Tak jak podejrzewałam ,gdy zbudziła mnie Mary, nie zasypiam już tej nocy. Kiedy ona kładzie się spokojnie niedaleko mnie, postanawiam wybrać się na spacer. Do świtu pozostało jeszcze ze dwie, trzy godziny więc mam czasu po dziurki w nosie.
Trawa jest przyjemnie zimna, bo przecież powietrze takie nieznośnie ciepłe. Dziwna noc. Gwiazd tyle, że ledwo widać tradycyjnie granatowy kolor nieba. Księżyc niestety gdzieś zniknął, a miałam nadzieję z nim pogadać. Tak wiem, brzmi to absurdalnie ale ja tak robiłam zawsze, gdy miałam jakiś problem. Ponieważ Drew się raczej do tego nie nadawała ze swoimi dziwnymi pomysłami na rozwiązywanie spraw. Toteż jestem nieco zawiedziona ale cóż. Idę więc szybkim krokiem nucąc melodię, którą usłyszałam dziś w głowie. W zasadzie słyszałam tę melodie już kilkakrotnie, kiedy śpiewała ją Drew ale zawsze gdy pytałam, co to jest, śmiała się i mówiła, że to znam i kiedyś sobie przypomnę. Taaaaaaaaaak, jak zwykle pomocna, nie? O czym to ja miałam myśleć? Co przemyśleć? A, tak. Coś, co wypierałam z myśli przez ostatnie godziny. Dotyk Azazela. Zadaję sobie podstawowe pytanie. Jak ten kretyn przeżył?! Parę wilków mnie już kiedyś dotknęło i ich kolejnym celem podróży był cmentarz. Nikomu nie udało się zobaczyć następnego wschodu lub zachodu słońca. A on, akurat ten wilk przeżył i... i co dalej w zasadzie?! Ta sytuacja jest dla mnie ciężka i niewygodna. Jestem zmieszana, naprawdę. To dziwne wiedzieć, że ktoś na tym świecie może mnie bez konsekwencji dotknąć a ja go nawet nie lubię. Toleruję jego obecność, co najwyżej. Rany, już wolałabym, żeby to był... no nie wiem, Tadashi. Albo... Viento też. Czy też Mary. No bez jaj, ona by mogła być spokojnie. Serio. Ale z drugiej strony to dziwne. Przecież Zel i Dashi są braćmi tak? Więc dlaczego tylko jeden jest taki... wyróżniony? Brrrrrrrrrrr, nie, nie sprawdzę tego. Nie mam zamiaru bardziej tego komplikować. Rany, dlaczego ja w ogóle poświęcam czas na myślenie o tym wilku?! Powinnam chyba znaleźć ten większy wodospad o którym mówił Viento. Jak poskaczę to oczyszczę trochę głowę i jakoś to będzie. Kurde, jak nałogowiec. Ale cóż, taka jestem.
Pół godziny później docieram pod ten wodospad i czuję, że zaraz wybuchnę. Wodospad jest naprawdę ogromny. Cała się trzęsę i podskakuję nerwowo obserwując wodę spadającą na dół i rozpryskującą się na dole. Naprawdę, coś niesamowitego. Dlatego też nie wytrzymuję i nie wchodzę na górę tylko tam wlatuję.
Stojąc na szczycie rozglądam się i widzę czubek Szafirowego Wodospadu. Widzę śpiącą tam Mary. Spoglądam trochę w prawo i ukazuje mi się jakiś zalesiony teren. Ciekawe co to... Ale na razie... Mam ten wodospad. Patrzę na dół. Pięknie, szum wody jest strasznie głośny. Nawet jak się udrę, to nikt nie usłyszy więc mogę wrzeszczeć ile wlezie. I w to mi graj! Rozpędzam się i z uśmiechem przylepionym do pyska rzucam się w toń. Lecę a wiatr wyciska mi łzy. Woda przyjemnie pryska na boki. Jest ciepła, nie bardzo ale przyjemnie choć w porównaniu z powietrzem, to przydałaby się zimna ale cóż. I tak jest na prawdę cudownie. W końcu zmieszana woda na dole mnie dosięga, albo ja dosięgam jej i zamykam oczy. Szarpie mną mocno i w pewnym momencie jestem zdezorientowana, bo nie wiem gdzie jest góra a gdzie dół ale nagle coś mnie wyrzuca w górę i wciągam potężny haust powietrza. Ląduję na trawie, tuż obok rzeki przyłączonej do wodospadu. Rozglądam się co też mnie tak wyrzuciło i widzę ciekawe, czarne oczy. Mrużę swoje i robię krok w stronę tajemniczych ślepi.
- Ładny skok, mała. Szkoda, że tak cię skotłowało - mówi głos, zapewne należący do posiadacza ślepi.
- Hm, każdego by skotłowało, mądralo. A poza tym, pokazałbyś się ,a nie tak z ciemności gadasz.
- Boisz się? Nie, nie wyczuwam tego. Ciekawość... i złość. To wyczuwam. Dobrze, skoro ci zależy... - mówi głos i pokazuje mi się. Widzę ciemnobrązowo - białego wilka z kolorową grzywką i ze skrzydłami. Jest ode mnie większy, ale co to za trudność być większym ode mnie?! Uśmiecha się kpiąco i mierzy mnie wzrokiem. - Jestem Chris. A ty, mała?
- Och, trochę się przeliczyłeś z tą "małą". Owszem, wielkością nie zabijam ale mam na to swoje sposoby. Uwierz mi na słowo. A na imię mam Sherany. Ale nie używaj go, jeśli nie chcesz zginąć - wyjaśniam i uśmiecham się szelmowsko. Chris robi kilka kroków w moją stronę i siada.
- A więc, jak mam do ciebie się zwracać?
- Sher. Albo Chochlik. Ale w zasadzie to nie wiem po co ci to mówię, skoro i tak nie... Albo czekaj... - Uśmiecham się złośliwie. - W zasadzie to... Należysz do watahy?
*** Ranek ***
Jestem z Chrisem w okolicach jaskiń. Zaproponowałam mu dołączenie do nas, a on się zgodził tylko musi jeszcze z Viento pogadać. Dlatego też podchodzimy pod jaskinię Alfy.
- Ekhem, Viento? Możesz na chwilę? Sorry, że tak wcześnie ale tak się składa, że... Takie sprawy powinny być załatwiane od razu - wołam wilka. Ten wychodzi po chwili ziewając jeszcze krótko i zerka na mnie zaspany.
- Cześć Sher. O jakich sprawach mó... - przerywa, zauważając Chrisa. - Aha. No tak, fakt. To nie powinno czekać. Witam, jestem Viento. Alfa Watahy Szafirowego Wodospadu.
- Siemaszka. Jestem Chris. Przyszedłem, bo usłyszałem od tej tu małej wkurzającej - Wskazuje na mnie. - Że jest tu wataha, no i chciałbym dołączyć.
- Pewnie, zaraz ci wszystko pokażę - mówi zadowolony Viento i zabiera nowego na spacer. Ja szczerzę się do nich, choć już mnie nie widzą. Ale jestem zadowolona. Pogadałam trochę z Chrisem i myślę, że zostaniemy kumplami. Jest naprawdę w porządku.
- Cześć Sher - słyszę obok.
- Hej, Dashi. Jak tam noc? Przeżyłeś? - pytam ze złośliwym uśmieszkiem.
- Oj. Czyli, że słyszałaś? Aza mnie zabije. Nie zrobił tego wczoraj ale teraz na pewno...
- Czego znowu nie zrobiłem? - słyszymy głos Zela. Wywracam oczami.
- Hm, nie zabiłeś wczoraj brata - odpowiadam. - Aha, chłopaki. Przyprowadziłam nowego. Nazywa się Chris i jest na prawdę fajny. Mam nadzieję, że go polubicie. - Czytaj: "Dashi, zaprzyjaźnij się z nim, Aza... Najlepiej zostaw go w spokoju, bo go zepsujesz".
- Fajny? Znaczy, że co? Lubisz go? - dopytuje Azazel, poruszając znacząco brwiami. - Nasza mała złośnica się zakochała?
- Och, zamknij mordę Aza. Nie zakochałam się, tylko zaprzyjaźniłam. Jest różnica.
- Chcesz żyć w friendzonie? Słyszałem, że to trudne.
- Słyszałeś czy doświadczyłeś?
- Ok, ja się chyba usunę z pola rażenia - wtrąca Tadashi i odchodzi zostawiając mnie i Azę samych sobie.
- Jesteś taka bezczelna! Ciekawe ile z tobą wytrzyma ten kolorowy. Powiedziałaś mu już o swojej niezwykłej zdolności, jakby to ująć, "śmiertelnego uścisku"?
- Owszem, i wiesz co? On mnie za to szanuje. Nie to co ty, dupku!
- Ja? Skąd wiesz co ja o tobie myślę?! Wiesz co, nie chce mi się z tobą gadać o tym kolorowym!
- On ma imię, Aza. Nazywa się Chris i jest po prostu ciekawy - syczę.
- Nie obchodzi mnie to! Założę się, że za miesiąc będzie cię olewał jak każdy!
- Uch! Mam cię dość! Nie będę się z tobą użerać całe życie! A miałam taki dobry humor! Wszystko zepsułeś!
- Tak? Masz na myśli to, że pozbawiłem cię twojego muru? Zburzyłem go, bo mogę cię dotknąć, tak? Za to mnie tak nienawidzisz?!
- Nie będę ci się zwierzać - kończę ten cudowny poranny dialog i odchodzę twardo. Dym spod łap sygnalizuje, że jestem mega wkurzona i kiedy kładę się pod drzewem, trawa pode mną od razu usycha. Nie wiem, czy coś mi jeszcze dzisiaj poprawi nastrój.
Tadahi zerka na mnie, na Azę i w końcu robi krok w moją stronę.
Tadashi? Jesteś pewny, że chcesz gadać z chodzącą chęcią mordu ?