piątek, 3 kwietnia 2015

Od Dery ( CD. Azazela ) : Córka demonów

Hm…. Szczerze? Nie mam ochoty na zwiedzanie watahy. To znaczy, nie mam ochoty na nic, ale nigdy nie byłam fanką zwiedzania i podziwiania terenów. Jeśli już to wolę włóczyć się sama po nieznanych krainach, a nie oglądać tereny i słuchać: „a tutaj są jaskinie… a tutaj potok… a dalej jezioro…” i tak dalej i tak dalej… do znudzenia. Ale co mogę zrobić? Chyba tylko mieć nadzieję, że tereny nie są rozlegle.
-A tutaj są jaskinie- mówi ciągle Tadashi, brat Azazel’ a.- Ale nie każdy tutaj śpi.. to znaczy..- starałam się słuchać, ale w efekcie docierało do mnie co 3 zdanie. Naprawdę starałam się wyglądać na zainteresowaną. Może gdybym była Ren’ em, słuchałabym teraz białego wilka w skupieniu. Może gdybym była Ren’ em cieszyłabym się, że ktoś chce mnie przygarnąć. Gdybym była Ren’ em. Ale jestem sobą… czarną Derą. Dzikim duchem. Ja się do tego po prostu nie nadaję. Tylko, że nikt mnie nie rozumie. Nawet brat nie zawsze wie co mam na myśli, a co dopiero inne wilki, nie należące do „rodziny” (dwu osobowej, ale zawsze to coś).
-A tutaj, jest ogromny szafirowy wodospad! To jest właściwie najważniejszy „symbol” naszej watahy! To właśnie od niego nasze stado wzięło nazwę… a może odwrotnie? Najpierw nazwano watahę, a później wodospad… Aza, jak myślisz?- Tadashi zwraca się do brata.
-Moim zdaniem, najpierw nazwano wodospad, a później watahę.- stwierdza ognisty basior. Dashi przez chwilę jest usatysfakcjonowany taką odpowiedzią. Idziemy w spokoju do następnego miejsca. Mam nadzieję, że będziemy już iść we względnej ciszy, ale zaraz słyszę pomruk jasnego wilka.
-Jesteś pewien Aza? Najpierw wodospad, a później wataha?
-No… moim zdaniem tak chyba byłoby logiczniej, co nie?
-A…- Tadashi marszczy czoło.- może jednak najpierw wataha…
-Ale skąd w takim razie pomysł na wodospad, w naszej nazwie, co?!
-A no… nie wiem. Tak sobie tylko myślałam…- ciągnie temat.- Po prostu moim zdaniem…
Już nie wytrzymuję. Nie jestem przyzwyczajona do takich rozmów. A właściwie t a k i c h rozmów. Czemu gadają o wodospadzie?!
-A moim zdaniem powinieneś się trochę przymknąć.- szepczę do siebie. Mam nadzieję, że nikt tego nie słyszy. Jednak Aza, który szedł bliżej zerka w moją stronę. Taksuje mnie wzrokiem, a później parska śmiechem.
-Co się stało?- pyta Dashi. Czuję, że się rumienię ze wstydu. Tak, na pewno tak jest bo Azazel śmieje się jeszcze głośniej.- Aza, co żeś jej zrobił?- biały wilk oskarża swojego brata. Ten jednak tylko kiwa głową na mnie.
-Zapytaj jej. Ma całkiem barwne słownictwo. Co więcej, wie kiedy go używać.- piorunuję go wzrokiem, ale „narcyz” nic sobie z tego nie robi. Za to Dashi ciągle się we mnie wpatruje. Nie wytrzymuję.
-Po prostu… czuję się jakbym była na wycieczce w jakimś starym i ważnym miejscu. Niczym muzeum, w którym oglądamy antyki, albo coś w ten deseń… „tutaj wodospad… a tu jezioro… o! A tutaj, jaskinie..”, to trochę męczy. Przepraszam, wolę sama zwiedzać tereny.- widząc zmartwioną minę białego wilka, dodaję pośpiesznie.- Albo z kimś! Ale bez tak szczegółowych opisów. Wybacz, że nie mówiłam o tym wcześniej…- spuszczam głowę. Nagle sobie coś uświadamiam: JA SPUSZCZAM GŁOWĘ! TO JAKBYM WYRAŻAŁA SKRUCHĘ!!! Czy ja jestem AŻ TAK słaba!? Doprowadzam się więc do porządku i patrzę spode łba na Azazel’ a, który nie miał za grosz wyczucia, by choć raz zamknąć japę.
-Wcześniej ujęłaś to trochę inaczej.- szturchnął mnie, a ja znów go spiorunowałam. Podchodzę bliżej do ognistego basiora i szepczę mu do ucha:
-Chrzań się.- odskakuję od niego szybko i dołączam do Dashi’ ego. Idziemy przez chwilę razem. Zaraz dobiega do nas Azazel, ale niczego już nie mówi. W końcu dostałam to, czego potrzebowałam- odrobinę spokoju. Nie żebym była osobą która nie lubi akcji, ani zamieszania, ale co jakiś czas muszę znaleźć w sobie taki wewnętrzny spokój. Niestety, z miesiąca na miesiąc, coraz trudniej go wydostać z mojego skamieniałego serca.
-Ha! Wiesz Dera, wystarczyło powiedzieć.- odwracam się w stronę Tadashi’ ego. Wzruszam tylko ramionami, ale basiorowi w zupełności wystarcza ta odpowiedzieć. W końcu lepsze to niż totalna ignorancja.
-Już, dobrze, dobrze…- wzdycham.
-No, w każdym bądź razie, skoro wolisz sama oglądać teren, nie ma sprawy. Ale jeśli wolałabyś zobaczyć go z jakimś wilkiem, wystarczy mnie poprosić.- biały wilk uśmiecha się i wyciąga do mnie łapę. Wiem, że Dashi nie chce mnie uderzyć. Wiem, że nie chce mnie przewrócić. Najprawdopodobniej chce mnie poczochrać, albo „poklepać” po przyjacielsku.
W chwili, kiedy mój umysł mówi „On NIE chce cię skrzywdzić”, serce mówi mi „zagrożenie”. W jednej chwili, instynktownie odsłoniłam kły i dziabię Dashi’ ego w łapę, którą do mnie wyciągał. Po czym szybko odskakuję, jak oparzano. Gdy dzieli nas odległość kilku metrów, zdaję sobie sprawę z tego, co przed chwilą zrobiłam. Podbiegam więc do Dashi’ ego. Dwaj bracia zerkają na mnie. Ta twarzy jednego maluje się nienawiść i chęć zemsty. Na tego drugiego coś na kształt zaskoczenia. Nie trudno zgadnąć który opis, do którego wilka należy.
-Przepraszam…- zdaję sobie sprawę, że to niczego nie zmieni, więc dodaję.- bardzo cię zraniłam?
Dashi przez chwilę nie odpowiada. Z resztą nic dziwnego. Wilczyca, która szła obok niego, z którą przed chwilą rozmawiał nagle go zaatakowała. To nie jest normalne, zdaję sobie z tego sprawę. Musze mu wyjaśnić dlaczego to zrobiłam.
-Eeee… nie. Znaczy, jest w porządku. Lekkie draśnięcie.- nie wierzę mu, więc podchodzę bliżej by przyjrzeć się ranie. Nagle coś odtrąca mnie od białego wilka i przygniata do ziemi. Wiem jak to c o ś się nazywa- Azazel. Czerwony wilk warczy na mnie wściekły. Tym razem nie ustawiam się w pozycji obronnej. Nie chcę pogorszyć swojej sytuacji. Znaczy… jeszcze bardziej. Chcę mu wyjaśnić o co chodzi, zanim ognisty basior zmiażdży mi czaszkę. Mam już otworzyć usta, ale uprzedza mnie Tadashi.
-Stój, Azazel, ona nie chciała źle.- jeden brat odciąga drugiego. Ten pierwszy pomaga mi wstać.
-Zwariowałeś! To jakaś dzikuska! Jest niczym dziecko diabła!- Azazel wygląda tak, jakby miał się na mnie rzucić po raz kolejny, więc instynktownie chowam się za Tadashim. Z charakteru przypomina mi trochę Ren’ a, więc to pewnie dlatego odruchowo szukam u niego schronienia.
-Raczej dwóch demonów.- oświadcza stanowczo Tadashi. Później jednak zakrywa usta łapą i robi wielkie oczy.
Zerkam nieufnie na białego wilka. Taksuję go wzrokiem i marszczę czoło. Chcę go spytać skąd to wie. Czy mówi o moich rodzicach, czy po prostu poprawił brata w kwestii biologii i uświadomił mu, że aby powstał szczeniak potrzeba dwóch wilków a nie jednego. Ale zamiast tego kiwam głową.
-Tak. Stworzyły mnie diabły w wilczej skórze. Nic na to nie poradzę. Z resztą można się domyślić, że alkoholik i prostytutka nigdy nie wychowają wzorowo córki.- mówię spokojnie i odchodzę od braci.- Nie mogę tu zostać. Przeproście za mnie Ren’ a.- kończę, jednak po chwili dodaję, zwrócona w stronę Azazel’ a.- Te, narcyz. Może zanim zdecydujesz się zmiażdżyć mi czaszkę, zapytaj się brata czemu zareagowałam tak na uniesioną nade mną łapę. Zdaje się, że coś o tym wie.- posyłam białemu nieokreślone spojrzenie. W jednej chwili odwracam się i opuszczam dwa wilki. Nie idę, nie truchtam. Ja biegnę. Uciekam od tych wilków. Nie chcę mieć nic wspólnego z watahą. Ani tą, ani żadną inną. Tak będzie dla nich najlepiej. Jeszcze nie do końca panuję nad sobą, ale nie mogę tego zmienić. A nikt nie zrozumie tej dziwnej fobii, bo nie mam zamiaru opowiadać swojego życiorysu pierwszym lepszym wilkom. Tak więc, nie uciekam dlatego, że się boję. Uciekam aby móc żyć.
-Dera!- słyszę jak ktoś mnie woła. Ale pod wpływem impulsu, nie rozpoznaję głosu. Mimo to zatrzymuję się, by zobaczyć kto krzyczy moje imię. Mam wielką nadzieje, że to Ren. Zaraz jednak zdaję sobie sprawę z tego, że nie było go ze mną. Chcę więc, aby to był Tadashi, jednak ku mojemu zdziwieniu podbiega do mnie Azazel.

Azazel? Tadashi? Przepraszam, że tak okrutnie was potraktowałam.

czwartek, 26 marca 2015

Od Sherany ( CD. Katniss ) : Drobne poprawki

Chris proponuje polowanie co ja i Kat zgodnie przyjmujemy. Biegniemy więc i planujemy jak to zrobić a tym jej dachem. Padają pomysły dobre i gorsze, aż wreszcie uciszamy się bo wszyscy czujemy obecność naszej przyszłej ofiary. Otóż pada na samotnego jelenia. Jest duży ale chyba niedawno walczył albo uciekał, widać to po nim. Jest więc łatwą zdobyczą. Jedak jeśli chcemy to zrobić szybko to jest pewien sposób.
- Kat, Chris już to widział ale ty żebyś teraz wiedziała. Za chwilę ogłuszę nasze żarełko i twój dach więc się nie zbliżaj. Jak dam znak, wtedy możecie zaatakować - wyjaśniam. Katniss kiwa głową i nieruchomieje.
Wypuszczam opary i kiedy zwierzę jest maksymalnie zdezorientowane, moi towarzysze wkraczają do akcji. Powalają jelenia w kilka minut, a Kat go zabija. Wychodzę z krzaków i zaczynamy targanie zdobyczy na drzewo Katniss.
Jakiś czas później jesteśmy na miejscu. Trochę zmęczeni bo jeleń swoje waży ale zdeterminowani.
Chris ściąga skórę z ofiary a my porządkujemy trochę i przygotowujemy resztę. Po chwili dołączamy do basiora i pomagamy mu.
- Wiecie co? To zrobimy tak, że skórę z grzbietu damy na legowisko, a tą z brzucha będziesz miała na dach - proponuję.
- Mhm, też tak myślę - przytakuje Kat.
Uśmiecham się pod nosem i wracam do roboty. Chris zaczyna cicho gwizdać ale pod moim krytycznym spojrzeniem cichnie. NIENAWIDZĘ jak ktoś gwiżdże! Po prostu nie znoszę tego. Nucić, śpiewać, mruczeć - jasne, ale nie gwizdać!
Kiedy kończymy, robi się późno i musimy się sprężać. Tak więc Chris ponieważ ma skrzydła zajmuje się zatykaniem dachu, natomiast ja i Katniss bierzemy w obroty legowisko.
- Hej, a ty jak sie urządziłaś tam na górze? Nie przeszkadza ci to, że tam nie ma dachu i w ogóle? - pyta wadera.
- No cóż, mnie nie odstrasza deszcz, burza, śnieg, grad, upał i inne zjawiska. No, może oprócz tęczy. Wtedy się chowam, nienawidzę jej.
- Czemu?
- Nie wiem... Wolę deszcz i burzę. Raz nawet skakałam z wodospadu podczas burzy i było ciekawie ale woda wtedy trochę sie rzuca i walnęłam porządnie o skałę.
- Matko, serio? Nie bałaś się, że cię piorun walnie? W wodzie?
- W zasadzie... To trochę się tym przejmowałam ale później jakoś wszystko ze mnie zeszło i... Skoczyłam. Ale wracając do tematu... Dobrze mi tak, na otwartym terenie. Poza tym, między innymi o to chodzi. Żeby wszystko widzieć i się nie ograniczać. Nie lubię zamkniętych przestrzeni.
- Aha... No ale prywatność i te sprawy?
- Wiesz, jak będę tego potrzebować to sobie pójdę gdzieś indziej. - Wzruszam barkami. - Ale większość czasu lubię takie... otwarte przestrzenie. Lubię jak mnie ktoś odwiedza, czegoś ode mnie chce. W zasadzie to wtedy wiem, ze ktoś mnie potrzebuje. Lubię być zajęta, rozwiązywać problemy innych... - Nie kończę. Dokończenie tego zdania brzmiałoby: "... bo wtedy nie myślę o swoich". Ale kończę je tylko w głowie. Nikt nie musi o tym wiedzieć. Uśmiecham się wrednie żeby zakryć zamyślenie.
- Co cię tak śmieszy? - pyta Katniss.
- Nic w zasadzie, po prostu pomyślałam o tym, że śmiesznie by było jakbym miała mieszkać w takim czymś. - Ogarniam mieszkanko drzewne Katniss dziwnym ruchem łapy.
- Czemu?
- No bo ja... Myślę, że drzewo by mnie znienawidziło.
- Bo? - ponagla mnie wadera z zaciekawieniem.
- Bo nie jestem... No ja nie zbyt... Po prostu mogłoby tu być dziwnie i... niekoniecznie dobrze dla drzewa. Mam swoje... pomysły.
- Okey, chyba rozumiem. - Wadera uśmiecha się i otrzepuje łapy w tym samym momencie co ja. Skończyłyśmy.
- No, to koniec. Dzięki Sher, na prawdę. Bez was chyba nie dałabym rady - mówi z uśmiechem Katniss i rozgląda się po mieszkaniu. Po chwili także Chris do nas zlatuje.
- Spoko. Było fajnie, coś innego niż ta codzienna monotonność - orzeka Chris.
- Mhm, zgadzam się - dodaję.
- Tak? No to super - dziękuje Kat jeszcze raz a potem ja i Chris wychodzimy. Przez chwilę trwa cisza.
- Pffffffffffft! - prycha nagle Chris.
- Co? - Marszczę brwi i nos.
- Masz tutaj pełno kawałków futra jelenia, ot co wariatko! - śmieje się Pan Kolorowa Grzywka.
- Ha, ha. No co ty nie powiesz? Ty też. - Idziemy jeszcze chwilę a potem zasypiamy pod jakimś drzewem po godzinach śmiechu i gadania.

Ktoś? Może ty Katniss?

środa, 18 marca 2015

Od Katniss (CD Chrisa): Nowe mieszkanie

Sher nie była taka straszna jak mi się wcześniej wydawało. Chris wyraźnie odetchnął z ulgą kiedy zaczęłyśmy ze sobą rozmawiać. W końuc temat zszedł na mieszkania…
- Więc…z tego co mówił Chris mieszkasz na szczycie tego wodospadu obok jaskiń? – rzuciłam.
- Owszem – odparła wadera.
- Szkoda, że nie wpadłam na to wcześniej – powiedziałam. – Jeszcze nie znalazłam sobie mieszkania. Szukałam sobie akurat dzisiaj drzewa odpowiedniego do spania, kiedy nagle pojawił się on – kiwnęłam głową w stronę Chrisa – uświadamiając mi przy okazji, że tamto miejsce jest do kitu.
- Drzewo mówisz? – Sher zamyśliła się po czym posłała mi szelmowski uśmieszek. – Widziałam jedno takie dość rozłorzyste niedaleko Szafirowego Wodospadu. Chcesz zobaczyć?
- Prowadź! – odpowiedziałam z uśmiechem.
Sher ruszyła między dzrewami w stronę centrum watahy. Chris chyba się zamyślił, bo dogonił nas dopiero po paru sekundach. Podoba mi się tutaj, pomyślałam zadowolona. Najpierw poznałam Ren’a, całkiem miłego basiora, później Chris, który również wydawał mi się kimś ważnym (choć znam go zaledwie jakąś godzinę) i Sher – w końcu jakaś fajna osóbka, no i w końcu wadera, która nie będzie ględzić o paskudnej pogodzie i zakołtunionym futrze…a przynajmniej takie sprawia wrażenie. Obym nie musiała się stąd wynosić. Już za swoją poprzednią watahą bardzo tęsknię, nie chcę sobie wyobrażać jak bardzo brakowałoby mi tej.
W końcu dotarliśmy pod pień jednego z większych drzew blisko wodospadu. Miało gęstą koronę i gładki pień. Będzie się na nim wygodnie spało. Uśmiechnęłam się i ku zaskoczeniu moich nowych przyjaciół bez problemu wspięłam się na górę. Podskoczyłam parę razy sprawdzając giętkość gałęzi, na której stałam. Ani drgnęła. Idealnie!
- I jak? – zapytała z dołu Sher.
- Jest świetne…tylko wprowadziłabym parę zmian – wychyliłam się tak aby widzieć Chrisa i Sher. – Odsuńcie się!
Chris chyba przypomniał sobie swoje bliskie spotkanie z gałęzią, bo odsunął się bez zastanowienia. Sher podejrzanie śledziła jego ruchy, po czym zrobiła dwa kroki w tył. Skupiłam się na drzewie pod moimi łapami i zmrużyłam oczy. Siedziałam tak minutę, lub dwie starając się wyczuć każdą komórkę rośliny. Gdy już mogłam wyczuć wodę przepływającą przez tkanki przewodzące zaczęłam zmieniać drzewo pod własne grymasy. Po pierwsze przestawiłam gałęzie korony tak, że tworzyły lekko wklęsłe podłoże centralnie pośrodku. Cienkie gałązki poprowadziłam tak, aby splotły się w miarę nie przeciekający dach. Zakorzeniłam drzewo głębiej w ziemi, aby nic nie było w stanie go wywrócić. Na koniec już z rozpędu ustawiłam liście tak, aby każdy miał odpowiednią ilość światła, bo to dzrewo chyba się na tym nie znało. Gdy skończyłam otworzyłam oczy i z uśmiechem spojrzałam na swoje dzieło. Zesszłam na doł po teraz nieco pochyłym pniu i teatralnym gestem zaprosiłam Chrisa i Sher na górę. Oba wilki były pod wrażeniem już samego „pokazu”. Teraz nawet oni bez problemu mogli wspiąć się na górę. Sher gwizdnęła z podziwem.
- Ale żeś się urządziła – powiedziała po czym szturchnęła Chrisa w bark. – Wiedziałeś, że tam umie?
- Oberwałem od niej kierowaną magią gałęzią, ale nie spodziewałem się, że Kat potrafi sterować CAŁYM drzewem – przyznał wilk.
Spojrzałam jeszcze nieco krytycznie na „dach” z cienko splecionych gałązek.
- Przydałoby się czymś to uszczelnić – Sher jakby czytała mi w myślach.
- Masz rację – zamyśliłam się. – Przydałaby się jakieś dość elastyczne skóry, które będzie można tutaj zamocować.
- No i jakaś grubsza na legowisko – przypomniała mi wadera.
Chris uśmiechnął się i powiedział to, co nam wszystkim chodziło po głowach:
- Na co czekamy? Idziemy polować!
Sher? Chris?

poniedziałek, 16 marca 2015

Od Azazela ( CD. Dery )

Parsknąłem śmiechem. Tym razem był szczery. Wcisnąłem waderę pod wodę. Niemal od razu się wyswobodziła kręcąc łbem. Po chwili kichnęła prosto w wodę rozchlapując już i tak niespokojną taflę. Znowu się zaśmiałem. Dera spiorunowała mnie wzrokiem, ale również się uśmiechnęła. Miałem deja-vue: po raz kolejny ktoś wepchnął mnie do wody. Zabawe przerwał złośliwy głos:
- No proszę, Aza, chyba jednak masz powodzenie u dziewczyn!
Odwróciliśmy się w stronę lądu. Na brzegu siedział oczywiście Tadashi. Rzuciłem mu wzrokiem przelotne ostrzeżenie i wyskoczyłem na brzeg. Poczekałem aż Daera zrobi to samo i dopiero wtedy się otrzepałem tak, że większość wody znowu wylądowała na waderze. Dera odwzajemniła się solidnym kuksańcem.
- Dera, teraz ty poznaj mojego brata, Tadashiego – powiedziałem. Basior ukłonił się teatralnie.
Wadera zmierzyła wzrokiem jego, a później mnie.
- Nie wyglądacie na rodzeństwo – stwierdziła.
- To samo mógłbym powiedzieć o tobie i Renie – odgryzłem się.
- Kim jest Ren? – zapytał wesoło Tadashi. – Kolejny nowy?
- Witamy spóźnionego! – odpowiedziałem ironicznie. – Katniss pewnie też jeszcze nie spotkałeś.
- Kim jest…
- NIEWAŻNE – przerwałem mu. – A swoją drogą nie powinieneś siedzieć z Sher?
- No tak, ale pierwsze przyszedł Chris i stwierdziła, że idzie się przespać, no i potem on też gdzieś polazł – streścił Tadashi. – A, i widziałem jakiegoś obcego wilka gadającego z Vientem. To pewnie ten cały Ren?
- Raczej tak – odpowiedziałem. – Ty też chyba będziesz musiała się spotkać z Alfą – dodałem do Dery.
- Weź jej nie zanudzaj! Chodź, pokażę ci jaskinie! – powiedział szybko biały basior i zanim wadera zdążyła cokolwiek powiedzieć chwycił ją za łapę i pociągnął za sobą w kierunku legowisk. Pobiegłem za nimi.
Gdy wilk puścił w końcu łapę Dery zauważyłem w jego oczach przelotny smutek. Domyśliłem się, że znowu wbrew sobie zaglądnął do cudzej przeszłości. Po chwili jednak z powrotem przybrał wesoły ton zanim wilczyca cokolwiek zauważyła. Na chwilę na mnie spojrzał. Pokręciłem lekko głową. Tadashi zrozumiał aluzję: miał się nie wygadać tak jak przy Sher. To by się źle skończyło.

Dera?

niedziela, 15 marca 2015

Od Chrisa CD. Katniss : Nie taki diabeł straszny

Ruszyliśmy raczej truchtem. Trawa była wysoka i kiwała się na boki, gdy wiał wiatr. Trochę łaskotała ale dało się wytrzymać. Trochę tylko się psuła pogoda bo zbierały się burzowe chmury. Zastanawiałem się czy będzie padać. Jeśli tak, świetnie. Deszcz to jest jedna z tych kilku rzeczy które z niewiadomych powodów dają mi radość. Mniejsza.
- Czyli, że Sher też ma swoje osobne miejsce? - przerwała ciszę Kat. A no tak. W sumie, nie słyszałem jej. Chodzi bardzo cicho. Niby ja też potrafię ale nie aż tak.
- No tak. Na szczycie wodospadu. W zasadzie nie wiem dlaczego ale nie moja sprawa. Z resztą, ona w ogóle jest dziwna, więc wiesz. Taka trochę walnięta, no wiesz. - Pokręciłem łapą przy głowie na znak, że Sher to wariatka. Katniss roześmiała się i szliśmy dalej.
- No ale da się z nią gadać? - zapytała wadera.
- Tak jasne, o ile nie jesteś Azazelem - prychnąłem.
- Ha, a to czemu?
- W zasadzie nie wiem. On... hm, nie, wolę nie mówić tego, czego nie jestem pewny. Jak chcesz, to ją zapytaj. Wyczuwam jej zapach. Jest niedaleko.
- Mhm. To coś poważnego?
- Chyba tak. Ale tak jak mówię, spytaj. Nie powinna chcieć cię zabić. Z nowymi raczej tak nie robi. No, jak wspomniałem, jest wyjątek. Ale należysz do watahy. Nic nie zrobi dopóki nie staniesz jej porządnie na odcisk. - Schyliłem się pod gałęzią i zrobiłem kilka kroków. Wyjrzałem zza drzewa i, tak jak się spodziewałem, zobaczyłem Chochlika śpiącego pod drzewem kilka metrów dalej. Wskazałem łapą waderę mojej towarzyszce. Zdziwiła się trochę. No, powiedziałem Kat o umiejętnościach Sher więc może wywnioskowała, że wadera śmierci będzie trochę... Sam nie wiem, straszniejsza. W każdym razie po kilku sekundach Katniss się otrzepała i podeszliśmy do śpiącej Sher.
- Heja śpiochu. Wstawaj, chcę ci kogoś przedstawić. - Wiedziałem, że mnie słyszy. Zauważyłem u niej taki jeden ruch, wykonuje go zawsze, gdy się budzi. Nie wiem, czy to kontroluje.
- Czego chcesz? - zapytała sennie.
- Już mówiłem. Chcę ci kogoś przedstawić.
- Oj matko, dobra. Już wstaję. - Wadera podniosła się powoli, czemu towarzyszyło kilka trzasków jej kości, ale to normalka.
- To jest Katniss. Katniss, to jest Sher.
- Hej. - Kat uśmiechnęła się szeroko.
- Hejo, kapitanie. Jestem Sher - nie dotykaj mnie bo zginiesz, i raczej mnie nie wkurzaj bo może się to źle skończyć - wymamrotała Sher z szelmowskim uśmiechem na pysku. Na szczęście, że ten uśmiech był bo Kat wyglądała na trochę speszoną. Jednak kiedy posłałem jej uśmiech i wywróciłem oczami na znak, że Sher tak zawsze, ona też się uśmiechnęła.
- Okey, kumam - powiedziała do Sher.
Odetchnąłem głęboko szczęśliwy że się zapoznały na miłych warunkach. Wolałbym żeby nie były sobie wrogie. Myślę, że obie są dla mnie ważne, mimo że Kat poznałem dopiero teraz. Jakoś tak czułem.
Wyłączyłem się na chwilę, więc kiedy usłyszałem, że rozmawiają o miejscu do spania uśmiechnąłem się ponownie i ruszyłem za nimi.

Katniss? Sher nie jest taka zła, co? 

wtorek, 10 marca 2015

Od Katniss (CD Chrisa): Nowi przyjaciele?

Uśmiechnęłam się.
- Nie...jak dla mnie to masz dobrą sylwetkę - odparłam i nabrałam ochoty by walnąć się w czoło. Na szczęście basior nie skomentował tego.
- Co robisz na terenach Watahy Szafirowego Wodospadu? - spytał.
- Mieszkam - odparłam. - Znaczy się dopiero szukam mieszkania. Alfa mi pozwolił.
- Czyli znasz już Vienta? - basior uśmiechnął się.
Pokiwałam głową. Zgrabnie zeskoczyłam na ziemię lądując miękko na trawie.
- Jestem Chris - przedstawił się wilk.
- Katniss - odparłam.
- Ładne imię - rzucił Chris. Niby nic, ale uśmiechnęłam się.
Wilk po raz kolejny spojrzał w górę. Przyjrzałam mu się przez chwilę. Był całkiem fajny. Z wyglądu i charakteru. Ciemno szara sierść i podobnego koloru skrzydła. W oczy rzucała się tęczowa grzywka. Chris rozprostował skrzydła. Były rozłożyste i gęsto upierzone.
- Fajne skrzydła - powiedziałam z wyrazu pyska wywierając wrażenie jakbym liczyła każde pióro. - Zazdroszczę ci. Gdybym takie miała mogłabym jeszcze szybciej przemieszczać się po drzewach. No i polować, to by było dopiero genialne.
Chris uśmiechnął się tylko. Przypomniałam sobie znowu swoją poprzednią watahę. Należały do niej tylko dwa skrzydlate wilki, rodzeństwo. Rudobrązową waderę ze względu na kolor futra nazywaliśmy Płomykówką, a jej brata Puszczykiem. Płomykówka była mistrzynią akrobacji powietrznych. Uwielbiała wybijać się wyżej niż reszta. Puszczyk zdecydowanie nie lubił się popisywać. Był świetnym łowcą. To właśnie on nauczył mnie polować z ziemi i z drzew. Polował głównie w nocy. Jego czarne futro z odcieniami granatu, niezwykła siła i cichy, niesłyszalny lot zapewniały sukces. Przezwisko Puszczyk wzięło się również od niecodziennej i dość brutalnej taktyki. Basior przelatywał nisko nad zdobyczą i za pomocą szczęk oraz przednich łap chwytał zwierzynę, wzlatywał na odpowiednią wysokość aby zrzucić ją na ziemię. Wtedy ja i Gale (najbierniejsi uczniowie Puszczyka) odnajdywaliśmy zdobycz i ewentualnie dobijaliśmy. Przeważnie taki upadek kończy się śmiercią, ale twardsze sztuki czasami po prostu łamały sobie nogi. Nie umiem patrzeć na cierpienie, nawet zwierzyny, więc staraliśmy się jak najszybciej kończyć żywot ofiary. Taka taktyka zapewniała łatwą kolację, ale miała również minusy: zdarzało się, że taki jelonek utykał na drzewie, a obserwowanie jak próbujemy go zdjąć musiało być iście komiczne.
- Co robiłaś na drzewie? - zapytał nagle Chris.
- To co mówiłam: szukam mieszkania. Ale to miejsce jest badziewne. Ma zbyt cienkie gałęzie, a poza tym jest za daleko od reszty watahy.
- A od tego nie są jaskinie przy wodospadzie?
- Jakoś żadna mi nie odpowiadała - podrapałam się za uchem. - Viento powiedział, że mogę sobie znaleźć jakąś niekonwencjonalną kryjówkę.
- Jak Sher? Chyba powinnyście się poznać.
- Tak sądzisz? - uśmiechnęłam się. - Chętnie ją poznam.
- No to chodź. Może jeszcze ją złapiemy - Chris skoczył pomiędzy krzewy, a ja za nim.


 



Chris? A może Sher? ^^ 

niedziela, 8 marca 2015

Nowa wadera - Sydney



 Imię: Sydney w skrócie Sin
Płeć:wadera
Wiek: 3
Partner:
Rodzina : nie wie co sie z nimi stało
Stanowisko: łowca
Wykształcenie:myśliwskie, magiczne (w zakresie panowania nad żywiołem)
Charakter: Sydney nie wie co to strach, nie boi się niczego i nikogo.Zachowuje się jak basior i tak właśnie lubi być traktowana ,żadnego pocieszania ,,świetnie ci idzie'' czy ,,oby tak dalej'' tylko dlatego ,że jest waderą.Przyjmuje każde wyzwanie ,cokolwiek robi daje z siebie 110 procent i więcej jest chorobliwie ambitna wprost nienawidzi przegrywać.Bywa bezczelna ,arogancka mściwa lubi się pakować w kłopoty.Radzi sobie w każdej sytuacji jest bardzo samodzielna i zaradna.Każdego potrafi rozśmieszyć jest zabawna towarzyska i nawet całkiem sympatyczna.
Tu wynika pewna dziwna sprawa większość życia spędziła towarzystwie matki przez to (bo raczej nie dzięki temu) jest inteligentna sprytna i przebiegła świetnie kłamie ,potrafi się zalotnie uśmiechać, grać na uczuciach innych wilków wzbudzać ich  zazdrość czy rozkochać je w sobie.Doskonale wykorzystuje swoje zdolności aktorskie by wcielić się w rolę porcelanowej figurki nieporadnej i drobnej wilczycy którą ktoś musi się zaopiekować potrafi nawet rozpłakać się na zawołanie.
Pomimo tego zmiękczania za lat młodzieńczych Sin to naprawdę twardy zawodnik warto mieć w niej przyjaciela a jeśli jest twoim wrogiem to cóż...marny twój los.
Historia: Urodziłam się na terenie watahy której członkowie (przynajmniej ci wolni) mówili o sobie dzieci morza sama wataha nosiła jeszcze dłuższą nazwę a brzmiała ona ,,Wataha zachodniego imperium'' .Większość wilków na tych terenach władała żywiołem wody (a reszta  im służyła) podobno pierwszy alfa tej watahy po prostu wynurzył się z wody na wielkim morskim smoku a miejscowi automatycznie uznali go za bóstwo (Tak wiem, mnie też zawsze wydawało się to dziwne) moim zdaniem ta cała bajka o wilku ujeżdżającym morskiego smoka to jakaś bzdura założę się ,że ktoś wymyślił ją by dodać sobie prestiżu.Nazwa watahy pochodziła od tego ,że granicami sięgała położonego na zachodzie morza no i oczywiście była prawdziwym imperium.Zastanawiacie się pewnie czemu w watasze nie było wilków z żywiołami innymi niż woda ,otóż wiele lat przed tym jak się urodziłam prawie wszystkie (kto by się spodziewał) zostały wymordowane przez panującego wtedy alfe ,nieliczni schronili się poza granicami zachodniego imperium i założyli własną watahę z którą imperium nieustanie walczyło.Po co o tym mówię?Zaraz się dowiecie przygotujcie popcorn mięso i co tam jeszcze to będzie długa opowieść...
Od kiedy pamiętam wychowywała mnie matka ciągle słyszałam tylko ,,damie nie przystoi się ślinić na widok jedzenia'' ,,nie warcz'' ,,wyglądaj ładnie'' ,,uśmiechaj się ,śmiej ale nie rechocz'' przez długi (przynajmniej dla mnie) czas słuchałam się jej i mojego ,,tatusia''. Od rana do  południa robiłam to co powinna robić kandydatka na partnerkę alfy a wieczorem...Wieczorem wymykałam się do lasu ,dużo biegałam,pływałam,tłukłam się z innymi dzieciakami które zapuściły się na mój teren czasami coś upolowałam i jadłam to tak mało elegancko jak się tylko dało :połykając wielkie kawały mlaskając i bryzgając krwią ze zwierzyny na wszystkie strony ,słowem robiłam wszystko to czego nie było mi wolno byłam wtedy szczęśliwa.Oczywiście wszystko co dobre musi się skończyć kiedy miałam półtora roku matka zauważyła ,że wymykam się z jaskini oczywiście wysłała za mną  ,,ojczulka'' szybko zorientowałam się ,że mnie śledzi i za każdym razem zręcznie wyprowadzałam go w las tak ,że biedaczek ledwo wiedział jak wrócić do domu.Ośmielona tym sukcesem wymykałam się coraz częściej i na dłużej czasami znikałam też w ciągu dnia.Mniej więcej w tym samym czasie poznałam młodego basiora Vorela.
 Oczywiście nasze pierwsze spotkanie zakończyło się walką której żadne z nas nie wygrało za to każde wyszło z niej i wieloma siniakami.Kiedy przychodziłam na moją polane Vorel już tam był czekał,uśmiechał się złośliwie i mówił coś w stylu ,,to co bijesz się?'' traktowałam to jak wyzwanie i za każdym razem się z nim tłukłam.Któregoś dnia zamiast walczyć ścigaliśmy się Vorel był tak szybki jak ja ale i tak bym wygrała.Niestety tuż przed metom czekał mój ,,tata'' nie pozwolił mi dokończyć wyścigu (jakie to typowe) zawlókł mnie do domu gdzie czekała już matka wściekła jak nigdy.
 Następne dwa miesiące były dla mnie koszmarem.O ile wcześniej matka tylko mnie wychowywała teraz po prostu się nade mną znęcała a ja nic nie mogłam z tym zrobić.Nie mogłam uciec ,cały czas ktoś mnie pilnował zastanawiałam się czy Vorel wciąż przychodzi na tamtą polane i czeka.Parę dni po moich drugich urodzinach  pojawiły się moje żywioły ,tak dokładnie ,pojawiły nie jeden po drugim jak to zwykle się dzieje tylko oba na raz.Najpierw poczułam się trochę dziwnie a potem KA BUM! wybuch wstrząsnął całą górą jaskinia zawaliła mi sie na łep.Mój nie-do-końca tata mnie stamtąd wyciągnął, jak by nie patrzeć uratował mi życie ale nie byłam mu jakoś bardzo wdzięczna.Kilka dni później potwierdziły się moje przypuszczenia kiedy, naprawdę mocno się skoncentrowałam udało mi się wzniecić ognisko.Pamiętam jak się ucieszyłam odkrywając ,że jestem wyjątkowa ,inna  i jak bardzo byłam wściekła kiedy matka rozkazała mi ten dar ukrywać. Któregoś dnia nie wytrzymałam na oczach alfy i całej śmietanki towarzyskiej zachodniego imperium podpaliłam mojej matce ogon a potem (no bo jakże by inaczej) wszystko dookoła wybuchło.
 Pozbierałam się szybciej niż inni i (bardzo bohatersko) zwiałam z podwiniętym ogonem.
Szybko jednak uświadomiłam sobie ,że nie mam dokąd uciekać cały świat jaki znałam ograniczał się do tego niewielkiego kawałka terenu który nazywałam domem.Zrezygnowana udałam się na polane na której spodziewałam się zobaczyć Vorela który w tej chwili wydawał mi się jedyną odpowiednią osobą.To co sie stało potem wydawało się być albo snem albo halucynacją na polanie zastałam Vorela i jeszcze kogoś.Towarzyszący młodemu wilkowi basior oświadczył ,ze jest moim ojcem a Vorel jest jego synem (czyli moim bratem) i zabrał mnie do swojej watahy.
 Dopiero tam uświadomiłam sobie jak mało a jednocześnie jak wiele znaczę.W ciągu paru dni pozbyłam nawyków pracowicie wpajanych mi przez matkę nauczyłam się jak walczyć i przetrwać.W pare miesięcy stałam się równie szybka silna i sprawna jak moi rówieśnicy w nowej watasze.Zdobyłam nawet paru przyjaciół.Byłam szczęśliwa tak bardzo jak nigdy Markus był dobrym ojcem a Vorel wspaniałym (choć bardzo irytującym) bratem i towarzyszem.
 Sielanka pewnie trwała by dalej gdyby nie to ,że Wataha zachodniego imperium postanowiła swoich wrogów raz na zawszę wykończyć.
 Ja Vorel i inne młode wilki uciekliśmy w góry jednak po paru dniach pogubiliśmy się w śnieżnej zamieci.Kiedy śnierzyca ustała odkryłam ,że znów jestem całkiem sama.
Nie wiem co się stało z innymi i może już nigdy się nie dowiem.
Żywioł:ogień ,woda
Moce:Panuje nad ogniem
ma władze nad wodą i innymi płynami
potrafi łączyć oba żywioły tworząc mgłe
Głos: Lana Del Rey -Blue Velvet
Właściciel:agora

Od Chrisa ( CD. Sherany ) : Niby nie ,a jednak

Kiedy Sher poszła, Tadashi się zamyślił. Nie lubię siedzieć w ciszy więc powiedziałem mu, że również się przejdę, bo jest bardzo fajna pogoda. Wilk uśmiechnął się ale nadal był zamyślony. Odszedłem więc truchtem i obserwowałem okolicę nucąc piosenki, które śpiewałem szczeniakom w watasze. Czasem mi tych bachorów brakuje ale nie wróciłbym do domu. Nieeeeee...
Więc łażąc tak bez sensu i gwiżdżąc usłyszałem cichy głos. Wadery z pewnością, ale nie mogłem go zlokalizować. Rozejrzałem się więc i przyspieszyłem kroku. Gałązki trzaskały, ptaki uciekały a i pewnie niejedna zwierzyna łowna zwiała. Tak więc biegłem chwilę ale w końcu stwierdziłem, że musiałem się przesłyszeć. Choć było to dziwne, bo czułem zapach wilka i... Bum! Oberwałem gałęzią. Zrobiłem krok w bok, spojrzałem mętnym wzrokiem na otoczenie i mignęły mi szybkie niebieskie ślepia. Jednak to była tylko sekunda, później nie było nic.
***
Otworzyłem oczy. Nade mną było niebo. Było mi miękko. Nie, chyba by mnie do nieba nie wysłali, nie po tym co zrobiłem. Więc co? Jednak nie umarłem? A to dziwne, gałąź była porządna. Kurde... Czy na niebie są nosy? Nie, stop! To jeden nos! Nos wilka... który siedzi na drzewie.
- Żyjesz? - usłyszałem głos.
- Chyba tak... A co?
- Nic. Sprawdzam, czy cię nie zabiłam - powiedziała wadera. Tak, to była wadera i gapiła się na mnie siedząc na drzewie. Odpowiadała śmiesznie ale z poważną miną.
- Aha. No, to masz czyste sumienie. Rany, tylko... Jak ty uniosłaś taką gałąź? - Podniosłem się i usiadłem pyskiem do wadery. - Jesteś trochę... No, takiej gałęzi to raczej byś nie uniosła.
- No bo tego nie zrobiłam. Taka specjalna umiejętność - wyjaśniła wadera uśmiechając się.
- A... Tylko czemu? - zapytałem krzywiąc się i masując po łbie. Matko, ale oberwałem.
- No... bo biegłeś tak głośno, myślałam że to stado leci i chciałam się jakoś zabezpieczyć.
- Sugerujesz że jestem gruby? - zapytałem ze śmiechem. Oj, muszę trochę zrzucić.

  Katniss?

Od Sherany ( CD. Azazela ) : Trochę spokoju

Leżę na grzbiecie gapiąc się w niebo bez sensu z łapami skrzyżowanymi na brzuchu kiedy zauważam cień. Wywracam oczami i już, już otwieram pysk żeby powiedzieć Azie, że ma spadać.
- Widzisz jakieś mięsko tam na niebie? - To nie Aza. To jego lepsza wersja.
~~Kłaaaaaaaamieeeeeeeeeeesz... - Głos Drew wdziera się do mojego umysłu.
- Spadaj głupku - syczę.
- Co? - pyta zrażony Tadashi.
- Nie, to nie do ciebie - wyjaśniam szybko i zaciskam powieki. Mam dość tej przemądrzałej istoty.
- A, to dobrze. Gadałaś z Azą? Wiesz, jak tylko wstałaś zmierzył cię wzrokiem i odczekał chwilę a potem wstał i mruknął, że idzie się gdzieś zdrzemnąć ale chyba... Nie poszedł - wyjaśnia Dashi z dziwnie przebiegłą miną. Zerkam na niego, prycham ze śmiechem i znów zamykam oczy.
- Dalej próbujesz mi udowodnić, że niby on coś do mnie teges? - pytam skrzywiona. Musiałabym być bardzo zdesperowana, żeby zrobić jakikolwiek krok w tą stronę.
- Hym... A ma to jakiś sens?
- Nie. Absolutnie nie. - Przekręcam się na bok i patrzę na Dashiego.
- Hm, w takim razie nic nie próbuję - mówi z uśmiechem złośliwca, na co ja prycham i podnoszę się. - A tak w ogóle, czemu jesteś mokra? Pływałaś?
- No... Tak jakby.
- Tak jakby? Czyli co? Wpadałaś do wody i się topi... - Robi wielkie oczy. - Pływałaś z Azą?! - wydziera się nagle uświadamiając sobie to dziwactwo. Prycha dziwnie, próbując ukryć wybuch śmiechu ale coś mu nie wychodzi. Krzywi się cały i przez chwilę słychać tylko te jego dziwne dźwięki.
- Ech, skończyłeś? - pytam po chwili. Wilk kiwa głową ale nadal się uśmiecha. Na szczęście tego nie komentuje.
- Z czego tak rechotałeś? - Chris zaskakuje nas oboje. Spoglądam na wilka i uśmiecham się. Ratujesz mi dupę!, myślę.
- A, nic takiego. Stwierdził tylko, że wyglądam jak zmokłą kura - mówię zanim Dashi wszystko wypapla.
- Tak, tak. Właśnie o tym mówiłem - potwierdza biały i kryje uśmiech.
- No, to fakt. Weź się wysusz bo się na ciebie patrzeć nie można bez uśmiechu - żartuje Chris. Wywracam oczami ale podnoszę sie i odbiegam od wilków.
Chcę chwilę być sama. Nie jestem samotnikiem ale jakoś nigdy też nie było okresu, kiedy nie potrzebowałabym chwili spokoju. Idę więc powoli gdzieś... Sama nie wiem gdzie. Nie przejmuję się tym, że łamię wszystkie gałązki po drodze, że płosze zwierzynę... Nie. Teraz mam to serdecznie gdzieś. Bo w tym momencie jestem tylko ja i odgłosy lasu. Nawet Drew ucichła. Taaaaaaaaak, tego mi było trzeba.
Kładę się pod jednym z drzew i zamykam oczy. Nie mam w planach snu ale jakoś tak samo wychodzi i zasypiam.

( CD w opku Chrisa )

czwartek, 5 marca 2015

Od Dery ( CD. Ren 'a ) : ,, Igram z ogniem '' ,czyli o tym jak każda moja rozmowa z nowo poznanym wilkiem kończy się kłótnią

-… Poza tym myślę, że moglibyśmy zostać tutaj na jakiś czas, zanim znów rozpoczniemy wędrówkę. Co o tym myślisz?- spytał się mnie Ren. A ja znowu westchnęłam. Nie miałam ochoty na rozmowę. Wiem, że nie jestem z natury gadatliwa, więc to zawsze aktualne, ale dzisiaj szczególnie. Zerknęłam jednak na wodospad. Był piękny.
Pierwszy raz w życie widziałam coś tak wspaniałego z bliska. Tak, miałam ochotę tutaj zostać. Tego jestem pewna.
-Myślę, że to dobry pomysł.- odparłam, nie zerkając na brata. Kiedy patrzyłam na spadającą wodę, poczułam w sobie jakąś dziwną energię. Byłam szczęśliwa.- Jak na Ciebie.- rzuciłam kąśliwie, patrząc przelotnie na Ren’ a. Wilk zaczął się śmiać, a później szturchnął mnie w ramię, odsłaniając kły. Udawał poruszonego moją uwagą. Wiedziałam jednak, że w głębi duszy się cieszył. Ja też byłam szczęśliwa. Nie tylko dzięki wodospadowi, choć zapewne „dodał” mi on energii.
Również chciałam ukazać kły, w geście obronnym. Jednak coś przykuło moją uwagę.
Nagle usłyszałam szelest. Jakby ktoś nadepnął na suchy liść. Zastrzygłam uchem i odwróciłam się w stronę, skąd dobiegał dźwięk. Nikogo nie wiedziałam. A zarośla, które miałam przed sobą, nie wyglądały podejrzanie. Raczej nikogo tam nie było. Tak myślę.
-Co się stało?- usłyszałam pytanie Ren’ a. Nie odpowiedziałam od razu. Nie lubię martwić go niepotrzebnie, więc wolałam najpierw przyjrzeć się naszemu otoczeniu.
-Coś mi tu nie gra.- odparłam w końcu.
-Daj spokój. Niby co?- mimo tej uwagi, Ren również zaczął się rozglądać. On też musiał coś czuć. Nie było to żadne złudzenie, ani nic z tych rzeczy. Aż tak bardzo nie zdziczaliśmy.
Poczułam chłodny wiatr na twarzy. Odgarnął mi włosy z czoła, jednak zaraz znów je poczochrał. Ten powiew… czułam zapach innych wilków. Z początku nie byłam tego pewna, ale teraz nie ma żadnych wątpliwości. Dałam znak bratu, i oboje ruszyliśmy w stronę zarośli.
Zerknęłam szybko na brata.
Nie podobało mu się to, że znów musi się mieć na baczności. To było oczywiste. Zaobserwowałam to u niego już jakiś czas temu. Nie podobały mu się te wszystkie ucieczki, przemieszczanie się, walki z innymi, często większymi drapieżnikami. Miał dość takiego życia, spędzonego tylko i wyłącznie w towarzystwie siostry. Wiem, że Ren chce żyć w watasze i raz na zawsze skończyć tę gonitwę. Naprawę chciałabym aby jego marzenie się spełniło.
Tylko, że nikt nas nie przyjmie. A przynajmniej mnie. Takie, w każdym bądź razie odnoszę wrażenie. Ale jeśli taka okazja by się zdarzyła, to mogłabym się nawet skusić. Nie dla samej siebie. Zrobiłabym to dla Ren’ a.
3… 2… 1… skoczyłam. Nie miałam na celu nikogo zabijać. Chciałam jedynie zobaczyć, czy coś nam grozi. Niestety nie wiem, w jaki inny sposób, można się tego dowiedzieć. Dlatego każdy bierze mnie za agresywną.
Wpadłam na jakiegoś wilka. Właściwie to były dwa wilki, tylko samica, którą miał zaatakować Ren, zdążyła uniknąć takiego losu, jaki spotkał jej kompana. Przygniotłam do ziemi czarno-czerwonego basiora. Nie trwało to długo. Samiec był silny, więc chwilę później, to ja byłam na przegranej pozycji. Nie miałam pojęcia co robi Ren, ale miałam teraz własne problemy. Byłam przygotowana na walkę, jednak ku mojemu zdziwieniu, wilk odpuścił i zostawił mnie w spokoju.
-Kim jesteście?- usłyszałam jego głos. Był ostry, ale nie na tyle aby można się go przestraszyć.
-To ja powinnam o to zapytać.- warknęłam. Ciemny wilk zaczął się śmiać. Jednak nie było w tym ani trochę sympatii. Raczej pogarda. Jednak nie odpowiedział na moje pytanie.
Zamiast niego, zrobiła to tamta wadera, której Ren nie zaatakował (czyli przywitał się trochę milej niż ja).
-Jestem Katniss, a to jest Azazel.- skinęła głową w kierunku towarzysza.
-Ja jestem Ren.- odezwał się mój brat.- A to jest moja siostra, Daera.- przedstawił mnie w moim imieniu. Może to nawet dobrze. Nie miałam ochoty na zabawę w „poznajemy siebie nawzajem”. Ognisty wilk chyba też nie, bo również pozwolił aby Katniss mówiła z jego imieniu.

Przez ten czas dowiedziałam się, że oba wilki należą do Watahy Szafirowego Wodospadu. Nie ma tam wielu wilków, ale wszyscy dają radę jakoś przeżyć. Okazało się też, że wodospad, który tak bardzo mi się podoba, należy do terenów ich watahy. A to znaczy, że należy do tamtych wilków. To znaczy, że jest również własnością tego ognistego, o pogardliwym spojrzeniu. A to z kolei oznacza, że nie możemy tutaj zostać. Chyba, że… Ren będzie nalegać. Ale ja nie zamierzam. Nie będę się błaźnić.W jednej chwili przedstawianie się, zmieniło się w rozmowę dwóch wilków- Katniss i Ren’ a. Ja nie odezwałam się ani słowem, chociaż miałam ku temu wiele okazji. Az co jakiś czas dorzucał dwa zdania, ale widać było, że opisywanie własnej watahy innemu wilkowi, nie przypadło mu do gustu.
Jeśli mam być szczera, to oczywiście nie miałam nic przeciwko temu, że mój brat wdał się w pogawędkę z tamtą waderą. Z resztą, to nawet miłe z jej strony, że tak po prostu wybaczyła nam to, że ich zaatakowaliśmy (a właściwie to Ren przepraszał słowami: „Wybacz za maniery mojej siostry”, ale nie zwróciłam na to specjalnej uwagi). Cieszyłam się, że brat miał z kim rozmawiać. Dobrze, bo teraz nie będzie mnie do tego zmuszać.
Czyli, jak już wspomniałam, nie miałam nic przeciwko temu. Oczywiście do póki mój brat nie odszedł gdzieś z Katniss, którą bez przerwy wypytywał o szczegóły życia w watasze. Oczywiście nie miałam nic przeciwko temu, aby wilk sobie pospacerował wzdłuż wody. Problem jednak był w tym, że zostałam sama z tym gburem. Zerknęłam na siedzącego obok basiora. On też nie miał ochoty na spędzanie czasu w moim towarzystwie. Z resztą, nie ma co się dziwić. Zaledwie kilka minut temu, wbiłam pazury w jego skórę.
-Ten tutaj… to twój brat?- spytał się w końcu Az, nie podnosząc wzroku. Teraz już wiem, dlaczego mi się nie podobał. Po prostu, kiedy się odzywał, to tak jakbym widziała siebie rozmawiającą z Ren’ em. A to z kolei oznacza, że może dojść do starcia charakterów.
-Ten kretyn? A skądże! Nie widzisz? To zwykły jeleń, w skórze wilka. Pod kostiumem chowa poroże.-skomentowałam. Zaraz jednak dodałam:- Tak to mój brat. Przecież mówił, że jesteśmy rodzeństwem.- Położyłam się na ziemi i zaczęłam skubać trawę pazurami. Było to zdecydowanie bardziej zajmujące, niż rozmowa z Azazel’ em.
-Nie słuchałem. A ty jesteś…?- spytał zerkając w moją stronę. Spiorunowałam go lodowatym spojrzeniem. Oczywiście, że słuchał. Wie jak mam na imię, kim jestem. Ale chyba zdaje sobie sprawę z tego, co myślę o jego towarzystwie i tej rozmowie. Dlatego zadaje te durne pytania.
-De.ra.- wycedziłam, patrząc na niego w taki sposób, aby zdał sobie sprawę, że wyczułam jego podstęp.
-Naprawdę?- zrobił sztuczne „wielkie oczy”, po czym dodał:- Twój brat przedstawiał Cię jako „Daera”. Hm… czy fakt, że przedstawiłaś się zdrobnieniem, oznacza, że chcesz abyśmy byli przyjaciółmi?- rzucił mi przy tym takie spojrzenie, że miałam ochotę palnąć go w pysk. Teraz żałuję, że nie zrobiłam tego kiedy miałam okazję.
-Chrzań się.- warknęłam. Ale Az znów tylko się zaśmiał.
-Wiesz, coraz bardziej odnoszę wrażenie, że mocna to ty jesteś tylko w gębie. Gdybyśmy wtedy walczyli naprawdę już być nie żyła.
-Oh, naprawdę?- spojrzałam na niego, udając poruszenie. Az jednak nie dał się nabrać. W końcu graliśmy w tę samą grę.- Może się przekonamy, co?- rzuciłam wyzywająco. Azazel wstał i podszedł bliżej.
-Brzmi nie najgorzej. Jednak będę dla Ciebie wyjątkowo łaskawy i udam, że tego nie słyszałem. Mogłoby się to dla Ciebie źle skończyć.
-Dla mnie?!- Wstałam i spojrzałam basiorowi w oczy.- To ty się wycofujesz. Jednak powinnam się była tego domyśleć. Czego innego można spodziewać się po takim „Narcyzie” jak ty.- wiedziałam, że to określenie było trafne. Azazel spiorunował mnie wzrokiem. Jego oczy zdawały się płonąć żywym ogniem. On sam wyglądał jakby powstał z wrzącej lawy.
-Grasz w niebezpieczną grę.- warknął ostro basior.
-Fakt, że ty ją zacząłeś, nie sprawi, że podkulę ogon.- odparłam i ruszyłam w stronę wody.
-Mówisz tak, chociaż się wycofujesz.- zauważył Azazel. Ta uwaga nie przeszkadzałaby mi tak bardzo, gdyby nie fakt, że basior szedł za mną.
-Że niby ja?- parsknęłam z pogardą.- W cale się nie wycofuję. Zamierzam tylko skończyć tę głupią dyskusję, ze względu na mojego brata. Nic więcej.
-Ja to widzę inaczej. Uciekasz z podkulonym ogonem.
-To ty pierwszy powiedziałeś, że nie chcesz bójki. A teraz twierdzisz, że to ja się poddaję! Tak naprawdę, to przez cały czas ratujesz swój tyłek, bo wiesz, że nie masz szans.- rzuciłam złośliwie. Byłam ciekawa co teraz powie Aza. Ciemny wilk warknął, odsłaniając przy tym białe kły. Zrobiłam dokładnie to samo. Przez chwilę zastanawiałam się, czy on tylko próbuje mnie wystraszyć, czy faktycznie może zaatakować.
-Powinnaś wiedzieć, że moim żywiołem jest ogień, Dera.- powiedział przez zaciśnięte zęby.- Uważaj aby się nie oparzyć.
-Nie ma problemu.- rzuciłam ostro.- Codziennie igram z ogniem. Do tej pory zawsze go pokonywałam. Taki płomyczek jak ty, nie jest dla mnie żadną przeszkodą.
-Ostrzegam Cię ostatni raz. Jestem ogniem, z którym nie wartko igrać.
-Tak? Ja jednak zaryzykuję.
Właśnie w tym momencie, grzbiet basiora pokrył się płomieniami. Teraz byłam już pewna, że on JEST w stanie ZAATAKOWAĆ. Ja jednak nie mogłam się bić. Nie przy Renie.
-Ostrzegałem, Dera. Nie powinnaś ze mną igrać.
-Doprawdy?- parsknęłam nie dowierzając.- Obawiam się, że ogień nic nie da, jeśli trochę się go ostudzi.- Z tymi słowami, wepchnęłam Azazel’ a do wody. Wilk, nie zdążył w porę zareagować, i wpadł do jeziora z wilkiem pluskiem. Woda zmoczyła mi sierść, ale nie byłam aż tak mokra jak Az.
Kiedy basior wynurzył głowę, z jego sierści zniknął płomień. On był zupełnie jak ogień. Jak dziki i niebezpieczny żar. Azazel był uosobieniem ognia.
Może właśnie dlatego, widok tego wilka w wodzie, był taki zabawny.
-Żaden z ciebie straszny ogień. Wyglądasz jak zmokła kura.- parsknęłam śmiechem. Poczułam jak ktoś wciąga mnie do wody. Nie opierałam się i wpadłam do jeziora. Kiedy znów spojrzałam na Az’ a, ochlapałam go wodą i zaczęłam się śmiać. Był to mój pierwszy, szczery śmiech, od bardzo dawna. Nie pamiętam kiedy ostatnio byłam tak rozbawiona.
-Mały płomyczek, chyba został właśnie zgaszony, co?- odparłam, patrząc na basiora tryumfalnie.


Azazel? Co powiesz?

wtorek, 3 marca 2015

Od Ren'a: Krótki postój?

-Pospiesz się bracie!- usłyszałem głos wadery. To była Dera. Biegliśmy właśnie za sarną, a ja się zamyśliłem. Od jakiegoś czasu zdarza mi się to coraz częściej. Mam na myśli, rozmawianie z samym sobą. Ponoć jest to pierwszy stopień do wariactwa, ale mi to nie grozi.



Oboje już jesteśmy dziwni.
Ja i Dera żyliśmy tak długi czas sami, odcięci od innych wilków, że zapomnieliśmy jak żyje się w społeczeństwie przekraczającym liczbę dwóch wilków. A ponieważ moja siostra nigdy nie była rozmowną wilczycą (w gorsze dni częściej warczy) to nie mam żadnego kompana z którym mógłbym porozmawiać. O czymkolwiek. Byleby choć na chwilę było głośno.
To przez tę ciszę, jedynym towarzyszem rozmów stal się mój własny umysł. Jednak przez rozmowy z samym sobą i popadanie w zadumę, często tracę kontakt z rzeczywistością. Daera nie pochwala takiego zachowania. Jest na mnie zła. Mówi, że jeśli nie będę śledził tego, co dzieje się dookoła, to w końcu coś wykorzysta moją nieuwagę. I zaatakuje.
Moim zdaniem trochę przesadza. Oczywiście, przez ponad rok musieliśmy radzić sobie sami. Byliśmy zdani na łaskę i niełaskę losu. Ale od tygodnia nic nam się nie stało. Nie zaatakował nas żaden większy drapieżnik, a większość polowań wychodziła nam bez przeszkód.
Coś jednak gnębiło Daerą. Widać to było po jej twarzy, spojrzeniu, mniej pewnych siebie ruchach. Od zawsze była trochę nieufna, ale nigdy nie była niepewna samej siebie. Ciągle powtarza: „Jedyną osobą na której możesz polegać, jesteś ty sam”. A teraz coś się zmieniło…
Może to dlatego, że trafiliśmy na nieznane nam tereny? Co jakiś czas przeprowadzamy się i wędrujemy po świecie. Ale nigdy nie widzieliśmy podobnych krajobrazów. Niektóre miejsca są… cóż… trochę dziwne, a nawet niepokojące. Głównie po zmroku.
-REN!- krzyknęła Dera, która wbiegła prosto na mnie. Popchnęła mnie i oboje przetoczyliśmy się po trawie.
-Co się stało!- krzyknąłem lekko wstrząśnięty. Nie miałem pojęcia o co jej chodziło. Przecież ciągle biegłem za tą sarną…
-Jak to „co się stało”?! O mało nie spadłeś z urwiska! A ty jeszcze pytasz, co się stało! Gdyby nie ja, poleciałbyś z tą wodą na sam dół!
-Woda! Czyli jest tutaj wodospad!
-Nie. Tęczowe jeziorko i różowe kucyki. Oczywiście, że jest tu wodospad! Mówiłam Ci to na samym POCZĄTKU! Ale ty jak zwykle mnie nie słuchasz…- burknęła i ruszyła powolnym krokiem przed siebie.
-Naprawdę?- podbiegłem i zrównałem chód z siostrą.- Wydawało mi się, że to TY nigdy nie słuchasz MNIE. A nie na odwrót, co?- rzuciłem kąśliwą uwagę. Kiedyś Dera zaczęłaby się śmiać. Ale teraz nawet się do mnie nie uśmiechnie. Westchnęła jedynie, zamykając oczy. Od jakiegoś czasu był to „najmniej agresywny” gest na jaki było ją stać. Z biegiem czasu zrozumiałem, że na jej uśmiech będę musiał jeszcze długo zaczekać. Ale myślę, że warto. Muszę tylko być cierpliwy i za bardzo nie naciskać. Ponoć im dłużej czekamy na jakąś rzecz, tym większą radość przynosi jej nadejście. Ja w to wierzę. Tak jak w powrót tej „dawnej Dery” .
-Choć siostra.- zwróciłem się do wader.- Idziemy obejrzeć go z bliska.
-Ty idź.- rzuciła chłodno.- Ja tam nie schodzę. Będę na ciebie czekać na górze.
-Nie ma takiej opcji!- odparłem. Złapałem ostrożnie Derę za ucho, uważając na jej kolczyki (miała ich pełno) i zacząłem schodzić z nią na dół. W połowie drogi, kiedy zaczęło robić się stromo, puściłem ją wolno.
-Teraz już możesz zejść. Nie ma sensu wchodzić znów na górę.- zauważyłem zadowolony. Miałem nadzieję, że Dera zaraz rzuci jakąś ciętą, kąśliwą uwagę lub się uśmiechnie, ale nic z tego. Ona znów westchnęła. Ale tym razem dłużej.
-No to chodźmy na dół.- odparła spokojnie i zaczęliśmy schodzić po zboczu. Zerkałem na waderę co jakiś czas, kiedy szliśmy w stronę wodospadu. Ale ona znów obrzucała wszystko tym samym, chłodnym, wręcz wyzywającym spojrzeniem. 
Jakby była żołnierzem, biorącym udział w wielkiej bitwie. W której wrogiem jest cały świat. 
Szkoda mi jej, naprawdę. Na razie nie powiem jej tego wprost, ale chciałbym aby Dera poznała chociaż jednego wilka, którym nie będę ja. Nie ważne kto to będzie. Może skoro ja nie potrafię przywrócić jej uśmiechu, to jemu, lub jej się to uda.

W końcu zeszliśmy na sam dół. Stanęliśmy oboje, tuż przy błękitnej wodzie. Wokół nas rosły pojedyncze drzewa. I chociaż ziemia miała pomarańczowy kolor (nie lubię go) piasku to osobiście uważam, że miejsce było przepiękne. Może nawet zatrzymamy się tutaj na kilka dni?
Zerknąłem na siostrę. Wpatrywała się w wodospad. Miała przy tym taką niewinną minę, że zachciało mi się płakać (w przenośni, oczywiście). Jednak jej słowa, sprawiły, że ten czar prysł:
-Jednak mogłam z niego skoczyć, wiesz?
Parsknąłem śmiechem.
-Jasne, jasne. Możemy spróbować.
-Ty też chcesz?- odezwała się, unosząc brwi w górę.- Nie spodziewałam się tego po tobie.
-Wiesz, w sumie to nie mam ochoty. Zapewne nie robiłbym tego, gdybym…- „gdybym nie miał Cię przy sobie. Gdybym nie próbował sprawić, abyś znów była jak kiedyś”, dodałem w myślach, lecz nie powiedziałem tego na głos. Nie wiedziałem jaka byłaby jej reakcja. 
-Gdybyś, co?- spytała się, tonem według mnie zbyt chłodnym.
-Nie ważne.- pokręciłem głową.- Ale wiesz, nie musimy skakać teraz. Dopiero co biegaliśmy. Poza tym myślę, że moglibyśmy zostać tutaj na jakiś czas, zanim znów rozpoczniemy wędrówkę. Co o tym myślisz?



Dera?

poniedziałek, 2 marca 2015

od Azazela(CD. Sherany):,, Znowu zaczynasz!''

Przewróciłem oczami z trudem powstrzymując złośliwy komentarz.
- Pytałem, czy wydaje ci się, że jedyne co mam do roboty to denerwować akurat ciebie? - powtórzyłem.
- A co? Niby nie? - odparła Sher.
- Pft! Mam sto razy ciekawsze rzeczy do roboty! Nawet pilnowanie Tadashiego jest bardziej interesujące!
- Nie przesadzaj - wadera przewróciła oczami. - Dashi jest dorosły...
Spojrzałem na nią błagalnie.
- Widziałaś jak się zachowuje.
- Zdecydowanie lepiej od ciebie.
- Znowu zaczynasz... - prychnąłem i otrzepałem się z wody.
- Że co?! JA zaczynam?
- Tak, ty. W pobliżu jakoś nie widzę innego denerwującego gremlina.
- Gremlina? A dopiero co wspomniałeś, że to ja zawsze zaczynam.
- No bo zaczęłaś. Ja tylko kończę - ruszyłem szlakiem w stronę Szafirowego Wodospadu. Ta rozmowa od początku nie miała sensu.
Nagle wpadłem na Tadashiego. Basior tylko zmierzył mnie morderczym wzrokiem, burknął ,,Przepraszam" i przepchnął się trącając mnie barkiem chociaż obok było mnóstwo miejsca. Pewnie poszedł do Sher. Jak on z nią wytrzymuje? Jeszcze tego brakuje, żeby mój rodzony brat zdziwaczał.

Sher? Brakus wenus ;-;

niedziela, 1 marca 2015

Nowa wadera - Dera



Imię: Dera (pełne imię Daera), co oznacza „dziki duch”
Płeć: wadera
Wiek: 2 lata
Partner: Na razie jest zbyt nie ufna w stosunku do innych i zbyt ceni sobie niezależność, aby móc pozwolić sobie na jakikolwiek związek. Poza tym nigdy nie była romantyczną i słodką waderą, więc raczej nikt jej nie zechce.
Rodzina: starszy brat- Ren
A reszta… kiedyś żyła. Dziś pewnie ich trupy rozkładają się w jaskini
Stanowisko: zielarka
Wykształcenie: ciężko powiedzieć. Okrutne życie nauczyło ją tylko trzech rzeczy:
leczyć, przeklinać i zabijać.
Charakter: Ponieważ, już jako szczeniak została okropnie potraktowana przez rodziców, nauczyła się czym jest okrucieństwo i zdrada. Nie potrafi zaufać nikomu innemu, z wyjątkiem brata. Chociaż nawet jemu nie mówi wszystkiego. Z resztą nie należy do osób gadatliwych, więc rozmowy z nią nie są specjalnie długie, a czasem ograniczają się do jednego warknięcia.
Życie w odosobnieniu z bratem i liczne walki o przetrwanie, pokazały Derze jak naprawdę wygląda życie. Oczywiście wszystkie te zdarzenia, miały wpływ na charakter samicy.
Wadera od małego nauczyła się zabijać, kaleczyć, przeklinać, wyzywać i ranić innych. Wie co to ból, śmierć i ryzyko. Jednak całkowicie zapomniała czym jest żal, honor, strach i sumienie. Nie potrafi darzyć nikogo miłością. Nikogo z wyjątkiem brata, któremu tyle zawdzięcza.
Dera z pewnością jest agresywną, niebezpieczną i odważną waderą. Często ryzykuje i igra z ogniem, gdyż nie boi się przykrych konsekwencji. Po prostu o nich nie myśli. Liczy się to co jest teraz, nie ważne co będzie później.
Często bywa ponura, nieufna i zamknięta w sobie. Jednak w przeciwieństwie do brata, nie potrafi się tak bardzo otworzyć przed innymi. Ren zawsze jej mówił, że powinna choć raz spróbować. Mówił, że musi w końcu komuś zaufać w nowej watasze, ale ona nie słucha się nikogo. Chociaż Daerze czasem doskwiera samotność i odosobnienie, to nigdy się do tego nie przyzna. Ma tylko wielką nadzieję, że zbyt nie okazuje tak wstydliwych emocji, bo nie jest tak dobra w ukrywaniu ich, jak Ren.
Starszy brat często powtarza, że każdy musi mieć przynajmniej kilka innych osób na których może polegać. Dera zdaje sobie z tego sprawę. Gdzieś w głębi jej kamiennego i nieczułego serca zawsze pozostawał malutki płomień, tej dawnej jej. Wadery, która potrafiła kochać, ufać i śmieć się z innymi. Tylko, że Dera już dawno przestała wierzyć w to, że dawna ona kiedykolwiek powróci.
Historia: Moje życie, hm…? Cóż mogę o sobie powiedzieć?
Z pewnością miałam dość niestandardową rodzinę: ojciec, wiecznie pijany alkoholik, bez przerwy kłócił się z matką. On oskarżał ją o wszystkie nieszczęścia tego świata, a ona zwalała zawsze winę na niego, lub na któreś z nas. Tak to mniej więcej wyglądało. Co prawda ojcu zawsze brakowało piątej klepki, ale matka nie była od niego lepsza. Zdradzała tatę z kim popadło. Naprawdę!
Byłam przekonana, że każdy basior w okolicy spędził chociaż jedną noc z naszą matką. Czasem nawet zdarzało się, że przyprowadzała ze sobą kochanka, kiedy taty nie było w naszej jaskini, bo szedł „wytrzeźwieć”. Szkoda tylko, że nigdy nie myślała o tym, że my również byliśmy w jaskini, ale na to akurat nic nie poradzę. Jestem przekonana, że matka też nie zawsze była przytomna i dużo rzeczy zapewne jej umykało.
Jedyną normalną osobą w rodzinie było mój starszy o rok brat- Ren.
Myślę, że gdybyśmy żyli w watasze, jak normalne wilki, tego typu sytuacje nie miałyby miejsca. Mam na myśli nasz „dom wariatów”, jak zawsze nazywaliśmy z bratem rodzinę.
Szczerze w to wątpię. Jednak problem polegał na tym, że mieszkaliśmy w odosobnieniu i nikt nie mógł nam pomóc. Z resztą. Jestem pewna, że nikt nie byłby specjalni nami zainteresowany. W dzisiejszych czasach, większość wilków woli interesować się tylko i wyłącznie własnymi sprawami. Nikogo nie obchodzi drugi basior, czy wadera. Może to dlatego, Ren zawsze mówił mi abym nie próbowała prosić nikogo o wsparcie?
W każdym bądź razie, tak właśnie wyglądało nasze życie. Zazwyczaj kiedy rodzice się kłócili, my albo wychodziliśmy na polowanie, albo staraliśmy się udawać, że śpimy i nie rzucać się w oczy. Taka metoda zawsze działała bez zarzutów. No, przynajmniej przez pierwszy rok mojego męczącego życia. Później było zdecydowanie gorzej.
Pewnej nocy, kiedy wracaliśmy z Ren’ em z polowania, już na skraju lasu słychać było krzyki i przekleństwa. Wiedziałam, że trzeba zawrócić, bo i tak nic nie wskóramy, ale Ren koniecznie chciał sprawdzić co się dzieje.
To, że pobiegliśmy do jaskini, było naszym największym błędem.
Kiedy weszliśmy do jaskini, widzieliśmy, że tym razem ojciec był bardziej pijany niż zwykle, a matka też nie była do końca trzeźwa. Nie miałam pojęcia, o co dokładnie im poszło, ale jednego byłam pewna. Byli na siebie strasznie wściekli. Potwornie.
Patrzeliśmy z bratem jak nasi właśni rodzice, rzucają się sobie do gardeł. Dosłownie. Nie mam pojęcia, ile to wszystko trwało, ale zdawało się ciągnąć w nieskończoność.
Później widziałam jak ojciec zabija naszą matkę. Z początku myślała, że ona tylko zemdlała od upadku, jednak to, w jaki sposób leżała, świadczył że na pewno nie żyje.
Następną rzeczą jaką pamiętam pył głośny krzyk. To nasz ojciec zauważył jak stoimy w jaskini z Ren’ em. Pamiętam jak na nas krzyczał, jak przeklinał. I jak zaatakował.
To wszystko działo się tak nagle. Nawet nie miałam czasu do namysłu. Po prostu zrobiłam to co kazał robić instynkt.
Zaatakowałam.
Zabiłam naszego własnego ojca, po to, aby chronić siebie i starszego brata. Tak mi się wtedy zdawało. Jednak kiedy otrząsnęłam się z tego wszystkiego, zauważyłam, że mój brat też zatopił w nim kły. Najwyraźniej musiał go dobić, bo ja nie byłam dostatecznie silna.
Tego samego dnia uciekliśmy.
Nie zabieraliśmy ze sobą żadnej rzeczy, bo nigdy niczego nie mieliśmy. Nie było nawet czasu aby zmyć z siebie krew.
Biegliśmy z bratem jak najdalej od domu.
„Szybciej Dera! Dasz radę!!!”- były to słowa, które słyszałam od Ren’ a co chwilę, kiedy uciekaliśmy z miejsca zbrodni.
A później zaczął się jeszcze gorszy koszmar. Miałam wtedy zaledwie rok, a Ren 2 lata, ale jakoś musieliśmy dać sobie radę sami. Polowaliśmy, leczyliśmy rany, staliśmy na czatach, trzymaliśmy warty, walczyliśmy z innymi drapieżnikami.
Byłam wtedy tylko dzieckiem, ale widziałam już o wiele za dużo, jak na taki wiek. Poznałam czym jest cierpienie i zdrada. Nie są to miłe uczucia. Jednak przyszło nam z nimi żyć.
Po roku włóczęgo, znaleźliśmy z Ren’ em watahę, która nas przygarnęła. Starszy brat powtarza mi zawsze, że powinniśmy zacząć życie od nowa. Tak jakby przeszłość nigdy nie miała miejsca.
Ja jednak wciąż nie potrafię zapomnieć tego, co mnie spotkało.
Staram się z całych sił, przywrócić tamtą dawną Derę, którą kiedyś byłam. Tylko, że na razie nie potrafię jej odnaleźć. A z biegiem czasu, moja nadzieja coraz bardziej słabnie. Ren powtarza mi, że mam być silna i za nic w świecie się nie poddawać. Mówi, że kiedyś wrócę do dawnej siebie.
Oby się nie mylił.
Żywioł: burza, śmierć
Moce: -potrafi wywołać burze z piorunami, lub wielką ulewę (nie panuje jednak nad mocą i robi to nieświadomie, pod wpływem wielkich emocji)
-swoim złotym okiem widzi „kolor śmierci” (kiedy istota jest nim „spowita” to znak, że w ciągu najbliższych dni umrze)
Głos: Nana -Kuroi Namida
Właściciel: Annabeth

Inne zdjęcia :

Dera z Ren 'em


Prawe oko -niebieskie 
Lewe oko -złote

Nowy basior - Ren



Imię: Ren
Płeć: basior
Wiek: 3 lata
Partner: Cóż… ciężko powiedzieć, że „szuka partnerki”, gdyż nie jest nachalnym samcem. Nie miałby nic przeciwko związaniu się z jakąś waderą, ale jeśli żadnej nie spotka, nie będzie szukał jej na siłę. Nie jest wilkiem wybrednym, ale ma jeden warunek. Jeśli w przyszłości miałby się z kimś związać, to tylko z waderą, którą jego siostra będzie darzyć zaufaniem. I z wzajemnością.
Rodzina: młodsza siostra- Dera
Mieli kiedyś rodziców, ale… to już przeszłość
Stanowisko: Dowódca łowów
Wykształcenie: walka, magia, zna podstawy leczenia
Charakter: Jedno jest pewne, chociaż Ren woli mieć wśród wilków więcej przyjaciół, niż wrogów, to nigdy nie potrafił się zaprzyjaźnić. To znaczy… od czasów kiedy wraz z siostrą uciekli od rodziny. Stał się wtedy bardziej powściągliwy, zdystansowany i ostrożny. Nie mógł liczyć na niczyją pomoc, z wyjątkiem siostry Dery, której zawsze ufał (chociaż była o rok młodsza, a kiedy uciekli, była zaledwie dzieckiem). Podczas samotnej wędrówki nauczył się troszczyć o siostrę, która jest dla niego całym światem. Jednak on sam nigdy nie nazwałby siebie opiekuńczym wilkiem. Zawsze martwi się o rodzeństwo chociaż wie, jak młodą waderę tym irytuje. JEDNAK NIGDY NIE ROBIŁ ZA NIAŃKĘ!!! Nie zamierza się z nikim pieścić, ani przesadnie opiekować, bo nigdy nie miał do tego nerwów. Jego troski wyglądały inaczej, np. upierał się by stać dłużej na warcie, kiedy siostra była zmęczona.
Jednak, gdyby pominąć ten szczegół, nie należy do osób bardzo troskliwych, a do innych wilków podchodzi z dystansem, którego nauczyło go życie.
Często wygląda na osobę ponurą, spokojną, bądź skrytą, ale tak naprawdę nie zawsze jest taki. Po prostu potrafi ukrywać prawdziwe intencje, a emocje zawsze trzyma na wodzy (w odróżnieniu od agresywnej siostry). Jednak przy najbliższych potrafi się otworzyć, i ukazać „prawdziwego siebie”.
Kiedy dołączył do watahy, zdał sobie sprawę z tego, że nie może już patrzyć na wszystkich i wszystko spode łba. Zdaje sobie sprawę, z tego, że życie w takim społeczeństwie jak stado, wiąże się z wieloma obowiązkami i wie, że jest w stanie im podołać.
Ren zawsze był walecznym, odważnym i często nawet brutalnym wilkiem. Nigdy nie nazwałby siebie osobą honorową. Życie pokazało mu, że kiedy przychodzi walka, szacunek zawsze znika.
Historia: Urodziłem się… cóż, z pewnością nie była to wataha. Byłem wychowywany przez rodziców, jednak nie żyliśmy z innymi wilkami. Mieszkaliśmy w dość dużej jaskini, w odosobnieniu. Kiedy byłem szczeniakiem, mojej życie nie było takie złe. Rodzice opiekowali się mną, tata uczył polować, a mama opowiadała wspaniałe historie. Miałem nadzieję, że tak będzie już zawsze.
Ale się przeliczyłem.
To stało się kiedy miałem ponad rok. Matka, pod nieobecność ojca, sprowadziła do domu tego drugiego wilka. Szkoda tylko że zapomniała o mnie. Leżałem wtedy w rogu jaskini próbując zasnąć. Słyszałem i widziałem wszystko, chociaż z całego serca, wolałbym o tym zapomnieć.
Kiedy przyszedł ojciec, zaczął krzyczeć i przeklinać. Matka też.
Zaczęli się kłócić, a później oboje wybiegli z jaskini. Każde w inną stronę. O ile pamiętam, ojciec wrócił do domu późno w nocy. Upity.
A matka, przyszła dopiero za dnia, kiedy nie było taty. Przyszła z jakimś samcem, ale ten wyglądał inaczej niż basior z poprzedniej nocy. Miałem szczęście, że w porę udało mi się wyjść z jaskini i uciec do lasu.
Tak wyglądało moje życie przez kolejny rok. Do czasu aż urodziła się moja młodsza siostra- Daera. Miałem wtedy nadzieję, że rodzice przypomną sobie jak to kiedyś się kochali, i wrócą do życia jakie wiedli kiedyś. Chciałem aby Dera miałam normalne dzieciństwo, tak jak ja kiedyś miałem. Pragnąłem abyśmy znów byli szczęśliwą rodziną.
Ale równie dobrze mogłem prosi o gwiazdkę z nieba.
Sytuacja wyglądała tak, jak wcześniej. Ojciec wracał późno upity, a matka rano przyprowadzała do jaskini kochanka. Ja z kolei zabierałem młodszą siostrę do lasu i próbowałem nauczyć ją wszystkiego co przyda jej się w życiu. Polowania, mówienia, korzystania z mocy, orientowania się w terenie. To ja wychowywałem Derę! Ja! Chociaż miałem dopiero 2 lata!
Wszyscy żyliśmy w odosobnieniu. A kiedy ojciec przychodził do domu i zastawał matkę, lub na odwrót, oboje zaczynali się kłócić. Kłócić i przeklinać.
Zawsze już tak było. Musieliśmy wtedy szybko uciekać z siostrą, aby i nam nic się nie stało. Za każdym razem, kiedy mieliśmy nadzieję na lepsze życie, w efekcie było coraz gorzej.
Aż w końcu rodzice ze sobą nie wytrzymali.
Kiedy wracaliśmy z Derą z polowania, już na dworze słychać było przekleństwa rodziców. Nawet nie mam zamiaru ich cytować.
Pobiegliśmy z siostrą w stronę jaskini. Nie wiedzieliśmy co mamy robić, więc po prostu staliśmy przy wejściu i robiliśmy wszystko by nie rzucać się w oczy.
Przez jakiś czas nam się to udawało.
Do czasu aż ojciec, pod wpływem gniewu i w dużej mierze alkoholu, zabił naszą matkę.
„Ren! Ona…”- szepnęła do mnie Dera.
„Wiem.”- odparłem. Starałem się mówić jak najspokojniej, ale głos miałem załamany.
Później wszystko działo się szybko. Ojciec nas zauważył i zaatakował. Razem z Derą, rzuciliśmy się w jego stronę. Nie miałem pojęcia co robię. Nie myślałem czy to bezpieczne. Liczyło się tylko to, aby nie dać się zabić.
Do dziś pamiętam jak staliśmy z Derą nad ciałem ojca. Byliśmy cali w jego krwi. Obrzydliwej, lepkiej krwi, która zapewne cuchnęła alkoholem. A może ten odór unosił się od jego ciała?
Pamiętam jak biegliśmy z Derą, jak najdalej od miejsca, które powinniśmy nazywać „domem”. Nie było czasu, aby zetrzeć z siebie krew. Musieliśmy uciekać, od miejsca, w którym leżały ciała rodziców. Nic innego się nie liczyło.
Kiedy znaleźliśmy się wystarczająco daleko, okazało się, że to nie koniec naszych problemów. Nie… to był dopiero początek.
Właśnie wtedy rozpoczęła się samotna wędrówka, życie w odosobnieniu. I walka o przeżycie.
Dera miała wtedy nieco ponad rok. A już była świadkiem tylu okrucieństw. Nic dziwnego, że przez te wszystkie doświadczenia, tak bardzo się zmieniła.
Nasza wędrówka trwała kolejne 12 miesięcy. Podczas tego czasu, nauczyliśmy się tego, co było potrzebne do przeżycia. Jednak zapomnieliśmy o wielu rzeczach.
Ja przeżyłem znacznie mniejszą przemianę niż Dera. Nadal pamiętam jak to jest być dobrym, opiekuńczym, otwartym. Potrafię sobie wyobrazić to, że kiedyś się zakocham.
Ale Daera nie potrafi. To ona zmieniła się najbardziej. Na nią, te wszystkie złe wydarzenia, podziałały najgorzej. Stała się nieufna wobec innych, zamknięta w sobie, smutna, samotna i agresywna.
Tylko wobec mnie odnosi się chociaż trochę jak dawniej. Jednak nie jest to tamta Dera, jaką kiedyś znałem. Nie była to TAMTA siostra.
Kiedy miałem 3 lata (a Daera 2) znaleźliśmy watahę, która nas przyjęła. Oboje musimy nauczyć się, jak żyć w stadzie. Myślę, że sobie poradzę. Potrafię znów zaufać, chociaż czeka mnie jeszcze długa droga, do przywrócenia dawnego siebie. Ale martwię się co będzie z Derą. Mam nadzieję, że jeszcze kiedyś do mnie wróci, ta dawna ona.
Wadera, która była moją kochaną, dzielną, młodszą siostrą.
Będę na nią cierpliwie czekać…
Żywioł: śnieg, sen
Moce: -może wywołać zamieć śnieżną, lub sprawić aby spadł śnieg
-częściowo kontroluje sny pojedynczych wilków, ma na nie wpływ (jednak zmienia je nieświadomie. Nie chce tego robić, ale nie potrafi nad tym zapanować)
Właściciel: Annabeth

Inne zdjęcia :

Młody Ren z małą Derą

czwartek, 26 lutego 2015

Od Vienta ( CD. Katniss )

Ostatnio bardzo dużo myśli zaprzątało moją głowę.Do naszej watahy dołączyło dwóch basiorów : Chris i Rei.Jako ,że jestem Alfą watahy i za nią odpowiadam ,do moich obowiązków należało również dopełnienie prostych formalności.Był to wybór stanowiska ,jaskini oraz oprowadzenie i zaznajomienie nowego członka z terenami watahy.
Późnym popołudniem udałem się nad Szmaragdowe Jeziora.Nie dziwił mnie fakt ,iż nie zastałem tam żywego ducha.Wilki wolały spędzać czas nad Szafirowym Wodospadem ,a zwierzyna ostatnio zaczęła kryć się po lasach gasząc pragnienie nad rzeką Riyomą.
Nagle zdałem sobie sprawę z tego ,że jedyne co dzisiaj zjadłem to napotkane rano truchło jelenia.A i tak  ,swoim śniadaniem , byłem zmuszony podzielić się z okolicznymi ptaszyskami.Ruszyłem przed siebie mijając jeziora.W końcu na dobre zagłębiłem się w lesie węsząc dookoła w poszukiwaniu woni jakiegoś zwierza.Miałem wielką nadzieję ,że trafię na tłuściutkiego jelenia.Jak wielkie było moje rozczarowanie ,kiedy po pół godzinie spędzonej na polowaniu na drogę napatoczył się jedynie zajączek.Westchnąłem zrezygnowany ,jednak udałem się w pogoni za ofiarą ,chwilę później pozbawiając jej życia.Nie minęło wiele czasu ,jak zjadłem zwierzaczka za jednym zamachem szczęki.
Stąpałem po leśnej ściółce przygniatając łapami opadłe liście ,omszałe kamienie i trawę.Nagle do mych uszu dobiegł dziwny dźwięk.Podniosłem głowę do góry.W moim kierunku zmierzał tłuściutki jeleń.Oblizałem pysk i już miałem rzucić się w stronę zwierza ,kiedy ten gwałtownie skręcił w bok ,a na mnie wpadła jakaś osoba.Ową osobą okazała się być obca mi wadera.
- Rany ,co ten świat tak wiruje...- podniosłem głowę ,a mój wzrok zatrzymał się na wilczycy.Momentalnie poczułem ból w szczęce.
- Auć -syknąłem.
Jak na komendę wadera odwróciła głowę i zerwała się na równe łapy.
- O bogowie ! -krzyknęła -Nic ci nie jest ?
Pokręciłem przecząco głową stając na chwiejnych łapach.Z pomocą przyszła mi owa nieznajoma.
- Jak cię zwą ? -spytałem zmieniając temat.
- Katniss...Hm ,a ty ?
- Jestem Viento ,a na tych tere...-nie dokończyłem.Momentalnie zakrztusiłem się własną śliną i zakaszlałem głośno.Chwilę później z mojego pyska wypadł jeden z bocznych kłów.Spojrzałem na Katniss ,a później mój wzrok powędrował w stronę leżącego przed nami zęba.
- Przepraszam -powiedziała wilczyca - To chyba przeze mnie.Kiedy na ciebie wpadłam...
- Nie ważne -machnąłem niedbale łapą -Ząb odrośnie.Może odrośnie -dodałem niepewnie w myślach.
Chrząknąłem.
- A więc ,jak już mówiłem ,nazywam się Viento ,a na tych terenach znajduje się wataha...i chętnie przyjmujemy nowe wilki.
- Chcesz...żebym dołączyła do tej watahy ?
- Byłoby mi miło ,gdybyś się zgodziła.

Katniss ?

od Sherany (CD. Azazela): Przełom?! Ta jasne.

Chlapiemy się jak szczeniaki. I to jest głupie, ale nie przeszkadza mi to. A to na serio jest dziwne. Spędzam z Azą czas o jakieś 60% za dużo ale... Jest śmiesznie. I głupio. I tak... dziwnie ale coś w tym jest, a ja sama nie wiem co.
- Dobra, dobra, poddaje się! - dyszy w końcu Aza, trzepiąc się bez sensu w wodzie. Jesteśmy już dalej od brzegu i zauważyłam, że stracił pewność siebie. On chyba nie umie pływać...
- Pffffffff, cienias - mówię ze złośliwym uśmiechem. 
Wychodzę z wody i otrzepuję się. Aza gramoli się powoli, bacznie obserwując wodę i mnie, czy aby na pewno nie chcemy go w jakiś sposób zabić. Przewracam oczami i jeszcze raz się otrzepuję. Zel w końcu wyłazi na brzeg i oczywiście, co robi? Staje tuż obok mnie i zanim zdążę się zorientować, co też ten szatan wyrabia, znów jestem mokra jak ten piach na dnie. Super. Znowu podnoszę grzywkę i piorunuję wzrokiem wilka. A on tylko leży na trawie w całkowitym spokoju i uśmiecha się dziwnie. Takiego uśmiechu u niego jeszcze nie widziałam. Jest dziwny, trochę tajemniczy i... Hjuuuuuuuuuuu, nad czym ja myślę?! Cholercia, ta woda byłą za ciepła, mózg mi się roztapia. 
Odwracam głowę i znów kładę się na trawie, tak jak wcześniej gdy tu przyszedł. Przez chwilę siedzimy w ciszy, choć we nie wszystko krzyczy bo wiem, że się na mnie gapi jak na wariata. Chyba nie rozumie, po co to robię. 
- Wiesz co? - przerywa ciszę. - Nie jesteś aż taką suką jak mi się wydawało.
- Tiaaaaaaa? Zdziwiłbyś się. Nie znasz mnie jeszcze na tyle, żeby to stwierdzić. Znamy się od... ilu? Czterech dni max. Skąd możesz to wiedzieć?
- Nie wiem. Tak uważam, a uważanie to innego niż to, kiedy jesteś czegoś pewna i...
- Dobra skończ. Ogarniam. - Zerkam na niego.
- To co? Zgoda? Starczy ci przekomarzania i kłótni? - wypala nagle. Prawie sie duszę powietrzem, którego przed chwilą tyle wciągnęłam do płuc. Rozszerzam oczy, przestaję chlapać wodę.
- Chyba sobie jaja robisz. Nie mam zamiaru, to nie zbyt kusząca propozycja. - Uśmiecham sie złośliwie.
- Kusząca... Hm, nie wiedziałem, że moje propozycje są kuszące. - On również się uśmiecha.
- Och, pacanie mówię właśnie, że nie są. Nie zrezygnuję z dopiekania ci i nie myśl sobie, że ten czas spędzony tutaj coś między nami zmienia. Wszystko jest jak zawsze, ja ciebie nienawidzę, ty nienawidzisz mnie i jest fajnie. - Wracam do pluskania wody. 
- ... ciebie?
- Co? - Ups, nie słuchałam go przez chwilę, wyłączyłam się, a on zadaje mi pytanie. - Nie słuchałam przez chwilę. Powtórzysz? Zamyśliłam się.
<Azazel?>

wtorek, 24 lutego 2015

Od Katniss : Niedoszła zwierzyna

- Raz, dwa, trzy, cztery, raz, dwa... - liczyłam pod nosem rytm kroków. Wszelkie wilki jakie spotykałam do tej pory uznawały to za nonsens, ale ja wiem swoje. Liczenie kroków pomaga panować nad oddechem: wdycham na jeden, trzymam przez kolejny krok i wydycham. Większość nawet po wyjaśnieniach nie rozumie takiej idei. Gdyby czuli krążenie własnej krwi tak jak ja mieli by zdecydowanie inne zdanie.
W końcu jednak zdyszałam się nieco i trzeba było odpocząć. Nagle do moich wyczulonych uszu dotarł szum wodospadu. Nie byle jakiego. Huk jaki powodowały kaskady wody wskazywał, że jest on monstrualnych rozmiarów. Cała podekscytowana zobaczeniem takiego potwora ruszyłam w stronę dźwięku. Aż rozchyliłam pyszczek widząc wodospad. Był po prostu piękny! Serce we mnie trzepotało na myśl o wspięciu się na szczyt.
Nagle przypomniałam sobie powód mojego przyjścia tutaj. Podeszłam do wody i usiadłam. Pochyliłam łeb ku powierzchni wody i po namyśle zanurzyłam w niej całą głowę. Trzymałam ją tak pół minuty, po czym wyjęłam ją, wzięłam głęboki oddech i wypiłam parę łyków. Nagle usłyszałam kroki na piaszczystym brzegu. Spojrzałam w bok i zamarłam. Do brzegu zbliżał się młody jeleń. Oblizałam się odruchowo. Zaczęłam się powoli skradać w kierunku nieświadomego zwierzęcia. To jednak niefortunnie spojrzało w moją stronę i zerwało się do ucieczki.
- Szlag by to! - zaklęłam i popędziłam za jelonkiem.
Szybki był, skubaniec, ale ja niewiele byłam od niego gorsza. Gdyby nie biegał zygzakami z łatwością bym go dogoniła. Pogoń skręciła do lasu. Jeleń był spanikowany. W jego ruchach zaczynało brakować tej płynności. Byłam już tak blisko, że musiałam uważać, by nie oberwać w łeb racicą. Niestety tak bardzo skupiłam się na zwierzynie, że gdy ta nagle uskoczyła w bok, by uniknąć jakiejś przeszkody nie zdążyłam wyhamować i wywaliłam się na czymś, czego tak zgrabnie uniknął jelonek. Przez chwilę leżałam na grzbiecie niepewna co się właściwie stało.
- Rany, co ten świat tak wiruje... - wymamrotałam rozglądając się nieprzytomnie.
- Auć... - obejrzałam się w stronę źródła głosu.
Na ziemi leżał niebiesko biały basior. Dotarło do mnie czym w rzeczywistości była owa przeszkoda. Zerwałam się na równe nogi.
- O bogowie! Nic ci nie jest? - zapytałam i podbiegłam pomóc wilkowi wstać.

Viento? Przepraszam za długość, ale mam problemy z netem ;-;

Od Sherany ( CD. Tadashiego ) : O bogowie !

Nie wierzę, że nic takiego się między nimi nie stało ale skoro nie chcą mówić, to znaczy że nie należy się wtrącać i tyle. Chris zapewne też nie jest przekonany słowami białego ale nich im będzie. Zerkam tylko na mojego nowego znajomka, wzruszam barkami i wracam wzrokiem na swoje łapy.
Zachowanie Azy owszem, wyprowadziło mnie z równowagi ale staram się nie spierniczyć tego, co zrobiłam razem z Dashim przez całe przedpołudnie.
- A więc... Dogadaliście się? - pytam Chrisa, wskazując na niego i Azę.
- Pfffffft, co to za pytanie? Jasne, ze tak. - Chris się uśmiecha i zerka przelotnie na Azazela. Ten odpowiada mu nieokreślonym uśmiechem.
- No bo widzisz, Sher, tak się złożyło że mamy z Chrisem wiele wspólnych tematów - mówi Aza.
- Tiaaaaa... Jadłeś już coś? - pytam Chrisa, jednak patrzę na Azę, zabijając go wzrokiem.
- W zasadzie to n... - zaczyna Aza, ale wtedy ja dodaję do swojego pytania.
- Chris?
- Co? Nie, jeszcze nie. A ty? - odzywa się skrzydlaty wilk. Aza marszczy nos w niezadowoleniu, na co ja uśmiecham sę złośliwie pod nosem.
- Ja owszem. Pokazałam Tadashiemu moją specjalną metodę. Uwielbiam ją. A ty Dashi? Prawda, że wtedy wszystko jest prostsze?
- No, to fakt. To było świetne! Najpierw sparaliżowała sarnę tymi oparami a potem podeszła i dotknęła ją, i już! Śniadanie podano! - chwali Tadashi, patrząc z uśmiechem na Chrisa. Mój przyjaciel za to zerka co chwilę na mnie i na rozmówcę szukając na moim pysku potwierdzenia. Ja natomiast kiwam głową z szerokim uśmiechem.
- Dobra, wiecie co? Nie wiem jak wy, ale się muszę chyba przejść, nie lubię tak leżeć cały dzień. Na razie! - mówię, podnosząc się z trawy. - Oj, chyba trochę popsułam zieleninkę - dodaję ciszej patrząc na trawę wokół siebie i drzewo, a potem po prostu odchodzę od wilków kierując się brzegiem Riyomy. Idę spokojnie, patrząc na wszystko dookoła i myślę.
Zel myślał pewnie, że się znów wścieknę ale teraz widzę, że jemu to po prostu sprawia przyjemność. Oj, wolałby mnie tak na serio nie wkurzyć. To mogę zagwarantować. Nie dam się tak łatwo sprowokować. Nie mówię też, rzecz jasna, że nie mam zamiaru się w ogóle wściekać no bo jak się nie wściekać kiedy otaczają mnie tacy... wkurzający faceci?! Ale nie będę reagować na te jego wybryki se szturchaniem.
~~Serio? Zamierzasz go spławić?~~ Drew znów się pojawiła.
- Owszem, czemu nie?
~~ Bo jest fajny! To by na prawdę było ciekawe, jakbyście się w sobie teraz zaczęli zakochiwać i w ogóle. Awwwwww, no proszę, zrób to! Powiedz, że ci się podoba!
- Co?! Nie, Drew, do cholery, nie! On jest egoistycznym draniem, który uważa, że może wszystko bo jakimś sposobem on może mnie dotknąć!
~~ No właśnie! On może... Może sprawić, że będziesz szczęśliwa.
- Jestem szczęśliwa, mając to, co mam teraz. Nawet jeśli Aza też się do tego załapuje, jestem szczęśliwa, że mam tą watahę, mam Chrisa i Tadashiego, Mary też w jakiś sposób jest mi bliska i mimo że za wiele się nie widujemy i w ogóle to ona daje mi w jakiś sposób to... poczucie, że nie jestem sama, tak? Że nie jestem taka do końca inna niż zawsze mi się wydawało! Że może jest na tym świecie przynajmniej jedna wadera choć trochę do mnie podobna! Viento jest tym... czymś, co nas skleja tak? On nas trzyma w fasonie. Rei... jeszcze nie odkryłam jego funkcji ale założę się, że też znaczy coś ważnego w tej watasze. Nikt nie trafia tutaj przez przypadek. Nawet Aza jest... No, muszę to przyznać, bez niego mogłoby, podkreślam, mogłoby być mi nudno, tak? Dopiero teraz mam Chrisa, a wcześniej? Czy zaprzyjaźniłabym się z Tadashim gdyby nie Aza? Dashi by tu trafił? Nie wiadomo. Może nie czułby, że powinien w jakiś sposób usprawiedliwiać przede mną zachowanie brata i po prostu trzymałby się ode mnie z daleka, jak każdy. - Siadam kończąc ten wykład dla Drew i wpatruje się w swoje odbicie w wodzie. Nieeeeeeeeee, to nie dla mnie. Kładę się więc na grzbiecie i wsuwam końcówki łap do wody nad głową. Pluskam łapami wodę i dyndam tylnymi łapami w trawie, chichocząc cicho, bo to łaskocze. I wtedy obok mnie pada cień. Cień, który nie ma skrzydeł więc to nie Chris. Ten cień, nie należy również do Tadashiego, bo ogon jest zbyt puszysty jak na białego wilka. Viento jest przecież u siebie, bo mówił nam, że załatwia coś z Reiem, chyba stanowisko. Ten cień, jest również zbyt duży jak na Mary. A po zapachu czuję, że cień należy do kogoś od nas, więc jest tylko jedna możliwość.
Azazel.

Aza? Czego chcesz tym razem? XD 

poniedziałek, 23 lutego 2015

Nowa wadera - Katniss



Imię: Katniss (dla przyjaciół Kat lub Kania)
Płeć: Wadera
Wiek: 3 lata
Partner: Oj tam, powiedzmy szczerze, że szuka, ale nie nachalnie
Rodzina: Ta banda tumanów z południa?
Stanowisko: Tropiciel
Wykształcenie: Zdecydowanie łowieckie. Choć zna się odrobinę na magii.
Charakter: Do łagodnych panienek zdecydowanie nie należy. Kat jest dość...nietypowa. Zamiast pogadanek z wilkami woli słuchać szumu wody w rzekach i wodospadach, szelestu liści, a bywa, że gada do drzew. Troszczy się o swoich przyjaciół i bliskich, natomiast siebie samą zaniedbuje. Stara się być w jak najlepszej formie, dlatego często można ją spotkać biegającą sprintem po lesie czy przepływającą jeziorka i stawy. Kocha skoki adrenaliny. Szybko można ją polubić (o ile ona pierwsze polubi ciebie). Należy niestety do osób, które zbyt szybko oceniają wilki. Jeśli na pierwszym spotkaniu z nią zrobisz jakieś głupstwo i zrazisz ją do siebie, to w przyszłości nie możesz liczyć na pełną akceptację. Przezwisko ,,Kania" nie wzięło się znikąd - Katniss jest niczym drapieżny ptak: szybka, cicha i niemal zawsze bezbłędnie trafia w zamierzony cel. Można znaleźć w niej wartościowego sojusznika i dobrą, oddaną przyjaciółkę.
Historia: Urodziła się w dobrze poukładanej watasze...No cóż, do pewnego momentu. Kat od zawsze wyróżniała się z tłumu. Nie chodzi tu o upodobania czy nawet wygląd. Ona po prostu była INNA. W jej watasze nie akceptowano magii. Wszystkie należące do niej wilki miały ,,czystą" i ,,niemagiczną" krew. Dlatego też gdy Katniss odkryła swoje magiczne zdolności wszystkie oczy skierowane były na samotną matkę waderki. Wszyscy pamiętali, ile kłopotów sprawiał jej partner, zanim został wygnany. Nikt nie podejrzewał, że ten włóczykij był zdolnym magiem. Wygnano go z zupełnie innego powodu, kiedy to jego partnerka była już w ciąży. Teraz wadera miała na głowie pyskatą wilczycę nienawidzącą porządku, który tak uwielbiała reszta wilków. Początkowo ignorowano jej wygłupy. Powtarzano, że to jeszcze szczeniak i że pod okiem matki wyjdzie na prostą. Kłopoty zaczęły się, gdy inne szczenięta szły w ślady buntowniczki. Zaczęły się kary. Później groźby. W końcu Alfa zwrócił się do matki wadery, że jeśli chce dalej należeć do watahy, to powinna przypomnieć córce surowe reguły. No i wtedy życie waderki stało się koszmarem. Lekcje, etykieta, historia, maniery i tak dalej. Katniss przebolałaby wszystko, gdyby nie ograniczenie wolności. Nie mogła opuszczać jaskini bez nadzoru matki. W końcu wywiązała się z tego ostra kłótnia między waderami, aż młodsza oznajmiła, że się wyprowadza. Półtora roczną wilczycę nikt nie próbował powstrzymywać. Dopiero później jej matka zatęskniła za nią, która mimo, że pyskata i denerwująca nadal była przecież jej córką.
Kat jednak ani myślała wracać na południe. Problem polegał na tym, że nic nie umiała. Bała się przyrody i wszystkiego, co żywe, bo do tej pory nikt jej nawet rozróżniać jadalnych roślin nie nauczył. Na szczęście odnalazła ją wędrowna wataha. Wilki w niej posiadały dary magiczne związane z naturą i ziemią. Przyjęli Katniss, która szybko podbiła ich serca. Nauczyli ją wszystkiego, co wie do dzisiaj. Ponieważ wszystkie wilki w tej watasze posiadały imiona związane ze zwierzętami młodej tropicielce również takowe nadano: Kania. Wadera świetnie czuła się w towarzystwie podobnych sobie buntowników o podobnej przeszłości. Jednak gdy ukończyła trzy lata zdecydowała się odejść i spróbować w miarę ustatkowanego życia. Niedługo potem trafiła nad gigantyczny wodospad, a potem to już chyba wiadomo.
Żywioł: Natura
Moce: Panowanie nad roślinami (w lekkim stopniu), wadera potrafi kontrolować swoje ciało lepiej niż inne wilki (np. potrafi zwężać i rozszerzać źrenice według własnej woli, dzięki czemu nie oślepia ją słońce i widzi w ciemnościach), ma dodatkowo o wiele lepiej wyczulone zmysły
Głos: Elen Levon - Wild Child
Właściciel: NyanCat^._.^~

Od Tadashiego ( CD. Sherany ) : Cisza przed burzą

- Nad sensem życia - palnąłem sarkastycznie.
- Ej, co to niby miało być? - Sher udała teatralnie oburzenie wywołując u mnie napad śmiechu.
- Głupie pytanie i głupia odpowiedź - uśmiechnąłem się szelmowsko. - A tak na serio to zastanawiam się co robi Aza.
- Proszę cię! Od rozmów na jego temat mnie mdli, a dopiero co zjadłam porządne śniadanie - odpowiedziała wadera.
I właśnie wtedy niespodziewanie dosiadł się do nas - niestety - Azazel...i Chris?!
- Wzywałaś księżniczko? - powiedział złośliwie.
- Cześć Chochliku - rzucił przyjacielsko Chris i usiadł obok mnie. - Ty jesteś Tadashi, prawda?
- We własnej osobie! - odparłem i uśmiechnąłem się szczerze do Chrisa. Do Azy już mniej. - Co to, poprawił ci się humor?
- A wiesz, że nawet bardzo? - basior uśmiechnął się kpiąco. - Spotkałem w lesie Chrisa. Pogadaliśmy i muszę ci przyznać rację, Sher, że to całkiem spoko gość - tu Aza popełnił prawdopodobnie kolejny życiowy błąd.
Szturchnął łapą Sher przyjacielsko w bark.
Powieka wadery zaczęła niebezpiecznie drgać. Chris to zauważył i przestał się uśmiechać, podobnie jak ja. Azazel natomiast uśmiechał się bezczelnie. Pewny, że wilczyca znowu wybuchnie rzuciłem szybko do brata:
- Az, mogę cię prosić na słówko?
- Naturalnie braciszku - odpowiedział i ruszyliśmy w kierunku drzew.
Gdy odeszliśmy na tyle daleko, że pod wodospadem nie mogli nas usłyszeć wypaliłem wkurzony:
- Zwariowałeś?! Od rana próbuję poprawić jej humor, a ty wszystko psujesz!
- A od kiedy to jej humor jest ważniejszy od mojego? - Aza dalej uśmiechał się bezczelnie.
- Odkąd stałeś się egoistycznym tępakiem dbającym o własny zad!
- Lepiej to odszczekaj - warknął basior.
- Bo niby co?
- Bo nie jestem pewny co do twojej odporności na ogień...
- A proszę bardzo! Ciekawe czy zdążysz mi przypalić chociaż czubek ogona!
Aza położył uszy po sobie i zaczął warczeć. Odpowiedziałem tym samym. Tym razem nie będę przed nim podkulać ogona. Może i jestem młodszy i generalnie słabszy, ale i tak nie będę mu znowu ulegać.
Basior jednak nie zaatakował. Dalej mierzył mnie wzrokiem godnym bazyliszka, ale nie warczał już.
- Dobrze. Niech ci będzie - odpowiedział w końcu. - Lepiej do nich wracajmy, bo jeszcze zaczną nas szukać.
Ruszyłem więc za nim, nadal nabuzowany podobnie jak i on. Gdy wyszliśmy spomiędzy drzew Chris i Sher wyglądali na zaskoczonych naszą postawą. Usiedliśmy naprzeciwko siebie.
- Coś się stało? Dashi? Zel? - spytała wadera.
- Wszystko w porządku - odparłem, ale śmiertelny aczkolwiek udawany spokój na pewno nie przekonał ani jej, ani Chrisa.

Sher? Chris? Kolejna kłótnia może nastąpić nie z tej strony, z której się spodziewaliśmy...

Od Azazela ( CD. Chrisa ) : Nie oceniaj książki po okładce

- Ty jesteś Chris? - zapytałem.
- Taaak...Skąd wiesz? - odpowiedział niepewnie nowy.
- Sherany mówiła o tobie mnie i mojemu bratu. Strasznie cię chwali.
- Na serio? - Chris uśmiechnął się i usiadł naprzeciwko. - Z tego co dzisiaj rano słyszałem raczej się nie dogadujecie...
Policzyłem w myślach do dziesięciu, żeby znowu nie wybuchnąć.
- Bywa - odparłem. - Nie wiem jak Tadashi się z nią dogaduje...zwłaszcza po pierwszym wrażeniu jakie zrobił na Sher...
- A co się wtedy stało? - spytał zaciekawiony Chris.
- Tadashi wypaplał przed nią jej przeszłość, a Chochlik...cóż, nie przyjęła tego dobrze. Nie wiedziała o zdolnościach mojego brata i jako odwet sparaliżowała go na jakieś...dwie godziny?
- Grubo. Dobrze, że go nie zamordowała - powiedział nieco rozbawiony basior.
- Jeśli kogoś chciałaby zamordować, to na pewno nie Tadashiego - uśmiechnąłem się. - Pewnie spaliłaby mnie żywcem...gdyby mogła.
- A nie może? Wspominała mi o tym swoim ,,śmiertelnym dotyku". Nie boisz się tak z nią kłócić jak dzisiaj rano?
Uśmiechnąłem się na wspomnienie oburzenia Sherany podczas naszego pierwszego spotkania.
- Nawet gdyby chciała - odparłem. - Jestem jakimś cudem odporny na tą jej umiejętność.
Chris gwizdnął z podziwem.
- To już chyba mniej więcej wiem o co chodzi - powiedział. - Dziwne, nie powinna się cieszyć, że jest osoba, o którą nie musi się tak obawiać?
- Proszę cię, bo zaraz ze śmiechu pęknę - parsknąłem śmiechem. - Założę się, że gdyby mogła to przekazałaby tę odporność komukolwiek innemu - wstałem, a Chris ze zdziwieniem spojrzał na wypaloną pod moim łapami trawę. - Wiesz co? Nawet mi się humor poprawił. Wracamy do wodospadu?
- Pewnie - Chris wstał i ruszyliśmy ścieżką powrotną.
Gadaliśmy sobie w najlepsze. Opowiadaliśmy sobie na zmianę swoje przygody z naszych poprzednich watah. Gdy dotarliśmy do Szafirowego Wodospadu zauważyłem Sher pod tym samym drzewem, pod którym leżała rano. Dopiero po chwili zauważyłem Tadashiego naprzeciw niej. Wyglądali jakby się świetnie bawili. Uśmiech od razu mi zrzedł. Chris od razu to zauważył i przerwał swoją wypowiedź.
- Coś nie tak? - spytał.
- Skądże - odpowiedziałem. - Hej, patrz! Tam jest Tadashi i Sher. Może się do nich dosiądziemy? - zaproponowałem.
- Pewnie! - basior uśmiechnął się i podeszliśmy do rozmawiających wilków.

Częściowy ciąg dalszy w opku Tadashiego ^^

niedziela, 22 lutego 2015

Od Sherany ( CD. Tadashiego ) : Nowe odkrycia

- A może jest zazdrosny? - rzuca Tadashi. Nie zdążam go za to zbesztać, bo wyprzedza mnie Drew.
~~ Tak, tak. Biały może mieć racje. Fajnie by było co? Taka nienawiść przeradzająca się w miłość... Tak, trzymam za was kciuki!
~~ Daruj sobie. Moją jedyną miłością jest ironia, wodospady i...~~ przerywam przerażona tą myślą.
~~ No, dokończ!
~~ O cholercia! Ogień!
No nie! Bez jaj. Czyli że to niby dlatego nie zabiłam Azy? Bo tak bardzo lubię ogień a on jest praktycznie nim... wypełniony? O rany! Myśląc o tym, prawie zapominam o obecność białego wilka kulącego się koło mnie ze strachu przed moją reakcją na jego słowa. To śmieszne! Jestem o pół głowy niższa od niego, zdecydowanie chudsza... Nie mówię, że Dashi jest gruby, to ja jestem sucha jak kostka. A to on tak się mnie boi! Ha! Nieźle. Gdyby tak jeszcze jedna osoba miała do mnie takie same odczucia...
- Zazdrosny mówisz? Wątpię. On mnie ledwie znosi. Z resztą, z wzajemnością - odpowiadam kręcąc lekko głową. - Ale wiesz... Może on po prostu nie znosi jak ktoś się z nim spiera. Znaczy, nie zgadza się z tym, co on sam mówi. Nie uważasz?
- Tia... - mruczy niezbyt przekonany do mojej teorii Tadashi. Wywracam oczami i staję na równe łapy. Tadashi spogląda na mnie niepewnie i również się podnosi.
- Gdzie idziesz? - pyta, kiedy robię dwa kroki w stronę lasu.
- Na... śniadanie. - Uśmiecham się szeroko. A jednak coś może naprawić mój humor i wyraźnie tym czymś jest Tadashi. Dashi, szykuj się na to, że tak już zostanie!, myślę ze śmiechem.
- A nie na polowanie? Co niby? Znalazłaś czyjąś spiżarnie? - dopytuje z uniesioną brwią biały wilk.
- Nie. Ale jak pytasz, to powiem ci, że ja w zasadzie jestem taką chodząca spiżarnią. - Szczerzę się i robię kolejne kilka kroków.
- Fuuuuuuuuuuj! Zamierzasz mi wyrzygać żarcie do pyska?! - Tadashi z obrzydzeniem podnosi jedną łapę i krzywi się okropnie.
Wybucham śmiechem na chwilę, a potem trochę się opanowuję.
- Nie głupku! Ale jak chcesz, to mogę ci pokazać mój specjalny sposób na szybkie śniadanko, czy co tam się umyśli.
- Aaaaaa... Ok. - Dashi wzrusza ramionami i truchtamy do lasu.
Tam odstawiam taki sam pokaz jak przy Vienciaku, tyle że tym razem sama podchodzę do sarny i po prostu jej dotykam. Po minucie mięsko jest gotowe do spożycia.
- No na co czekasz? Chodź tu bo wystygnie! - krzyczę do schowanego za krzakiem białego wilka. Kiedy on się wychyla widzę jego pełną zdziwienia i zafascynowania minę. Uśmiecham się szelmowsko i zatapiam kiełki w podbrzuszu nieszczęsnej sarniny. Po minucie dołącza do mnie biały wilk i razem pałaszujemy mięsko.
Jakiś czas potem wracamy uśmiechnięci i rozbawieni jakimś głupstwem Tadashiego. I wszystko byłoby po staremu gdyby nie widok Vienta i jakiegoś innego białego wilka. Spoglądam na mojego kumpla ale on jest równie zaskoczony co ja.
- Idziemy? - pytam, wskazując łapą nowego. Tadashi potwierdza kiwnięciem, więc podchodzimy do białego i Vienta.
- O, a to są właśnie Sher i Tadashi - mówi Viento z uśmiechem. - To jest Rei, nasz nowy członek watahy.
- Siemasz Rei, jestem Sher. Ewentualnie Chochlik. - Uśmiecham się szelmowsko.
- Hej. - Wyciąga łapę. Zerkam na Viento pytając niemo czy nowy wie o moich zdolnościach. Jednak Alfa zaprzecza ruchem głowy. Wracam wzrokiem do nowego.
- Rei, ja nie... Nie mogę nikogo dotykać. Absolutnie, za żadne skarby nie znajduj się w moim polu ruchu nie uprzedzając mnie o tym wcześniej, ok? Chyba że zechcesz popełnić samobójstwo. - Szczerzę się ponownie i odchodzę w wypalone przeze mnie wcześniej miejsce. Padam na trawę z głośnym łupnięciem. Dashi jeszcze chwilę gada z Alfą i Reiem, po czym przydreptuje do mnie i znów się kładzie, jak wcześniej. Nawet gapi się tak samo.
- Co znowu? - pytam, podnosząc głowę z łap.
- Nic, tak tylko się zastanawiam...
- Nad? - Unoszę brwi do góry wyczekująco.

Tadashi, myślicielu?