać.
- Tak sądzisz? - uśmiechnęłam się. - Chętnie ją poznam.
- No to chodź. Może jeszcze ją złapiemy - Chris skoczył pomiędzy krzewy, a ja za nim.


 



Chris? A może Sher? ^^ 

niedziela, 8 marca 2015

Nowa wadera - Sydney



 Imię: Sydney w skrócie Sin
Płeć:wadera
Wiek: 3
Partner:
Rodzina : nie wie co sie z nimi stało
Stanowisko: łowca
Wykształcenie:myśliwskie, magiczne (w zakresie panowania nad żywiołem)
Charakter: Sydney nie wie co to strach, nie boi się niczego i nikogo.Zachowuje się jak basior i tak właśnie lubi być traktowana ,żadnego pocieszania ,,świetnie ci idzie'' czy ,,oby tak dalej'' tylko dlatego ,że jest waderą.Przyjmuje każde wyzwanie ,cokolwiek robi daje z siebie 110 procent i więcej jest chorobliwie ambitna wprost nienawidzi przegrywać.Bywa bezczelna ,arogancka mściwa lubi się pakować w kłopoty.Radzi sobie w każdej sytuacji jest bardzo samodzielna i zaradna.Każdego potrafi rozśmieszyć jest zabawna towarzyska i nawet całkiem sympatyczna.
Tu wynika pewna dziwna sprawa większość życia spędziła towarzystwie matki przez to (bo raczej nie dzięki temu) jest inteligentna sprytna i przebiegła świetnie kłamie ,potrafi się zalotnie uśmiechać, grać na uczuciach innych wilków wzbudzać ich  zazdrość czy rozkochać je w sobie.Doskonale wykorzystuje swoje zdolności aktorskie by wcielić się w rolę porcelanowej figurki nieporadnej i drobnej wilczycy którą ktoś musi się zaopiekować potrafi nawet rozpłakać się na zawołanie.
Pomimo tego zmiękczania za lat młodzieńczych Sin to naprawdę twardy zawodnik warto mieć w niej przyjaciela a jeśli jest twoim wrogiem to cóż...marny twój los.
Historia: Urodziłam się na terenie watahy której członkowie (przynajmniej ci wolni) mówili o sobie dzieci morza sama wataha nosiła jeszcze dłuższą nazwę a brzmiała ona ,,Wataha zachodniego imperium'' .Większość wilków na tych terenach władała żywiołem wody (a reszta  im służyła) podobno pierwszy alfa tej watahy po prostu wynurzył się z wody na wielkim morskim smoku a miejscowi automatycznie uznali go za bóstwo (Tak wiem, mnie też zawsze wydawało się to dziwne) moim zdaniem ta cała bajka o wilku ujeżdżającym morskiego smoka to jakaś bzdura założę się ,że ktoś wymyślił ją by dodać sobie prestiżu.Nazwa watahy pochodziła od tego ,że granicami sięgała położonego na zachodzie morza no i oczywiście była prawdziwym imperium.Zastanawiacie się pewnie czemu w watasze nie było wilków z żywiołami innymi niż woda ,otóż wiele lat przed tym jak się urodziłam prawie wszystkie (kto by się spodziewał) zostały wymordowane przez panującego wtedy alfe ,nieliczni schronili się poza granicami zachodniego imperium i założyli własną watahę z którą imperium nieustanie walczyło.Po co o tym mówię?Zaraz się dowiecie przygotujcie popcorn mięso i co tam jeszcze to będzie długa opowieść...
Od kiedy pamiętam wychowywała mnie matka ciągle słyszałam tylko ,,damie nie przystoi się ślinić na widok jedzenia'' ,,nie warcz'' ,,wyglądaj ładnie'' ,,uśmiechaj się ,śmiej ale nie rechocz'' przez długi (przynajmniej dla mnie) czas słuchałam się jej i mojego ,,tatusia''. Od rana do  południa robiłam to co powinna robić kandydatka na partnerkę alfy a wieczorem...Wieczorem wymykałam się do lasu ,dużo biegałam,pływałam,tłukłam się z innymi dzieciakami które zapuściły się na mój teren czasami coś upolowałam i jadłam to tak mało elegancko jak się tylko dało :połykając wielkie kawały mlaskając i bryzgając krwią ze zwierzyny na wszystkie strony ,słowem robiłam wszystko to czego nie było mi wolno byłam wtedy szczęśliwa.Oczywiście wszystko co dobre musi się skończyć kiedy miałam półtora roku matka zauważyła ,że wymykam się z jaskini oczywiście wysłała za mną  ,,ojczulka'' szybko zorientowałam się ,że mnie śledzi i za każdym razem zręcznie wyprowadzałam go w las tak ,że biedaczek ledwo wiedział jak wrócić do domu.Ośmielona tym sukcesem wymykałam się coraz częściej i na dłużej czasami znikałam też w ciągu dnia.Mniej więcej w tym samym czasie poznałam młodego basiora Vorela.
 Oczywiście nasze pierwsze spotkanie zakończyło się walką której żadne z nas nie wygrało za to każde wyszło z niej i wieloma siniakami.Kiedy przychodziłam na moją polane Vorel już tam był czekał,uśmiechał się złośliwie i mówił coś w stylu ,,to co bijesz się?'' traktowałam to jak wyzwanie i za każdym razem się z nim tłukłam.Któregoś dnia zamiast walczyć ścigaliśmy się Vorel był tak szybki jak ja ale i tak bym wygrała.Niestety tuż przed metom czekał mój ,,tata'' nie pozwolił mi dokończyć wyścigu (jakie to typowe) zawlókł mnie do domu gdzie czekała już matka wściekła jak nigdy.
 Następne dwa miesiące były dla mnie koszmarem.O ile wcześniej matka tylko mnie wychowywała teraz po prostu się nade mną znęcała a ja nic nie mogłam z tym zrobić.Nie mogłam uciec ,cały czas ktoś mnie pilnował zastanawiałam się czy Vorel wciąż przychodzi na tamtą polane i czeka.Parę dni po moich drugich urodzinach  pojawiły się moje żywioły ,tak dokładnie ,pojawiły nie jeden po drugim jak to zwykle się dzieje tylko oba na raz.Najpierw poczułam się trochę dziwnie a potem KA BUM! wybuch wstrząsnął całą górą jaskinia zawaliła mi sie na łep.Mój nie-do-końca tata mnie stamtąd wyciągnął, jak by nie patrzeć uratował mi życie ale nie byłam mu jakoś bardzo wdzięczna.Kilka dni później potwierdziły się moje przypuszczenia kiedy, naprawdę mocno się skoncentrowałam udało mi się wzniecić ognisko.Pamiętam jak się ucieszyłam odkrywając ,że jestem wyjątkowa ,inna  i jak bardzo byłam wściekła kiedy matka rozkazała mi ten dar ukrywać. Któregoś dnia nie wytrzymałam na oczach alfy i całej śmietanki towarzyskiej zachodniego imperium podpaliłam mojej matce ogon a potem (no bo jakże by inaczej) wszystko dookoła wybuchło.
 Pozbierałam się szybciej niż inni i (bardzo bohatersko) zwiałam z podwiniętym ogonem.
Szybko jednak uświadomiłam sobie ,że nie mam dokąd uciekać cały świat jaki znałam ograniczał się do tego niewielkiego kawałka terenu który nazywałam domem.Zrezygnowana udałam się na polane na której spodziewałam się zobaczyć Vorela który w tej chwili wydawał mi się jedyną odpowiednią osobą.To co sie stało potem wydawało się być albo snem albo halucynacją na polanie zastałam Vorela i jeszcze kogoś.Towarzyszący młodemu wilkowi basior oświadczył ,ze jest moim ojcem a Vorel jest jego synem (czyli moim bratem) i zabrał mnie do swojej watahy.
 Dopiero tam uświadomiłam sobie jak mało a jednocześnie jak wiele znaczę.W ciągu paru dni pozbyłam nawyków pracowicie wpajanych mi przez matkę nauczyłam się jak walczyć i przetrwać.W pare miesięcy stałam się równie szybka silna i sprawna jak moi rówieśnicy w nowej watasze.Zdobyłam nawet paru przyjaciół.Byłam szczęśliwa tak bardzo jak nigdy Markus był dobrym ojcem a Vorel wspaniałym (choć bardzo irytującym) bratem i towarzyszem.
 Sielanka pewnie trwała by dalej gdyby nie to ,że Wataha zachodniego imperium postanowiła swoich wrogów raz na zawszę wykończyć.
 Ja Vorel i inne młode wilki uciekliśmy w góry jednak po paru dniach pogubiliśmy się w śnieżnej zamieci.Kiedy śnierzyca ustała odkryłam ,że znów jestem całkiem sama.
Nie wiem co się stało z innymi i może już nigdy się nie dowiem.
Żywioł:ogień ,woda
Moce:Panuje nad ogniem
ma władze nad wodą i innymi płynami
potrafi łączyć oba żywioły tworząc mgłe
Głos: Lana Del Rey -Blue Velvet
Właściciel:agora