czwartek, 26 marca 2015

Od Sherany ( CD. Katniss ) : Drobne poprawki

Chris proponuje polowanie co ja i Kat zgodnie przyjmujemy. Biegniemy więc i planujemy jak to zrobić a tym jej dachem. Padają pomysły dobre i gorsze, aż wreszcie uciszamy się bo wszyscy czujemy obecność naszej przyszłej ofiary. Otóż pada na samotnego jelenia. Jest duży ale chyba niedawno walczył albo uciekał, widać to po nim. Jest więc łatwą zdobyczą. Jedak jeśli chcemy to zrobić szybko to jest pewien sposób.
- Kat, Chris już to widział ale ty żebyś teraz wiedziała. Za chwilę ogłuszę nasze żarełko i twój dach więc się nie zbliżaj. Jak dam znak, wtedy możecie zaatakować - wyjaśniam. Katniss kiwa głową i nieruchomieje.
Wypuszczam opary i kiedy zwierzę jest maksymalnie zdezorientowane, moi towarzysze wkraczają do akcji. Powalają jelenia w kilka minut, a Kat go zabija. Wychodzę z krzaków i zaczynamy targanie zdobyczy na drzewo Katniss.
Jakiś czas później jesteśmy na miejscu. Trochę zmęczeni bo jeleń swoje waży ale zdeterminowani.
Chris ściąga skórę z ofiary a my porządkujemy trochę i przygotowujemy resztę. Po chwili dołączamy do basiora i pomagamy mu.
- Wiecie co? To zrobimy tak, że skórę z grzbietu damy na legowisko, a tą z brzucha będziesz miała na dach - proponuję.
- Mhm, też tak myślę - przytakuje Kat.
Uśmiecham się pod nosem i wracam do roboty. Chris zaczyna cicho gwizdać ale pod moim krytycznym spojrzeniem cichnie. NIENAWIDZĘ jak ktoś gwiżdże! Po prostu nie znoszę tego. Nucić, śpiewać, mruczeć - jasne, ale nie gwizdać!
Kiedy kończymy, robi się późno i musimy się sprężać. Tak więc Chris ponieważ ma skrzydła zajmuje się zatykaniem dachu, natomiast ja i Katniss bierzemy w obroty legowisko.
- Hej, a ty jak sie urządziłaś tam na górze? Nie przeszkadza ci to, że tam nie ma dachu i w ogóle? - pyta wadera.
- No cóż, mnie nie odstrasza deszcz, burza, śnieg, grad, upał i inne zjawiska. No, może oprócz tęczy. Wtedy się chowam, nienawidzę jej.
- Czemu?
- Nie wiem... Wolę deszcz i burzę. Raz nawet skakałam z wodospadu podczas burzy i było ciekawie ale woda wtedy trochę sie rzuca i walnęłam porządnie o skałę.
- Matko, serio? Nie bałaś się, że cię piorun walnie? W wodzie?
- W zasadzie... To trochę się tym przejmowałam ale później jakoś wszystko ze mnie zeszło i... Skoczyłam. Ale wracając do tematu... Dobrze mi tak, na otwartym terenie. Poza tym, między innymi o to chodzi. Żeby wszystko widzieć i się nie ograniczać. Nie lubię zamkniętych przestrzeni.
- Aha... No ale prywatność i te sprawy?
- Wiesz, jak będę tego potrzebować to sobie pójdę gdzieś indziej. - Wzruszam barkami. - Ale większość czasu lubię takie... otwarte przestrzenie. Lubię jak mnie ktoś odwiedza, czegoś ode mnie chce. W zasadzie to wtedy wiem, ze ktoś mnie potrzebuje. Lubię być zajęta, rozwiązywać problemy innych... - Nie kończę. Dokończenie tego zdania brzmiałoby: "... bo wtedy nie myślę o swoich". Ale kończę je tylko w głowie. Nikt nie musi o tym wiedzieć. Uśmiecham się wrednie żeby zakryć zamyślenie.
- Co cię tak śmieszy? - pyta Katniss.
- Nic w zasadzie, po prostu pomyślałam o tym, że śmiesznie by było jakbym miała mieszkać w takim czymś. - Ogarniam mieszkanko drzewne Katniss dziwnym ruchem łapy.
- Czemu?
- No bo ja... Myślę, że drzewo by mnie znienawidziło.
- Bo? - ponagla mnie wadera z zaciekawieniem.
- Bo nie jestem... No ja nie zbyt... Po prostu mogłoby tu być dziwnie i... niekoniecznie dobrze dla drzewa. Mam swoje... pomysły.
- Okey, chyba rozumiem. - Wadera uśmiecha się i otrzepuje łapy w tym samym momencie co ja. Skończyłyśmy.
- No, to koniec. Dzięki Sher, na prawdę. Bez was chyba nie dałabym rady - mówi z uśmiechem Katniss i rozgląda się po mieszkaniu. Po chwili także Chris do nas zlatuje.
- Spoko. Było fajnie, coś innego niż ta codzienna monotonność - orzeka Chris.
- Mhm, zgadzam się - dodaję.
- Tak? No to super - dziękuje Kat jeszcze raz a potem ja i Chris wychodzimy. Przez chwilę trwa cisza.
- Pffffffffffft! - prycha nagle Chris.
- Co? - Marszczę brwi i nos.
- Masz tutaj pełno kawałków futra jelenia, ot co wariatko! - śmieje się Pan Kolorowa Grzywka.
- Ha, ha. No co ty nie powiesz? Ty też. - Idziemy jeszcze chwilę a potem zasypiamy pod jakimś drzewem po godzinach śmiechu i gadania.

Ktoś? Może ty Katniss?

środa, 18 marca 2015

Od Katniss (CD Chrisa): Nowe mieszkanie

Sher nie była taka straszna jak mi się wcześniej wydawało. Chris wyraźnie odetchnął z ulgą kiedy zaczęłyśmy ze sobą rozmawiać. W końuc temat zszedł na mieszkania…
- Więc…z tego co mówił Chris mieszkasz na szczycie tego wodospadu obok jaskiń? – rzuciłam.
- Owszem – odparła wadera.
- Szkoda, że nie wpadłam na to wcześniej – powiedziałam. – Jeszcze nie znalazłam sobie mieszkania. Szukałam sobie akurat dzisiaj drzewa odpowiedniego do spania, kiedy nagle pojawił się on – kiwnęłam głową w stronę Chrisa – uświadamiając mi przy okazji, że tamto miejsce jest do kitu.
- Drzewo mówisz? – Sher zamyśliła się po czym posłała mi szelmowski uśmieszek. – Widziałam jedno takie dość rozłorzyste niedaleko Szafirowego Wodospadu. Chcesz zobaczyć?
- Prowadź! – odpowiedziałam z uśmiechem.
Sher ruszyła między dzrewami w stronę centrum watahy. Chris chyba się zamyślił, bo dogonił nas dopiero po paru sekundach. Podoba mi się tutaj, pomyślałam zadowolona. Najpierw poznałam Ren’a, całkiem miłego basiora, później Chris, który również wydawał mi się kimś ważnym (choć znam go zaledwie jakąś godzinę) i Sher – w końcu jakaś fajna osóbka, no i w końcu wadera, która nie będzie ględzić o paskudnej pogodzie i zakołtunionym futrze…a przynajmniej takie sprawia wrażenie. Obym nie musiała się stąd wynosić. Już za swoją poprzednią watahą bardzo tęsknię, nie chcę sobie wyobrażać jak bardzo brakowałoby mi tej.
W końcu dotarliśmy pod pień jednego z większych drzew blisko wodospadu. Miało gęstą koronę i gładki pień. Będzie się na nim wygodnie spało. Uśmiechnęłam się i ku zaskoczeniu moich nowych przyjaciół bez problemu wspięłam się na górę. Podskoczyłam parę razy sprawdzając giętkość gałęzi, na której stałam. Ani drgnęła. Idealnie!
- I jak? – zapytała z dołu Sher.
- Jest świetne…tylko wprowadziłabym parę zmian – wychyliłam się tak aby widzieć Chrisa i Sher. – Odsuńcie się!
Chris chyba przypomniał sobie swoje bliskie spotkanie z gałęzią, bo odsunął się bez zastanowienia. Sher podejrzanie śledziła jego ruchy, po czym zrobiła dwa kroki w tył. Skupiłam się na drzewie pod moimi łapami i zmrużyłam oczy. Siedziałam tak minutę, lub dwie starając się wyczuć każdą komórkę rośliny. Gdy już mogłam wyczuć wodę przepływającą przez tkanki przewodzące zaczęłam zmieniać drzewo pod własne grymasy. Po pierwsze przestawiłam gałęzie korony tak, że tworzyły lekko wklęsłe podłoże centralnie pośrodku. Cienkie gałązki poprowadziłam tak, aby splotły się w miarę nie przeciekający dach. Zakorzeniłam drzewo głębiej w ziemi, aby nic nie było w stanie go wywrócić. Na koniec już z rozpędu ustawiłam liście tak, aby każdy miał odpowiednią ilość światła, bo to dzrewo chyba się na tym nie znało. Gdy skończyłam otworzyłam oczy i z uśmiechem spojrzałam na swoje dzieło. Zesszłam na doł po teraz nieco pochyłym pniu i teatralnym gestem zaprosiłam Chrisa i Sher na górę. Oba wilki były pod wrażeniem już samego „pokazu”. Teraz nawet oni bez problemu mogli wspiąć się na górę. Sher gwizdnęła z podziwem.
- Ale żeś się urządziła – powiedziała po czym szturchnęła Chrisa w bark. – Wiedziałeś, że tam umie?
- Oberwałem od niej kierowaną magią gałęzią, ale nie spodziewałem się, że Kat potrafi sterować CAŁYM drzewem – przyznał wilk.
Spojrzałam jeszcze nieco krytycznie na „dach” z cienko splecionych gałązek.
- Przydałoby się czymś to uszczelnić – Sher jakby czytała mi w myślach.
- Masz rację – zamyśliłam się. – Przydałaby się jakieś dość elastyczne skóry, które będzie można tutaj zamocować.
- No i jakaś grubsza na legowisko – przypomniała mi wadera.
Chris uśmiechnął się i powiedział to, co nam wszystkim chodziło po głowach:
- Na co czekamy? Idziemy polować!
Sher? Chris?

poniedziałek, 16 marca 2015

Od Azazela ( CD. Dery )

Parsknąłem śmiechem. Tym razem był szczery. Wcisnąłem waderę pod wodę. Niemal od razu się wyswobodziła kręcąc łbem. Po chwili kichnęła prosto w wodę rozchlapując już i tak niespokojną taflę. Znowu się zaśmiałem. Dera spiorunowała mnie wzrokiem, ale również się uśmiechnęła. Miałem deja-vue: po raz kolejny ktoś wepchnął mnie do wody. Zabawe przerwał złośliwy głos:
- No proszę, Aza, chyba jednak masz powodzenie u dziewczyn!
Odwróciliśmy się w stronę lądu. Na brzegu siedział oczywiście Tadashi. Rzuciłem mu wzrokiem przelotne ostrzeżenie i wyskoczyłem na brzeg. Poczekałem aż Daera zrobi to samo i dopiero wtedy się otrzepałem tak, że większość wody znowu wylądowała na waderze. Dera odwzajemniła się solidnym kuksańcem.
- Dera, teraz ty poznaj mojego brata, Tadashiego – powiedziałem. Basior ukłonił się teatralnie.
Wadera zmierzyła wzrokiem jego, a później mnie.
- Nie wyglądacie na rodzeństwo – stwierdziła.
- To samo mógłbym powiedzieć o tobie i Renie – odgryzłem się.
- Kim jest Ren? – zapytał wesoło Tadashi. – Kolejny nowy?
- Witamy spóźnionego! – odpowiedziałem ironicznie. – Katniss pewnie też jeszcze nie spotkałeś.
- Kim jest…
- NIEWAŻNE – przerwałem mu. – A swoją drogą nie powinieneś siedzieć z Sher?
- No tak, ale pierwsze przyszedł Chris i stwierdziła, że idzie się przespać, no i potem on też gdzieś polazł – streścił Tadashi. – A, i widziałem jakiegoś obcego wilka gadającego z Vientem. To pewnie ten cały Ren?
- Raczej tak – odpowiedziałem. – Ty też chyba będziesz musiała się spotkać z Alfą – dodałem do Dery.
- Weź jej nie zanudzaj! Chodź, pokażę ci jaskinie! – powiedział szybko biały basior i zanim wadera zdążyła cokolwiek powiedzieć chwycił ją za łapę i pociągnął za sobą w kierunku legowisk. Pobiegłem za nimi.
Gdy wilk puścił w końcu łapę Dery zauważyłem w jego oczach przelotny smutek. Domyśliłem się, że znowu wbrew sobie zaglądnął do cudzej przeszłości. Po chwili jednak z powrotem przybrał wesoły ton zanim wilczyca cokolwiek zauważyła. Na chwilę na mnie spojrzał. Pokręciłem lekko głową. Tadashi zrozumiał aluzję: miał się nie wygadać tak jak przy Sher. To by się źle skończyło.

Dera?

niedziela, 15 marca 2015

Od Chrisa CD. Katniss : Nie taki diabeł straszny

Ruszyliśmy raczej truchtem. Trawa była wysoka i kiwała się na boki, gdy wiał wiatr. Trochę łaskotała ale dało się wytrzymać. Trochę tylko się psuła pogoda bo zbierały się burzowe chmury. Zastanawiałem się czy będzie padać. Jeśli tak, świetnie. Deszcz to jest jedna z tych kilku rzeczy które z niewiadomych powodów dają mi radość. Mniejsza.
- Czyli, że Sher też ma swoje osobne miejsce? - przerwała ciszę Kat. A no tak. W sumie, nie słyszałem jej. Chodzi bardzo cicho. Niby ja też potrafię ale nie aż tak.
- No tak. Na szczycie wodospadu. W zasadzie nie wiem dlaczego ale nie moja sprawa. Z resztą, ona w ogóle jest dziwna, więc wiesz. Taka trochę walnięta, no wiesz. - Pokręciłem łapą przy głowie na znak, że Sher to wariatka. Katniss roześmiała się i szliśmy dalej.
- No ale da się z nią gadać? - zapytała wadera.
- Tak jasne, o ile nie jesteś Azazelem - prychnąłem.
- Ha, a to czemu?
- W zasadzie nie wiem. On... hm, nie, wolę nie mówić tego, czego nie jestem pewny. Jak chcesz, to ją zapytaj. Wyczuwam jej zapach. Jest niedaleko.
- Mhm. To coś poważnego?
- Chyba tak. Ale tak jak mówię, spytaj. Nie powinna chcieć cię zabić. Z nowymi raczej tak nie robi. No, jak wspomniałem, jest wyjątek. Ale należysz do watahy. Nic nie zrobi dopóki nie staniesz jej porządnie na odcisk. - Schyliłem się pod gałęzią i zrobiłem kilka kroków. Wyjrzałem zza drzewa i, tak jak się spodziewałem, zobaczyłem Chochlika śpiącego pod drzewem kilka metrów dalej. Wskazałem łapą waderę mojej towarzyszce. Zdziwiła się trochę. No, powiedziałem Kat o umiejętnościach Sher więc może wywnioskowała, że wadera śmierci będzie trochę... Sam nie wiem, straszniejsza. W każdym razie po kilku sekundach Katniss się otrzepała i podeszliśmy do śpiącej Sher.
- Heja śpiochu. Wstawaj, chcę ci kogoś przedstawić. - Wiedziałem, że mnie słyszy. Zauważyłem u niej taki jeden ruch, wykonuje go zawsze, gdy się budzi. Nie wiem, czy to kontroluje.
- Czego chcesz? - zapytała sennie.
- Już mówiłem. Chcę ci kogoś przedstawić.
- Oj matko, dobra. Już wstaję. - Wadera podniosła się powoli, czemu towarzyszyło kilka trzasków jej kości, ale to normalka.
- To jest Katniss. Katniss, to jest Sher.
- Hej. - Kat uśmiechnęła się szeroko.
- Hejo, kapitanie. Jestem Sher - nie dotykaj mnie bo zginiesz, i raczej mnie nie wkurzaj bo może się to źle skończyć - wymamrotała Sher z szelmowskim uśmiechem na pysku. Na szczęście, że ten uśmiech był bo Kat wyglądała na trochę speszoną. Jednak kiedy posłałem jej uśmiech i wywróciłem oczami na znak, że Sher tak zawsze, ona też się uśmiechnęła.
- Okey, kumam - powiedziała do Sher.
Odetchnąłem głęboko szczęśliwy że się zapoznały na miłych warunkach. Wolałbym żeby nie były sobie wrogie. Myślę, że obie są dla mnie ważne, mimo że Kat poznałem dopiero teraz. Jakoś tak czułem.
Wyłączyłem się na chwilę, więc kiedy usłyszałem, że rozmawiają o miejscu do spania uśmiechnąłem się ponownie i ruszyłem za nimi.

Katniss? Sher nie jest taka zła, co? 

wtorek, 10 marca 2015

Od Katniss (CD Chrisa): Nowi przyjaciele?

Uśmiechnęłam się.
- Nie...jak dla mnie to masz dobrą sylwetkę - odparłam i nabrałam ochoty by walnąć się w czoło. Na szczęście basior nie skomentował tego.
- Co robisz na terenach Watahy Szafirowego Wodospadu? - spytał.
- Mieszkam - odparłam. - Znaczy się dopiero szukam mieszkania. Alfa mi pozwolił.
- Czyli znasz już Vienta? - basior uśmiechnął się.
Pokiwałam głową. Zgrabnie zeskoczyłam na ziemię lądując miękko na trawie.
- Jestem Chris - przedstawił się wilk.
- Katniss - odparłam.
- Ładne imię - rzucił Chris. Niby nic, ale uśmiechnęłam się.
Wilk po raz kolejny spojrzał w górę. Przyjrzałam mu się przez chwilę. Był całkiem fajny. Z wyglądu i charakteru. Ciemno szara sierść i podobnego koloru skrzydła. W oczy rzucała się tęczowa grzywka. Chris rozprostował skrzydła. Były rozłożyste i gęsto upierzone.
- Fajne skrzydła - powiedziałam z wyrazu pyska wywierając wrażenie jakbym liczyła każde pióro. - Zazdroszczę ci. Gdybym takie miała mogłabym jeszcze szybciej przemieszczać się po drzewach. No i polować, to by było dopiero genialne.
Chris uśmiechnął się tylko. Przypomniałam sobie znowu swoją poprzednią watahę. Należały do niej tylko dwa skrzydlate wilki, rodzeństwo. Rudobrązową waderę ze względu na kolor futra nazywaliśmy Płomykówką, a jej brata Puszczykiem. Płomykówka była mistrzynią akrobacji powietrznych. Uwielbiała wybijać się wyżej niż reszta. Puszczyk zdecydowanie nie lubił się popisywać. Był świetnym łowcą. To właśnie on nauczył mnie polować z ziemi i z drzew. Polował głównie w nocy. Jego czarne futro z odcieniami granatu, niezwykła siła i cichy, niesłyszalny lot zapewniały sukces. Przezwisko Puszczyk wzięło się również od niecodziennej i dość brutalnej taktyki. Basior przelatywał nisko nad zdobyczą i za pomocą szczęk oraz przednich łap chwytał zwierzynę, wzlatywał na odpowiednią wysokość aby zrzucić ją na ziemię. Wtedy ja i Gale (najbierniejsi uczniowie Puszczyka) odnajdywaliśmy zdobycz i ewentualnie dobijaliśmy. Przeważnie taki upadek kończy się śmiercią, ale twardsze sztuki czasami po prostu łamały sobie nogi. Nie umiem patrzeć na cierpienie, nawet zwierzyny, więc staraliśmy się jak najszybciej kończyć żywot ofiary. Taka taktyka zapewniała łatwą kolację, ale miała również minusy: zdarzało się, że taki jelonek utykał na drzewie, a obserwowanie jak próbujemy go zdjąć musiało być iście komiczne.
- Co robiłaś na drzewie? - zapytał nagle Chris.
- To co mówiłam: szukam mieszkania. Ale to miejsce jest badziewne. Ma zbyt cienkie gałęzie, a poza tym jest za daleko od reszty watahy.
- A od tego nie są jaskinie przy wodospadzie?
- Jakoś żadna mi nie odpowiadała - podrapałam się za uchem. - Viento powiedział, że mogę sobie znaleźć jakąś niekonwencjonalną kryjówkę.
- Jak Sher? Chyba powinnyście się poznać.
- Tak sądzisz? - uśmiechnęłam się. - Chętnie ją poznam.
- No to chodź. Może jeszcze ją złapiemy - Chris skoczył pomiędzy krzewy, a ja za nim.


 



Chris? A może Sher? ^^ 

niedziela, 8 marca 2015

Nowa wadera - Sydney



 Imię: Sydney w skrócie Sin
Płeć:wadera
Wiek: 3
Partner:
Rodzina : nie wie co sie z nimi stało
Stanowisko: łowca
Wykształcenie:myśliwskie, magiczne (w zakresie panowania nad żywiołem)
Charakter: Sydney nie wie co to strach, nie boi się niczego i nikogo.Zachowuje się jak basior i tak właśnie lubi być traktowana ,żadnego pocieszania ,,świetnie ci idzie'' czy ,,oby tak dalej'' tylko dlatego ,że jest waderą.Przyjmuje każde wyzwanie ,cokolwiek robi daje z siebie 110 procent i więcej jest chorobliwie ambitna wprost nienawidzi przegrywać.Bywa bezczelna ,arogancka mściwa lubi się pakować w kłopoty.Radzi sobie w każdej sytuacji jest bardzo samodzielna i zaradna.Każdego potrafi rozśmieszyć jest zabawna towarzyska i nawet całkiem sympatyczna.
Tu wynika pewna dziwna sprawa większość życia spędziła towarzystwie matki przez to (bo raczej nie dzięki temu) jest inteligentna sprytna i przebiegła świetnie kłamie ,potrafi się zalotnie uśmiechać, grać na uczuciach innych wilków wzbudzać ich  zazdrość czy rozkochać je w sobie.Doskonale wykorzystuje swoje zdolności aktorskie by wcielić się w rolę porcelanowej figurki nieporadnej i drobnej wilczycy którą ktoś musi się zaopiekować potrafi nawet rozpłakać się na zawołanie.
Pomimo tego zmiękczania za lat młodzieńczych Sin to naprawdę twardy zawodnik warto mieć w niej przyjaciela a jeśli jest twoim wrogiem to cóż...marny twój los.
Historia: Urodziłam się na terenie watahy której członkowie (przynajmniej ci wolni) mówili o sobie dzieci morza sama wataha nosiła jeszcze dłuższą nazwę a brzmiała ona ,,Wataha zachodniego imperium'' .Większość wilków na tych terenach władała żywiołem wody (a reszta  im służyła) podobno pierwszy alfa tej watahy po prostu wynurzył się z wody na wielkim morskim smoku a miejscowi automatycznie uznali go za bóstwo (Tak wiem, mnie też zawsze wydawało się to dziwne) moim zdaniem ta cała bajka o wilku ujeżdżającym morskiego smoka to jakaś bzdura założę się ,że ktoś wymyślił ją by dodać sobie prestiżu.Nazwa watahy pochodziła od tego ,że granicami sięgała położonego na zachodzie morza no i oczywiście była prawdziwym imperium.Zastanawiacie się pewnie czemu w watasze nie było wilków z żywiołami innymi niż woda ,otóż wiele lat przed tym jak się urodziłam prawie wszystkie (kto by się spodziewał) zostały wymordowane przez panującego wtedy alfe ,nieliczni schronili się poza granicami zachodniego imperium i założyli własną watahę z którą imperium nieustanie walczyło.Po co o tym mówię?Zaraz się dowiecie przygotujcie popcorn mięso i co tam jeszcze to będzie długa opowieść...
Od kiedy pamiętam wychowywała mnie matka ciągle słyszałam tylko ,,damie nie przystoi się ślinić na widok jedzenia'' ,,nie warcz'' ,,wyglądaj ładnie'' ,,uśmiechaj się ,śmiej ale nie rechocz'' przez długi (przynajmniej dla mnie) czas słuchałam się jej i mojego ,,tatusia''. Od rana do  południa robiłam to co powinna robić kandydatka na partnerkę alfy a wieczorem...Wieczorem wymykałam się do lasu ,dużo biegałam,pływałam,tłukłam się z innymi dzieciakami które zapuściły się na mój teren czasami coś upolowałam i jadłam to tak mało elegancko jak się tylko dało :połykając wielkie kawały mlaskając i bryzgając krwią ze zwierzyny na wszystkie strony ,słowem robiłam wszystko to czego nie było mi wolno byłam wtedy szczęśliwa.Oczywiście wszystko co dobre musi się skończyć kiedy miałam półtora roku matka zauważyła ,że wymykam się z jaskini oczywiście wysłała za mną  ,,ojczulka'' szybko zorientowałam się ,że mnie śledzi i za każdym razem zręcznie wyprowadzałam go w las tak ,że biedaczek ledwo wiedział jak wrócić do domu.Ośmielona tym sukcesem wymykałam się coraz częściej i na dłużej czasami znikałam też w ciągu dnia.Mniej więcej w tym samym czasie poznałam młodego basiora Vorela.
 Oczywiście nasze pierwsze spotkanie zakończyło się walką której żadne z nas nie wygrało za to każde wyszło z niej i wieloma siniakami.Kiedy przychodziłam na moją polane Vorel już tam był czekał,uśmiechał się złośliwie i mówił coś w stylu ,,to co bijesz się?'' traktowałam to jak wyzwanie i za każdym razem się z nim tłukłam.Któregoś dnia zamiast walczyć ścigaliśmy się Vorel był tak szybki jak ja ale i tak bym wygrała.Niestety tuż przed metom czekał mój ,,tata'' nie pozwolił mi dokończyć wyścigu (jakie to typowe) zawlókł mnie do domu gdzie czekała już matka wściekła jak nigdy.
 Następne dwa miesiące były dla mnie koszmarem.O ile wcześniej matka tylko mnie wychowywała teraz po prostu się nade mną znęcała a ja nic nie mogłam z tym zrobić.Nie mogłam uciec ,cały czas ktoś mnie pilnował zastanawiałam się czy Vorel wciąż przychodzi na tamtą polane i czeka.Parę dni po moich drugich urodzinach  pojawiły się moje żywioły ,tak dokładnie ,pojawiły nie jeden po drugim jak to zwykle się dzieje tylko oba na raz.Najpierw poczułam się trochę dziwnie a potem KA BUM! wybuch wstrząsnął całą górą jaskinia zawaliła mi sie na łep.Mój nie-do-końca tata mnie stamtąd wyciągnął, jak by nie patrzeć uratował mi życie ale nie byłam mu jakoś bardzo wdzięczna.Kilka dni później potwierdziły się moje przypuszczenia kiedy, naprawdę mocno się skoncentrowałam udało mi się wzniecić ognisko.Pamiętam jak się ucieszyłam odkrywając ,że jestem wyjątkowa ,inna  i jak bardzo byłam wściekła kiedy matka rozkazała mi ten dar ukrywać. Któregoś dnia nie wytrzymałam na oczach alfy i całej śmietanki towarzyskiej zachodniego imperium podpaliłam mojej matce ogon a potem (no bo jakże by inaczej) wszystko dookoła wybuchło.
 Pozbierałam się szybciej niż inni i (bardzo bohatersko) zwiałam z podwiniętym ogonem.
Szybko jednak uświadomiłam sobie ,że nie mam dokąd uciekać cały świat jaki znałam ograniczał się do tego niewielkiego kawałka terenu który nazywałam domem.Zrezygnowana udałam się na polane na której spodziewałam się zobaczyć Vorela który w tej chwili wydawał mi się jedyną odpowiednią osobą.To co sie stało potem wydawało się być albo snem albo halucynacją na polanie zastałam Vorela i jeszcze kogoś.Towarzyszący młodemu wilkowi basior oświadczył ,ze jest moim ojcem a Vorel jest jego synem (czyli moim bratem) i zabrał mnie do swojej watahy.
 Dopiero tam uświadomiłam sobie jak mało a jednocześnie jak wiele znaczę.W ciągu paru dni pozbyłam nawyków pracowicie wpajanych mi przez matkę nauczyłam się jak walczyć i przetrwać.W pare miesięcy stałam się równie szybka silna i sprawna jak moi rówieśnicy w nowej watasze.Zdobyłam nawet paru przyjaciół.Byłam szczęśliwa tak bardzo jak nigdy Markus był dobrym ojcem a Vorel wspaniałym (choć bardzo irytującym) bratem i towarzyszem.
 Sielanka pewnie trwała by dalej gdyby nie to ,że Wataha zachodniego imperium postanowiła swoich wrogów raz na zawszę wykończyć.
 Ja Vorel i inne młode wilki uciekliśmy w góry jednak po paru dniach pogubiliśmy się w śnieżnej zamieci.Kiedy śnierzyca ustała odkryłam ,że znów jestem całkiem sama.
Nie wiem co się stało z innymi i może już nigdy się nie dowiem.
Żywioł:ogień ,woda
Moce:Panuje nad ogniem
ma władze nad wodą i innymi płynami
potrafi łączyć oba żywioły tworząc mgłe
Głos: Lana Del Rey -Blue Velvet
Właściciel:agora

Od Chrisa ( CD. Sherany ) : Niby nie ,a jednak

Kiedy Sher poszła, Tadashi się zamyślił. Nie lubię siedzieć w ciszy więc powiedziałem mu, że również się przejdę, bo jest bardzo fajna pogoda. Wilk uśmiechnął się ale nadal był zamyślony. Odszedłem więc truchtem i obserwowałem okolicę nucąc piosenki, które śpiewałem szczeniakom w watasze. Czasem mi tych bachorów brakuje ale nie wróciłbym do domu. Nieeeeee...
Więc łażąc tak bez sensu i gwiżdżąc usłyszałem cichy głos. Wadery z pewnością, ale nie mogłem go zlokalizować. Rozejrzałem się więc i przyspieszyłem kroku. Gałązki trzaskały, ptaki uciekały a i pewnie niejedna zwierzyna łowna zwiała. Tak więc biegłem chwilę ale w końcu stwierdziłem, że musiałem się przesłyszeć. Choć było to dziwne, bo czułem zapach wilka i... Bum! Oberwałem gałęzią. Zrobiłem krok w bok, spojrzałem mętnym wzrokiem na otoczenie i mignęły mi szybkie niebieskie ślepia. Jednak to była tylko sekunda, później nie było nic.
***
Otworzyłem oczy. Nade mną było niebo. Było mi miękko. Nie, chyba by mnie do nieba nie wysłali, nie po tym co zrobiłem. Więc co? Jednak nie umarłem? A to dziwne, gałąź była porządna. Kurde... Czy na niebie są nosy? Nie, stop! To jeden nos! Nos wilka... który siedzi na drzewie.
- Żyjesz? - usłyszałem głos.
- Chyba tak... A co?
- Nic. Sprawdzam, czy cię nie zabiłam - powiedziała wadera. Tak, to była wadera i gapiła się na mnie siedząc na drzewie. Odpowiadała śmiesznie ale z poważną miną.
- Aha. No, to masz czyste sumienie. Rany, tylko... Jak ty uniosłaś taką gałąź? - Podniosłem się i usiadłem pyskiem do wadery. - Jesteś trochę... No, takiej gałęzi to raczej byś nie uniosła.
- No bo tego nie zrobiłam. Taka specjalna umiejętność - wyjaśniła wadera uśmiechając się.
- A... Tylko czemu? - zapytałem krzywiąc się i masując po łbie. Matko, ale oberwałem.
- No... bo biegłeś tak głośno, myślałam że to stado leci i chciałam się jakoś zabezpieczyć.
- Sugerujesz że jestem gruby? - zapytałem ze śmiechem. Oj, muszę trochę zrzucić.

  Katniss?

Od Sherany ( CD. Azazela ) : Trochę spokoju

Leżę na grzbiecie gapiąc się w niebo bez sensu z łapami skrzyżowanymi na brzuchu kiedy zauważam cień. Wywracam oczami i już, już otwieram pysk żeby powiedzieć Azie, że ma spadać.
- Widzisz jakieś mięsko tam na niebie? - To nie Aza. To jego lepsza wersja.
~~Kłaaaaaaaamieeeeeeeeeeesz... - Głos Drew wdziera się do mojego umysłu.
- Spadaj głupku - syczę.
- Co? - pyta zrażony Tadashi.
- Nie, to nie do ciebie - wyjaśniam szybko i zaciskam powieki. Mam dość tej przemądrzałej istoty.
- A, to dobrze. Gadałaś z Azą? Wiesz, jak tylko wstałaś zmierzył cię wzrokiem i odczekał chwilę a potem wstał i mruknął, że idzie się gdzieś zdrzemnąć ale chyba... Nie poszedł - wyjaśnia Dashi z dziwnie przebiegłą miną. Zerkam na niego, prycham ze śmiechem i znów zamykam oczy.
- Dalej próbujesz mi udowodnić, że niby on coś do mnie teges? - pytam skrzywiona. Musiałabym być bardzo zdesperowana, żeby zrobić jakikolwiek krok w tą stronę.
- Hym... A ma to jakiś sens?
- Nie. Absolutnie nie. - Przekręcam się na bok i patrzę na Dashiego.
- Hm, w takim razie nic nie próbuję - mówi z uśmiechem złośliwca, na co ja prycham i podnoszę się. - A tak w ogóle, czemu jesteś mokra? Pływałaś?
- No... Tak jakby.
- Tak jakby? Czyli co? Wpadałaś do wody i się topi... - Robi wielkie oczy. - Pływałaś z Azą?! - wydziera się nagle uświadamiając sobie to dziwactwo. Prycha dziwnie, próbując ukryć wybuch śmiechu ale coś mu nie wychodzi. Krzywi się cały i przez chwilę słychać tylko te jego dziwne dźwięki.
- Ech, skończyłeś? - pytam po chwili. Wilk kiwa głową ale nadal się uśmiecha. Na szczęście tego nie komentuje.
- Z czego tak rechotałeś? - Chris zaskakuje nas oboje. Spoglądam na wilka i uśmiecham się. Ratujesz mi dupę!, myślę.
- A, nic takiego. Stwierdził tylko, że wyglądam jak zmokłą kura - mówię zanim Dashi wszystko wypapla.
- Tak, tak. Właśnie o tym mówiłem - potwierdza biały i kryje uśmiech.
- No, to fakt. Weź się wysusz bo się na ciebie patrzeć nie można bez uśmiechu - żartuje Chris. Wywracam oczami ale podnoszę sie i odbiegam od wilków.
Chcę chwilę być sama. Nie jestem samotnikiem ale jakoś nigdy też nie było okresu, kiedy nie potrzebowałabym chwili spokoju. Idę więc powoli gdzieś... Sama nie wiem gdzie. Nie przejmuję się tym, że łamię wszystkie gałązki po drodze, że płosze zwierzynę... Nie. Teraz mam to serdecznie gdzieś. Bo w tym momencie jestem tylko ja i odgłosy lasu. Nawet Drew ucichła. Taaaaaaaaak, tego mi było trzeba.
Kładę się pod jednym z drzew i zamykam oczy. Nie mam w planach snu ale jakoś tak samo wychodzi i zasypiam.

( CD w opku Chrisa )

czwartek, 5 marca 2015

Od Dery ( CD. Ren 'a ) : ,, Igram z ogniem '' ,czyli o tym jak każda moja rozmowa z nowo poznanym wilkiem kończy się kłótnią

-… Poza tym myślę, że moglibyśmy zostać tutaj na jakiś czas, zanim znów rozpoczniemy wędrówkę. Co o tym myślisz?- spytał się mnie Ren. A ja znowu westchnęłam. Nie miałam ochoty na rozmowę. Wiem, że nie jestem z natury gadatliwa, więc to zawsze aktualne, ale dzisiaj szczególnie. Zerknęłam jednak na wodospad. Był piękny.
Pierwszy raz w życie widziałam coś tak wspaniałego z bliska. Tak, miałam ochotę tutaj zostać. Tego jestem pewna.
-Myślę, że to dobry pomysł.- odparłam, nie zerkając na brata. Kiedy patrzyłam na spadającą wodę, poczułam w sobie jakąś dziwną energię. Byłam szczęśliwa.- Jak na Ciebie.- rzuciłam kąśliwie, patrząc przelotnie na Ren’ a. Wilk zaczął się śmiać, a później szturchnął mnie w ramię, odsłaniając kły. Udawał poruszonego moją uwagą. Wiedziałam jednak, że w głębi duszy się cieszył. Ja też byłam szczęśliwa. Nie tylko dzięki wodospadowi, choć zapewne „dodał” mi on energii.
Również chciałam ukazać kły, w geście obronnym. Jednak coś przykuło moją uwagę.
Nagle usłyszałam szelest. Jakby ktoś nadepnął na suchy liść. Zastrzygłam uchem i odwróciłam się w stronę, skąd dobiegał dźwięk. Nikogo nie wiedziałam. A zarośla, które miałam przed sobą, nie wyglądały podejrzanie. Raczej nikogo tam nie było. Tak myślę.
-Co się stało?- usłyszałam pytanie Ren’ a. Nie odpowiedziałam od razu. Nie lubię martwić go niepotrzebnie, więc wolałam najpierw przyjrzeć się naszemu otoczeniu.
-Coś mi tu nie gra.- odparłam w końcu.
-Daj spokój. Niby co?- mimo tej uwagi, Ren również zaczął się rozglądać. On też musiał coś czuć. Nie było to żadne złudzenie, ani nic z tych rzeczy. Aż tak bardzo nie zdziczaliśmy.
Poczułam chłodny wiatr na twarzy. Odgarnął mi włosy z czoła, jednak zaraz znów je poczochrał. Ten powiew… czułam zapach innych wilków. Z początku nie byłam tego pewna, ale teraz nie ma żadnych wątpliwości. Dałam znak bratu, i oboje ruszyliśmy w stronę zarośli.
Zerknęłam szybko na brata.
Nie podobało mu się to, że znów musi się mieć na baczności. To było oczywiste. Zaobserwowałam to u niego już jakiś czas temu. Nie podobały mu się te wszystkie ucieczki, przemieszczanie się, walki z innymi, często większymi drapieżnikami. Miał dość takiego życia, spędzonego tylko i wyłącznie w towarzystwie siostry. Wiem, że Ren chce żyć w watasze i raz na zawsze skończyć tę gonitwę. Naprawę chciałabym aby jego marzenie się spełniło.
Tylko, że nikt nas nie przyjmie. A przynajmniej mnie. Takie, w każdym bądź razie odnoszę wrażenie. Ale jeśli taka okazja by się zdarzyła, to mogłabym się nawet skusić. Nie dla samej siebie. Zrobiłabym to dla Ren’ a.
3… 2… 1… skoczyłam. Nie miałam na celu nikogo zabijać. Chciałam jedynie zobaczyć, czy coś nam grozi. Niestety nie wiem, w jaki inny sposób, można się tego dowiedzieć. Dlatego każdy bierze mnie za agresywną.
Wpadłam na jakiegoś wilka. Właściwie to były dwa wilki, tylko samica, którą miał zaatakować Ren, zdążyła uniknąć takiego losu, jaki spotkał jej kompana. Przygniotłam do ziemi czarno-czerwonego basiora. Nie trwało to długo. Samiec był silny, więc chwilę później, to ja byłam na przegranej pozycji. Nie miałam pojęcia co robi Ren, ale miałam teraz własne problemy. Byłam przygotowana na walkę, jednak ku mojemu zdziwieniu, wilk odpuścił i zostawił mnie w spokoju.
-Kim jesteście?- usłyszałam jego głos. Był ostry, ale nie na tyle aby można się go przestraszyć.
-To ja powinnam o to zapytać.- warknęłam. Ciemny wilk zaczął się śmiać. Jednak nie było w tym ani trochę sympatii. Raczej pogarda. Jednak nie odpowiedział na moje pytanie.
Zamiast niego, zrobiła to tamta wadera, której Ren nie zaatakował (czyli przywitał się trochę milej niż ja).
-Jestem Katniss, a to jest Azazel.- skinęła głową w kierunku towarzysza.
-Ja jestem Ren.- odezwał się mój brat.- A to jest moja siostra, Daera.- przedstawił mnie w moim imieniu. Może to nawet dobrze. Nie miałam ochoty na zabawę w „poznajemy siebie nawzajem”. Ognisty wilk chyba też nie, bo również pozwolił aby Katniss mówiła z jego imieniu.

Przez ten czas dowiedziałam się, że oba wilki należą do Watahy Szafirowego Wodospadu. Nie ma tam wielu wilków, ale wszyscy dają radę jakoś przeżyć. Okazało się też, że wodospad, który tak bardzo mi się podoba, należy do terenów ich watahy. A to znaczy, że należy do tamtych wilków. To znaczy, że jest również własnością tego ognistego, o pogardliwym spojrzeniu. A to z kolei oznacza, że nie możemy tutaj zostać. Chyba, że… Ren będzie nalegać. Ale ja nie zamierzam. Nie będę się błaźnić.W jednej chwili przedstawianie się, zmieniło się w rozmowę dwóch wilków- Katniss i Ren’ a. Ja nie odezwałam się ani słowem, chociaż miałam ku temu wiele okazji. Az co jakiś czas dorzucał dwa zdania, ale widać było, że opisywanie własnej watahy innemu wilkowi, nie przypadło mu do gustu.
Jeśli mam być szczera, to oczywiście nie miałam nic przeciwko temu, że mój brat wdał się w pogawędkę z tamtą waderą. Z resztą, to nawet miłe z jej strony, że tak po prostu wybaczyła nam to, że ich zaatakowaliśmy (a właściwie to Ren przepraszał słowami: „Wybacz za maniery mojej siostry”, ale nie zwróciłam na to specjalnej uwagi). Cieszyłam się, że brat miał z kim rozmawiać. Dobrze, bo teraz nie będzie mnie do tego zmuszać.
Czyli, jak już wspomniałam, nie miałam nic przeciwko temu. Oczywiście do póki mój brat nie odszedł gdzieś z Katniss, którą bez przerwy wypytywał o szczegóły życia w watasze. Oczywiście nie miałam nic przeciwko temu, aby wilk sobie pospacerował wzdłuż wody. Problem jednak był w tym, że zostałam sama z tym gburem. Zerknęłam na siedzącego obok basiora. On też nie miał ochoty na spędzanie czasu w moim towarzystwie. Z resztą, nie ma co się dziwić. Zaledwie kilka minut temu, wbiłam pazury w jego skórę.
-Ten tutaj… to twój brat?- spytał się w końcu Az, nie podnosząc wzroku. Teraz już wiem, dlaczego mi się nie podobał. Po prostu, kiedy się odzywał, to tak jakbym widziała siebie rozmawiającą z Ren’ em. A to z kolei oznacza, że może dojść do starcia charakterów.
-Ten kretyn? A skądże! Nie widzisz? To zwykły jeleń, w skórze wilka. Pod kostiumem chowa poroże.-skomentowałam. Zaraz jednak dodałam:- Tak to mój brat. Przecież mówił, że jesteśmy rodzeństwem.- Położyłam się na ziemi i zaczęłam skubać trawę pazurami. Było to zdecydowanie bardziej zajmujące, niż rozmowa z Azazel’ em.
-Nie słuchałem. A ty jesteś…?- spytał zerkając w moją stronę. Spiorunowałam go lodowatym spojrzeniem. Oczywiście, że słuchał. Wie jak mam na imię, kim jestem. Ale chyba zdaje sobie sprawę z tego, co myślę o jego towarzystwie i tej rozmowie. Dlatego zadaje te durne pytania.
-De.ra.- wycedziłam, patrząc na niego w taki sposób, aby zdał sobie sprawę, że wyczułam jego podstęp.
-Naprawdę?- zrobił sztuczne „wielkie oczy”, po czym dodał:- Twój brat przedstawiał Cię jako „Daera”. Hm… czy fakt, że przedstawiłaś się zdrobnieniem, oznacza, że chcesz abyśmy byli przyjaciółmi?- rzucił mi przy tym takie spojrzenie, że miałam ochotę palnąć go w pysk. Teraz żałuję, że nie zrobiłam tego kiedy miałam okazję.
-Chrzań się.- warknęłam. Ale Az znów tylko się zaśmiał.
-Wiesz, coraz bardziej odnoszę wrażenie, że mocna to ty jesteś tylko w gębie. Gdybyśmy wtedy walczyli naprawdę już być nie żyła.
-Oh, naprawdę?- spojrzałam na niego, udając poruszenie. Az jednak nie dał się nabrać. W końcu graliśmy w tę samą grę.- Może się przekonamy, co?- rzuciłam wyzywająco. Azazel wstał i podszedł bliżej.
-Brzmi nie najgorzej. Jednak będę dla Ciebie wyjątkowo łaskawy i udam, że tego nie słyszałem. Mogłoby się to dla Ciebie źle skończyć.
-Dla mnie?!- Wstałam i spojrzałam basiorowi w oczy.- To ty się wycofujesz. Jednak powinnam się była tego domyśleć. Czego innego można spodziewać się po takim „Narcyzie” jak ty.- wiedziałam, że to określenie było trafne. Azazel spiorunował mnie wzrokiem. Jego oczy zdawały się płonąć żywym ogniem. On sam wyglądał jakby powstał z wrzącej lawy.
-Grasz w niebezpieczną grę.- warknął ostro basior.
-Fakt, że ty ją zacząłeś, nie sprawi, że podkulę ogon.- odparłam i ruszyłam w stronę wody.
-Mówisz tak, chociaż się wycofujesz.- zauważył Azazel. Ta uwaga nie przeszkadzałaby mi tak bardzo, gdyby nie fakt, że basior szedł za mną.
-Że niby ja?- parsknęłam z pogardą.- W cale się nie wycofuję. Zamierzam tylko skończyć tę głupią dyskusję, ze względu na mojego brata. Nic więcej.
-Ja to widzę inaczej. Uciekasz z podkulonym ogonem.
-To ty pierwszy powiedziałeś, że nie chcesz bójki. A teraz twierdzisz, że to ja się poddaję! Tak naprawdę, to przez cały czas ratujesz swój tyłek, bo wiesz, że nie masz szans.- rzuciłam złośliwie. Byłam ciekawa co teraz powie Aza. Ciemny wilk warknął, odsłaniając przy tym białe kły. Zrobiłam dokładnie to samo. Przez chwilę zastanawiałam się, czy on tylko próbuje mnie wystraszyć, czy faktycznie może zaatakować.
-Powinnaś wiedzieć, że moim żywiołem jest ogień, Dera.- powiedział przez zaciśnięte zęby.- Uważaj aby się nie oparzyć.
-Nie ma problemu.- rzuciłam ostro.- Codziennie igram z ogniem. Do tej pory zawsze go pokonywałam. Taki płomyczek jak ty, nie jest dla mnie żadną przeszkodą.
-Ostrzegam Cię ostatni raz. Jestem ogniem, z którym nie wartko igrać.
-Tak? Ja jednak zaryzykuję.
Właśnie w tym momencie, grzbiet basiora pokrył się płomieniami. Teraz byłam już pewna, że on JEST w stanie ZAATAKOWAĆ. Ja jednak nie mogłam się bić. Nie przy Renie.
-Ostrzegałem, Dera. Nie powinnaś ze mną igrać.
-Doprawdy?- parsknęłam nie dowierzając.- Obawiam się, że ogień nic nie da, jeśli trochę się go ostudzi.- Z tymi słowami, wepchnęłam Azazel’ a do wody. Wilk, nie zdążył w porę zareagować, i wpadł do jeziora z wilkiem pluskiem. Woda zmoczyła mi sierść, ale nie byłam aż tak mokra jak Az.
Kiedy basior wynurzył głowę, z jego sierści zniknął płomień. On był zupełnie jak ogień. Jak dziki i niebezpieczny żar. Azazel był uosobieniem ognia.
Może właśnie dlatego, widok tego wilka w wodzie, był taki zabawny.
-Żaden z ciebie straszny ogień. Wyglądasz jak zmokła kura.- parsknęłam śmiechem. Poczułam jak ktoś wciąga mnie do wody. Nie opierałam się i wpadłam do jeziora. Kiedy znów spojrzałam na Az’ a, ochlapałam go wodą i zaczęłam się śmiać. Był to mój pierwszy, szczery śmiech, od bardzo dawna. Nie pamiętam kiedy ostatnio byłam tak rozbawiona.
-Mały płomyczek, chyba został właśnie zgaszony, co?- odparłam, patrząc na basiora tryumfalnie.


Azazel? Co powiesz?

wtorek, 3 marca 2015

Od Ren'a: Krótki postój?

-Pospiesz się bracie!- usłyszałem głos wadery. To była Dera. Biegliśmy właśnie za sarną, a ja się zamyśliłem. Od jakiegoś czasu zdarza mi się to coraz częściej. Mam na myśli, rozmawianie z samym sobą. Ponoć jest to pierwszy stopień do wariactwa, ale mi to nie grozi.



Oboje już jesteśmy dziwni.
Ja i Dera żyliśmy tak długi czas sami, odcięci od innych wilków, że zapomnieliśmy jak żyje się w społeczeństwie przekraczającym liczbę dwóch wilków. A ponieważ moja siostra nigdy nie była rozmowną wilczycą (w gorsze dni częściej warczy) to nie mam żadnego kompana z którym mógłbym porozmawiać. O czymkolwiek. Byleby choć na chwilę było głośno.
To przez tę ciszę, jedynym towarzyszem rozmów stal się mój własny umysł. Jednak przez rozmowy z samym sobą i popadanie w zadumę, często tracę kontakt z rzeczywistością. Daera nie pochwala takiego zachowania. Jest na mnie zła. Mówi, że jeśli nie będę śledził tego, co dzieje się dookoła, to w końcu coś wykorzysta moją nieuwagę. I zaatakuje.
Moim zdaniem trochę przesadza. Oczywiście, przez ponad rok musieliśmy radzić sobie sami. Byliśmy zdani na łaskę i niełaskę losu. Ale od tygodnia nic nam się nie stało. Nie zaatakował nas żaden większy drapieżnik, a większość polowań wychodziła nam bez przeszkód.
Coś jednak gnębiło Daerą. Widać to było po jej twarzy, spojrzeniu, mniej pewnych siebie ruchach. Od zawsze była trochę nieufna, ale nigdy nie była niepewna samej siebie. Ciągle powtarza: „Jedyną osobą na której możesz polegać, jesteś ty sam”. A teraz coś się zmieniło…
Może to dlatego, że trafiliśmy na nieznane nam tereny? Co jakiś czas przeprowadzamy się i wędrujemy po świecie. Ale nigdy nie widzieliśmy podobnych krajobrazów. Niektóre miejsca są… cóż… trochę dziwne, a nawet niepokojące. Głównie po zmroku.
-REN!- krzyknęła Dera, która wbiegła prosto na mnie. Popchnęła mnie i oboje przetoczyliśmy się po trawie.
-Co się stało!- krzyknąłem lekko wstrząśnięty. Nie miałem pojęcia o co jej chodziło. Przecież ciągle biegłem za tą sarną…
-Jak to „co się stało”?! O mało nie spadłeś z urwiska! A ty jeszcze pytasz, co się stało! Gdyby nie ja, poleciałbyś z tą wodą na sam dół!
-Woda! Czyli jest tutaj wodospad!
-Nie. Tęczowe jeziorko i różowe kucyki. Oczywiście, że jest tu wodospad! Mówiłam Ci to na samym POCZĄTKU! Ale ty jak zwykle mnie nie słuchasz…- burknęła i ruszyła powolnym krokiem przed siebie.
-Naprawdę?- podbiegłem i zrównałem chód z siostrą.- Wydawało mi się, że to TY nigdy nie słuchasz MNIE. A nie na odwrót, co?- rzuciłem kąśliwą uwagę. Kiedyś Dera zaczęłaby się śmiać. Ale teraz nawet się do mnie nie uśmiechnie. Westchnęła jedynie, zamykając oczy. Od jakiegoś czasu był to „najmniej agresywny” gest na jaki było ją stać. Z biegiem czasu zrozumiałem, że na jej uśmiech będę musiał jeszcze długo zaczekać. Ale myślę, że warto. Muszę tylko być cierpliwy i za bardzo nie naciskać. Ponoć im dłużej czekamy na jakąś rzecz, tym większą radość przynosi jej nadejście. Ja w to wierzę. Tak jak w powrót tej „dawnej Dery” .
-Choć siostra.- zwróciłem się do wader.- Idziemy obejrzeć go z bliska.
-Ty idź.- rzuciła chłodno.- Ja tam nie schodzę. Będę na ciebie czekać na górze.
-Nie ma takiej opcji!- odparłem. Złapałem ostrożnie Derę za ucho, uważając na jej kolczyki (miała ich pełno) i zacząłem schodzić z nią na dół. W połowie drogi, kiedy zaczęło robić się stromo, puściłem ją wolno.
-Teraz już możesz zejść. Nie ma sensu wchodzić znów na górę.- zauważyłem zadowolony. Miałem nadzieję, że Dera zaraz rzuci jakąś ciętą, kąśliwą uwagę lub się uśmiechnie, ale nic z tego. Ona znów westchnęła. Ale tym razem dłużej.
-No to chodźmy na dół.- odparła spokojnie i zaczęliśmy schodzić po zboczu. Zerkałem na waderę co jakiś czas, kiedy szliśmy w stronę wodospadu. Ale ona znów obrzucała wszystko tym samym, chłodnym, wręcz wyzywającym spojrzeniem. 
Jakby była żołnierzem, biorącym udział w wielkiej bitwie. W której wrogiem jest cały świat. 
Szkoda mi jej, naprawdę. Na razie nie powiem jej tego wprost, ale chciałbym aby Dera poznała chociaż jednego wilka, którym nie będę ja. Nie ważne kto to będzie. Może skoro ja nie potrafię przywrócić jej uśmiechu, to jemu, lub jej się to uda.

W końcu zeszliśmy na sam dół. Stanęliśmy oboje, tuż przy błękitnej wodzie. Wokół nas rosły pojedyncze drzewa. I chociaż ziemia miała pomarańczowy kolor (nie lubię go) piasku to osobiście uważam, że miejsce było przepiękne. Może nawet zatrzymamy się tutaj na kilka dni?
Zerknąłem na siostrę. Wpatrywała się w wodospad. Miała przy tym taką niewinną minę, że zachciało mi się płakać (w przenośni, oczywiście). Jednak jej słowa, sprawiły, że ten czar prysł:
-Jednak mogłam z niego skoczyć, wiesz?
Parsknąłem śmiechem.
-Jasne, jasne. Możemy spróbować.
-Ty też chcesz?- odezwała się, unosząc brwi w górę.- Nie spodziewałam się tego po tobie.
-Wiesz, w sumie to nie mam ochoty. Zapewne nie robiłbym tego, gdybym…- „gdybym nie miał Cię przy sobie. Gdybym nie próbował sprawić, abyś znów była jak kiedyś”, dodałem w myślach, lecz nie powiedziałem tego na głos. Nie wiedziałem jaka byłaby jej reakcja. 
-Gdybyś, co?- spytała się, tonem według mnie zbyt chłodnym.
-Nie ważne.- pokręciłem głową.- Ale wiesz, nie musimy skakać teraz. Dopiero co biegaliśmy. Poza tym myślę, że moglibyśmy zostać tutaj na jakiś czas, zanim znów rozpoczniemy wędrówkę. Co o tym myślisz?



Dera?

poniedziałek, 2 marca 2015

od Azazela(CD. Sherany):,, Znowu zaczynasz!''

Przewróciłem oczami z trudem powstrzymując złośliwy komentarz.
- Pytałem, czy wydaje ci się, że jedyne co mam do roboty to denerwować akurat ciebie? - powtórzyłem.
- A co? Niby nie? - odparła Sher.
- Pft! Mam sto razy ciekawsze rzeczy do roboty! Nawet pilnowanie Tadashiego jest bardziej interesujące!
- Nie przesadzaj - wadera przewróciła oczami. - Dashi jest dorosły...
Spojrzałem na nią błagalnie.
- Widziałaś jak się zachowuje.
- Zdecydowanie lepiej od ciebie.
- Znowu zaczynasz... - prychnąłem i otrzepałem się z wody.
- Że co?! JA zaczynam?
- Tak, ty. W pobliżu jakoś nie widzę innego denerwującego gremlina.
- Gremlina? A dopiero co wspomniałeś, że to ja zawsze zaczynam.
- No bo zaczęłaś. Ja tylko kończę - ruszyłem szlakiem w stronę Szafirowego Wodospadu. Ta rozmowa od początku nie miała sensu.
Nagle wpadłem na Tadashiego. Basior tylko zmierzył mnie morderczym wzrokiem, burknął ,,Przepraszam" i przepchnął się trącając mnie barkiem chociaż obok było mnóstwo miejsca. Pewnie poszedł do Sher. Jak on z nią wytrzymuje? Jeszcze tego brakuje, żeby mój rodzony brat zdziwaczał.

Sher? Brakus wenus ;-;

niedziela, 1 marca 2015

Nowa wadera - Dera



Imię: Dera (pełne imię Daera), co oznacza „dziki duch”
Płeć: wadera
Wiek: 2 lata
Partner: Na razie jest zbyt nie ufna w stosunku do innych i zbyt ceni sobie niezależność, aby móc pozwolić sobie na jakikolwiek związek. Poza tym nigdy nie była romantyczną i słodką waderą, więc raczej nikt jej nie zechce.
Rodzina: starszy brat- Ren
A reszta… kiedyś żyła. Dziś pewnie ich trupy rozkładają się w jaskini
Stanowisko: zielarka
Wykształcenie: ciężko powiedzieć. Okrutne życie nauczyło ją tylko trzech rzeczy:
leczyć, przeklinać i zabijać.
Charakter: Ponieważ, już jako szczeniak została okropnie potraktowana przez rodziców, nauczyła się czym jest okrucieństwo i zdrada. Nie potrafi zaufać nikomu innemu, z wyjątkiem brata. Chociaż nawet jemu nie mówi wszystkiego. Z resztą nie należy do osób gadatliwych, więc rozmowy z nią nie są specjalnie długie, a czasem ograniczają się do jednego warknięcia.
Życie w odosobnieniu z bratem i liczne walki o przetrwanie, pokazały Derze jak naprawdę wygląda życie. Oczywiście wszystkie te zdarzenia, miały wpływ na charakter samicy.
Wadera od małego nauczyła się zabijać, kaleczyć, przeklinać, wyzywać i ranić innych. Wie co to ból, śmierć i ryzyko. Jednak całkowicie zapomniała czym jest żal, honor, strach i sumienie. Nie potrafi darzyć nikogo miłością. Nikogo z wyjątkiem brata, któremu tyle zawdzięcza.
Dera z pewnością jest agresywną, niebezpieczną i odważną waderą. Często ryzykuje i igra z ogniem, gdyż nie boi się przykrych konsekwencji. Po prostu o nich nie myśli. Liczy się to co jest teraz, nie ważne co będzie później.
Często bywa ponura, nieufna i zamknięta w sobie. Jednak w przeciwieństwie do brata, nie potrafi się tak bardzo otworzyć przed innymi. Ren zawsze jej mówił, że powinna choć raz spróbować. Mówił, że musi w końcu komuś zaufać w nowej watasze, ale ona nie słucha się nikogo. Chociaż Daerze czasem doskwiera samotność i odosobnienie, to nigdy się do tego nie przyzna. Ma tylko wielką nadzieję, że zbyt nie okazuje tak wstydliwych emocji, bo nie jest tak dobra w ukrywaniu ich, jak Ren.
Starszy brat często powtarza, że każdy musi mieć przynajmniej kilka innych osób na których może polegać. Dera zdaje sobie z tego sprawę. Gdzieś w głębi jej kamiennego i nieczułego serca zawsze pozostawał malutki płomień, tej dawnej jej. Wadery, która potrafiła kochać, ufać i śmieć się z innymi. Tylko, że Dera już dawno przestała wierzyć w to, że dawna ona kiedykolwiek powróci.
Historia: Moje życie, hm…? Cóż mogę o sobie powiedzieć?
Z pewnością miałam dość niestandardową rodzinę: ojciec, wiecznie pijany alkoholik, bez przerwy kłócił się z matką. On oskarżał ją o wszystkie nieszczęścia tego świata, a ona zwalała zawsze winę na niego, lub na któreś z nas. Tak to mniej więcej wyglądało. Co prawda ojcu zawsze brakowało piątej klepki, ale matka nie była od niego lepsza. Zdradzała tatę z kim popadło. Naprawdę!
Byłam przekonana, że każdy basior w okolicy spędził chociaż jedną noc z naszą matką. Czasem nawet zdarzało się, że przyprowadzała ze sobą kochanka, kiedy taty nie było w naszej jaskini, bo szedł „wytrzeźwieć”. Szkoda tylko, że nigdy nie myślała o tym, że my również byliśmy w jaskini, ale na to akurat nic nie poradzę. Jestem przekonana, że matka też nie zawsze była przytomna i dużo rzeczy zapewne jej umykało.
Jedyną normalną osobą w rodzinie było mój starszy o rok brat- Ren.
Myślę, że gdybyśmy żyli w watasze, jak normalne wilki, tego typu sytuacje nie miałyby miejsca. Mam na myśli nasz „dom wariatów”, jak zawsze nazywaliśmy z bratem rodzinę.
Szczerze w to wątpię. Jednak problem polegał na tym, że mieszkaliśmy w odosobnieniu i nikt nie mógł nam pomóc. Z resztą. Jestem pewna, że nikt nie byłby specjalni nami zainteresowany. W dzisiejszych czasach, większość wilków woli interesować się tylko i wyłącznie własnymi sprawami. Nikogo nie obchodzi drugi basior, czy wadera. Może to dlatego, Ren zawsze mówił mi abym nie próbowała prosić nikogo o wsparcie?
W każdym bądź razie, tak właśnie wyglądało nasze życie. Zazwyczaj kiedy rodzice się kłócili, my albo wychodziliśmy na polowanie, albo staraliśmy się udawać, że śpimy i nie rzucać się w oczy. Taka metoda zawsze działała bez zarzutów. No, przynajmniej przez pierwszy rok mojego męczącego życia. Później było zdecydowanie gorzej.
Pewnej nocy, kiedy wracaliśmy z Ren’ em z polowania, już na skraju lasu słychać było krzyki i przekleństwa. Wiedziałam, że trzeba zawrócić, bo i tak nic nie wskóramy, ale Ren koniecznie chciał sprawdzić co się dzieje.
To, że pobiegliśmy do jaskini, było naszym największym błędem.
Kiedy weszliśmy do jaskini, widzieliśmy, że tym razem ojciec był bardziej pijany niż zwykle, a matka też nie była do końca trzeźwa. Nie miałam pojęcia, o co dokładnie im poszło, ale jednego byłam pewna. Byli na siebie strasznie wściekli. Potwornie.
Patrzeliśmy z bratem jak nasi właśni rodzice, rzucają się sobie do gardeł. Dosłownie. Nie mam pojęcia, ile to wszystko trwało, ale zdawało się ciągnąć w nieskończoność.
Później widziałam jak ojciec zabija naszą matkę. Z początku myślała, że ona tylko zemdlała od upadku, jednak to, w jaki sposób leżała, świadczył że na pewno nie żyje.
Następną rzeczą jaką pamiętam pył głośny krzyk. To nasz ojciec zauważył jak stoimy w jaskini z Ren’ em. Pamiętam jak na nas krzyczał, jak przeklinał. I jak zaatakował.
To wszystko działo się tak nagle. Nawet nie miałam czasu do namysłu. Po prostu zrobiłam to co kazał robić instynkt.
Zaatakowałam.
Zabiłam naszego własnego ojca, po to, aby chronić siebie i starszego brata. Tak mi się wtedy zdawało. Jednak kiedy otrząsnęłam się z tego wszystkiego, zauważyłam, że mój brat też zatopił w nim kły. Najwyraźniej musiał go dobić, bo ja nie byłam dostatecznie silna.
Tego samego dnia uciekliśmy.
Nie zabieraliśmy ze sobą żadnej rzeczy, bo nigdy niczego nie mieliśmy. Nie było nawet czasu aby zmyć z siebie krew.
Biegliśmy z bratem jak najdalej od domu.
„Szybciej Dera! Dasz radę!!!”- były to słowa, które słyszałam od Ren’ a co chwilę, kiedy uciekaliśmy z miejsca zbrodni.
A później zaczął się jeszcze gorszy koszmar. Miałam wtedy zaledwie rok, a Ren 2 lata, ale jakoś musieliśmy dać sobie radę sami. Polowaliśmy, leczyliśmy rany, staliśmy na czatach, trzymaliśmy warty, walczyliśmy z innymi drapieżnikami.
Byłam wtedy tylko dzieckiem, ale widziałam już o wiele za dużo, jak na taki wiek. Poznałam czym jest cierpienie i zdrada. Nie są to miłe uczucia. Jednak przyszło nam z nimi żyć.
Po roku włóczęgo, znaleźliśmy z Ren’ em watahę, która nas przygarnęła. Starszy brat powtarza mi zawsze, że powinniśmy zacząć życie od nowa. Tak jakby przeszłość nigdy nie miała miejsca.
Ja jednak wciąż nie potrafię zapomnieć tego, co mnie spotkało.
Staram się z całych sił, przywrócić tamtą dawną Derę, którą kiedyś byłam. Tylko, że na razie nie potrafię jej odnaleźć. A z biegiem czasu, moja nadzieja coraz bardziej słabnie. Ren powtarza mi, że mam być silna i za nic w świecie się nie poddawać. Mówi, że kiedyś wrócę do dawnej siebie.
Oby się nie mylił.
Żywioł: burza, śmierć
Moce: -potrafi wywołać burze z piorunami, lub wielką ulewę (nie panuje jednak nad mocą i robi to nieświadomie, pod wpływem wielkich emocji)
-swoim złotym okiem widzi „kolor śmierci” (kiedy istota jest nim „spowita” to znak, że w ciągu najbliższych dni umrze)
Głos: Nana -Kuroi Namida
Właściciel: Annabeth

Inne zdjęcia :

Dera z Ren 'em


Prawe oko -niebieskie 
Lewe oko -złote

Nowy basior - Ren



Imię: Ren
Płeć: basior
Wiek: 3 lata
Partner: Cóż… ciężko powiedzieć, że „szuka partnerki”, gdyż nie jest nachalnym samcem. Nie miałby nic przeciwko związaniu się z jakąś waderą, ale jeśli żadnej nie spotka, nie będzie szukał jej na siłę. Nie jest wilkiem wybrednym, ale ma jeden warunek. Jeśli w przyszłości miałby się z kimś związać, to tylko z waderą, którą jego siostra będzie darzyć zaufaniem. I z wzajemnością.
Rodzina: młodsza siostra- Dera
Mieli kiedyś rodziców, ale… to już przeszłość
Stanowisko: Dowódca łowów
Wykształcenie: walka, magia, zna podstawy leczenia
Charakter: Jedno jest pewne, chociaż Ren woli mieć wśród wilków więcej przyjaciół, niż wrogów, to nigdy nie potrafił się zaprzyjaźnić. To znaczy… od czasów kiedy wraz z siostrą uciekli od rodziny. Stał się wtedy bardziej powściągliwy, zdystansowany i ostrożny. Nie mógł liczyć na niczyją pomoc, z wyjątkiem siostry Dery, której zawsze ufał (chociaż była o rok młodsza, a kiedy uciekli, była zaledwie dzieckiem). Podczas samotnej wędrówki nauczył się troszczyć o siostrę, która jest dla niego całym światem. Jednak on sam nigdy nie nazwałby siebie opiekuńczym wilkiem. Zawsze martwi się o rodzeństwo chociaż wie, jak młodą waderę tym irytuje. JEDNAK NIGDY NIE ROBIŁ ZA NIAŃKĘ!!! Nie zamierza się z nikim pieścić, ani przesadnie opiekować, bo nigdy nie miał do tego nerwów. Jego troski wyglądały inaczej, np. upierał się by stać dłużej na warcie, kiedy siostra była zmęczona.
Jednak, gdyby pominąć ten szczegół, nie należy do osób bardzo troskliwych, a do innych wilków podchodzi z dystansem, którego nauczyło go życie.
Często wygląda na osobę ponurą, spokojną, bądź skrytą, ale tak naprawdę nie zawsze jest taki. Po prostu potrafi ukrywać prawdziwe intencje, a emocje zawsze trzyma na wodzy (w odróżnieniu od agresywnej siostry). Jednak przy najbliższych potrafi się otworzyć, i ukazać „prawdziwego siebie”.
Kiedy dołączył do watahy, zdał sobie sprawę z tego, że nie może już patrzyć na wszystkich i wszystko spode łba. Zdaje sobie sprawę, z tego, że życie w takim społeczeństwie jak stado, wiąże się z wieloma obowiązkami i wie, że jest w stanie im podołać.
Ren zawsze był walecznym, odważnym i często nawet brutalnym wilkiem. Nigdy nie nazwałby siebie osobą honorową. Życie pokazało mu, że kiedy przychodzi walka, szacunek zawsze znika.
Historia: Urodziłem się… cóż, z pewnością nie była to wataha. Byłem wychowywany przez rodziców, jednak nie żyliśmy z innymi wilkami. Mieszkaliśmy w dość dużej jaskini, w odosobnieniu. Kiedy byłem szczeniakiem, mojej życie nie było takie złe. Rodzice opiekowali się mną, tata uczył polować, a mama opowiadała wspaniałe historie. Miałem nadzieję, że tak będzie już zawsze.
Ale się przeliczyłem.
To stało się kiedy miałem ponad rok. Matka, pod nieobecność ojca, sprowadziła do domu tego drugiego wilka. Szkoda tylko że zapomniała o mnie. Leżałem wtedy w rogu jaskini próbując zasnąć. Słyszałem i widziałem wszystko, chociaż z całego serca, wolałbym o tym zapomnieć.
Kiedy przyszedł ojciec, zaczął krzyczeć i przeklinać. Matka też.
Zaczęli się kłócić, a później oboje wybiegli z jaskini. Każde w inną stronę. O ile pamiętam, ojciec wrócił do domu późno w nocy. Upity.
A matka, przyszła dopiero za dnia, kiedy nie było taty. Przyszła z jakimś samcem, ale ten wyglądał inaczej niż basior z poprzedniej nocy. Miałem szczęście, że w porę udało mi się wyjść z jaskini i uciec do lasu.
Tak wyglądało moje życie przez kolejny rok. Do czasu aż urodziła się moja młodsza siostra- Daera. Miałem wtedy nadzieję, że rodzice przypomną sobie jak to kiedyś się kochali, i wrócą do życia jakie wiedli kiedyś. Chciałem aby Dera miałam normalne dzieciństwo, tak jak ja kiedyś miałem. Pragnąłem abyśmy znów byli szczęśliwą rodziną.
Ale równie dobrze mogłem prosi o gwiazdkę z nieba.
Sytuacja wyglądała tak, jak wcześniej. Ojciec wracał późno upity, a matka rano przyprowadzała do jaskini kochanka. Ja z kolei zabierałem młodszą siostrę do lasu i próbowałem nauczyć ją wszystkiego co przyda jej się w życiu. Polowania, mówienia, korzystania z mocy, orientowania się w terenie. To ja wychowywałem Derę! Ja! Chociaż miałem dopiero 2 lata!
Wszyscy żyliśmy w odosobnieniu. A kiedy ojciec przychodził do domu i zastawał matkę, lub na odwrót, oboje zaczynali się kłócić. Kłócić i przeklinać.
Zawsze już tak było. Musieliśmy wtedy szybko uciekać z siostrą, aby i nam nic się nie stało. Za każdym razem, kiedy mieliśmy nadzieję na lepsze życie, w efekcie było coraz gorzej.
Aż w końcu rodzice ze sobą nie wytrzymali.
Kiedy wracaliśmy z Derą z polowania, już na dworze słychać było przekleństwa rodziców. Nawet nie mam zamiaru ich cytować.
Pobiegliśmy z siostrą w stronę jaskini. Nie wiedzieliśmy co mamy robić, więc po prostu staliśmy przy wejściu i robiliśmy wszystko by nie rzucać się w oczy.
Przez jakiś czas nam się to udawało.
Do czasu aż ojciec, pod wpływem gniewu i w dużej mierze alkoholu, zabił naszą matkę.
„Ren! Ona…”- szepnęła do mnie Dera.
„Wiem.”- odparłem. Starałem się mówić jak najspokojniej, ale głos miałem załamany.
Później wszystko działo się szybko. Ojciec nas zauważył i zaatakował. Razem z Derą, rzuciliśmy się w jego stronę. Nie miałem pojęcia co robię. Nie myślałem czy to bezpieczne. Liczyło się tylko to, aby nie dać się zabić.
Do dziś pamiętam jak staliśmy z Derą nad ciałem ojca. Byliśmy cali w jego krwi. Obrzydliwej, lepkiej krwi, która zapewne cuchnęła alkoholem. A może ten odór unosił się od jego ciała?
Pamiętam jak biegliśmy z Derą, jak najdalej od miejsca, które powinniśmy nazywać „domem”. Nie było czasu, aby zetrzeć z siebie krew. Musieliśmy uciekać, od miejsca, w którym leżały ciała rodziców. Nic innego się nie liczyło.
Kiedy znaleźliśmy się wystarczająco daleko, okazało się, że to nie koniec naszych problemów. Nie… to był dopiero początek.
Właśnie wtedy rozpoczęła się samotna wędrówka, życie w odosobnieniu. I walka o przeżycie.
Dera miała wtedy nieco ponad rok. A już była świadkiem tylu okrucieństw. Nic dziwnego, że przez te wszystkie doświadczenia, tak bardzo się zmieniła.
Nasza wędrówka trwała kolejne 12 miesięcy. Podczas tego czasu, nauczyliśmy się tego, co było potrzebne do przeżycia. Jednak zapomnieliśmy o wielu rzeczach.
Ja przeżyłem znacznie mniejszą przemianę niż Dera. Nadal pamiętam jak to jest być dobrym, opiekuńczym, otwartym. Potrafię sobie wyobrazić to, że kiedyś się zakocham.
Ale Daera nie potrafi. To ona zmieniła się najbardziej. Na nią, te wszystkie złe wydarzenia, podziałały najgorzej. Stała się nieufna wobec innych, zamknięta w sobie, smutna, samotna i agresywna.
Tylko wobec mnie odnosi się chociaż trochę jak dawniej. Jednak nie jest to tamta Dera, jaką kiedyś znałem. Nie była to TAMTA siostra.
Kiedy miałem 3 lata (a Daera 2) znaleźliśmy watahę, która nas przyjęła. Oboje musimy nauczyć się, jak żyć w stadzie. Myślę, że sobie poradzę. Potrafię znów zaufać, chociaż czeka mnie jeszcze długa droga, do przywrócenia dawnego siebie. Ale martwię się co będzie z Derą. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś do mnie wróci, ta dawna ona.
Wadera, która była moją kochaną, dzielną, młodszą siostrą.
Będę na nią cierpliwie czekać…
Żywioł: śnieg, sen
Moce: -może wywołać zamieć śnieżną, lub sprawić aby spadł śnieg
-częściowo kontroluje sny pojedynczych wilków, ma na nie wpływ (jednak zmienia je nieświadomie. Nie chce tego robić, ale nie potrafi nad tym zapanować)
Właściciel: Annabeth

Inne zdjęcia :

Młody Ren z małą Derą