czwartek, 26 lutego 2015

Od Vienta ( CD. Katniss )

Ostatnio bardzo dużo myśli zaprzątało moją głowę.Do naszej watahy dołączyło dwóch basiorów : Chris i Rei.Jako ,że jestem Alfą watahy i za nią odpowiadam ,do moich obowiązków należało również dopełnienie prostych formalności.Był to wybór stanowiska ,jaskini oraz oprowadzenie i zaznajomienie nowego członka z terenami watahy.
Późnym popołudniem udałem się nad Szmaragdowe Jeziora.Nie dziwił mnie fakt ,iż nie zastałem tam żywego ducha.Wilki wolały spędzać czas nad Szafirowym Wodospadem ,a zwierzyna ostatnio zaczęła kryć się po lasach gasząc pragnienie nad rzeką Riyomą.
Nagle zdałem sobie sprawę z tego ,że jedyne co dzisiaj zjadłem to napotkane rano truchło jelenia.A i tak  ,swoim śniadaniem , byłem zmuszony podzielić się z okolicznymi ptaszyskami.Ruszyłem przed siebie mijając jeziora.W końcu na dobre zagłębiłem się w lesie węsząc dookoła w poszukiwaniu woni jakiegoś zwierza.Miałem wielką nadzieję ,że trafię na tłuściutkiego jelenia.Jak wielkie było moje rozczarowanie ,kiedy po pół godzinie spędzonej na polowaniu na drogę napatoczył się jedynie zajączek.Westchnąłem zrezygnowany ,jednak udałem się w pogoni za ofiarą ,chwilę później pozbawiając jej życia.Nie minęło wiele czasu ,jak zjadłem zwierzaczka za jednym zamachem szczęki.
Stąpałem po leśnej ściółce przygniatając łapami opadłe liście ,omszałe kamienie i trawę.Nagle do mych uszu dobiegł dziwny dźwięk.Podniosłem głowę do góry.W moim kierunku zmierzał tłuściutki jeleń.Oblizałem pysk i już miałem rzucić się w stronę zwierza ,kiedy ten gwałtownie skręcił w bok ,a na mnie wpadła jakaś osoba.Ową osobą okazała się być obca mi wadera.
- Rany ,co ten świat tak wiruje...- podniosłem głowę ,a mój wzrok zatrzymał się na wilczycy.Momentalnie poczułem ból w szczęce.
- Auć -syknąłem.
Jak na komendę wadera odwróciła głowę i zerwała się na równe łapy.
- O bogowie ! -krzyknęła -Nic ci nie jest ?
Pokręciłem przecząco głową stając na chwiejnych łapach.Z pomocą przyszła mi owa nieznajoma.
- Jak cię zwą ? -spytałem zmieniając temat.
- Katniss...Hm ,a ty ?
- Jestem Viento ,a na tych tere...-nie dokończyłem.Momentalnie zakrztusiłem się własną śliną i zakaszlałem głośno.Chwilę później z mojego pyska wypadł jeden z bocznych kłów.Spojrzałem na Katniss ,a później mój wzrok powędrował w stronę leżącego przed nami zęba.
- Przepraszam -powiedziała wilczyca - To chyba przeze mnie.Kiedy na ciebie wpadłam...
- Nie ważne -machnąłem niedbale łapą -Ząb odrośnie.Może odrośnie -dodałem niepewnie w myślach.
Chrząknąłem.
- A więc ,jak już mówiłem ,nazywam się Viento ,a na tych terenach znajduje się wataha...i chętnie przyjmujemy nowe wilki.
- Chcesz...żebym dołączyła do tej watahy ?
- Byłoby mi miło ,gdybyś się zgodziła.

Katniss ?

od Sherany (CD. Azazela): Przełom?! Ta jasne.

Chlapiemy się jak szczeniaki. I to jest głupie, ale nie przeszkadza mi to. A to na serio jest dziwne. Spędzam z Azą czas o jakieś 60% za dużo ale... Jest śmiesznie. I głupio. I tak... dziwnie ale coś w tym jest, a ja sama nie wiem co.
- Dobra, dobra, poddaje się! - dyszy w końcu Aza, trzepiąc się bez sensu w wodzie. Jesteśmy już dalej od brzegu i zauważyłam, że stracił pewność siebie. On chyba nie umie pływać...
- Pffffffff, cienias - mówię ze złośliwym uśmiechem. 
Wychodzę z wody i otrzepuję się. Aza gramoli się powoli, bacznie obserwując wodę i mnie, czy aby na pewno nie chcemy go w jakiś sposób zabić. Przewracam oczami i jeszcze raz się otrzepuję. Zel w końcu wyłazi na brzeg i oczywiście, co robi? Staje tuż obok mnie i zanim zdążę się zorientować, co też ten szatan wyrabia, znów jestem mokra jak ten piach na dnie. Super. Znowu podnoszę grzywkę i piorunuję wzrokiem wilka. A on tylko leży na trawie w całkowitym spokoju i uśmiecha się dziwnie. Takiego uśmiechu u niego jeszcze nie widziałam. Jest dziwny, trochę tajemniczy i... Hjuuuuuuuuuuu, nad czym ja myślę?! Cholercia, ta woda byłą za ciepła, mózg mi się roztapia. 
Odwracam głowę i znów kładę się na trawie, tak jak wcześniej gdy tu przyszedł. Przez chwilę siedzimy w ciszy, choć we nie wszystko krzyczy bo wiem, że się na mnie gapi jak na wariata. Chyba nie rozumie, po co to robię. 
- Wiesz co? - przerywa ciszę. - Nie jesteś aż taką suką jak mi się wydawało.
- Tiaaaaaaa? Zdziwiłbyś się. Nie znasz mnie jeszcze na tyle, żeby to stwierdzić. Znamy się od... ilu? Czterech dni max. Skąd możesz to wiedzieć?
- Nie wiem. Tak uważam, a uważanie to innego niż to, kiedy jesteś czegoś pewna i...
- Dobra skończ. Ogarniam. - Zerkam na niego.
- To co? Zgoda? Starczy ci przekomarzania i kłótni? - wypala nagle. Prawie sie duszę powietrzem, którego przed chwilą tyle wciągnęłam do płuc. Rozszerzam oczy, przestaję chlapać wodę.
- Chyba sobie jaja robisz. Nie mam zamiaru, to nie zbyt kusząca propozycja. - Uśmiecham sie złośliwie.
- Kusząca... Hm, nie wiedziałem, że moje propozycje są kuszące. - On również się uśmiecha.
- Och, pacanie mówię właśnie, że nie są. Nie zrezygnuję z dopiekania ci i nie myśl sobie, że ten czas spędzony tutaj coś między nami zmienia. Wszystko jest jak zawsze, ja ciebie nienawidzę, ty nienawidzisz mnie i jest fajnie. - Wracam do pluskania wody. 
- ... ciebie?
- Co? - Ups, nie słuchałam go przez chwilę, wyłączyłam się, a on zadaje mi pytanie. - Nie słuchałam przez chwilę. Powtórzysz? Zamyśliłam się.
<Azazel?>

wtorek, 24 lutego 2015

Od Katniss : Niedoszła zwierzyna

- Raz, dwa, trzy, cztery, raz, dwa... - liczyłam pod nosem rytm kroków. Wszelkie wilki jakie spotykałam do tej pory uznawały to za nonsens, ale ja wiem swoje. Liczenie kroków pomaga panować nad oddechem: wdycham na jeden, trzymam przez kolejny krok i wydycham. Większość nawet po wyjaśnieniach nie rozumie takiej idei. Gdyby czuli krążenie własnej krwi tak jak ja mieli by zdecydowanie inne zdanie.
W końcu jednak zdyszałam się nieco i trzeba było odpocząć. Nagle do moich wyczulonych uszu dotarł szum wodospadu. Nie byle jakiego. Huk jaki powodowały kaskady wody wskazywał, że jest on monstrualnych rozmiarów. Cała podekscytowana zobaczeniem takiego potwora ruszyłam w stronę dźwięku. Aż rozchyliłam pyszczek widząc wodospad. Był po prostu piękny! Serce we mnie trzepotało na myśl o wspięciu się na szczyt.
Nagle przypomniałam sobie powód mojego przyjścia tutaj. Podeszłam do wody i usiadłam. Pochyliłam łeb ku powierzchni wody i po namyśle zanurzyłam w niej całą głowę. Trzymałam ją tak pół minuty, po czym wyjęłam ją, wzięłam głęboki oddech i wypiłam parę łyków. Nagle usłyszałam kroki na piaszczystym brzegu. Spojrzałam w bok i zamarłam. Do brzegu zbliżał się młody jeleń. Oblizałam się odruchowo. Zaczęłam się powoli skradać w kierunku nieświadomego zwierzęcia. To jednak niefortunnie spojrzało w moją stronę i zerwało się do ucieczki.
- Szlag by to! - zaklęłam i popędziłam za jelonkiem.
Szybki był, skubaniec, ale ja niewiele byłam od niego gorsza. Gdyby nie biegał zygzakami z łatwością bym go dogoniła. Pogoń skręciła do lasu. Jeleń był spanikowany. W jego ruchach zaczynało brakować tej płynności. Byłam już tak blisko, że musiałam uważać, by nie oberwać w łeb racicą. Niestety tak bardzo skupiłam się na zwierzynie, że gdy ta nagle uskoczyła w bok, by uniknąć jakiejś przeszkody nie zdążyłam wyhamować i wywaliłam się na czymś, czego tak zgrabnie uniknął jelonek. Przez chwilę leżałam na grzbiecie niepewna co się właściwie stało.
- Rany, co ten świat tak wiruje... - wymamrotałam rozglądając się nieprzytomnie.
- Auć... - obejrzałam się w stronę źródła głosu.
Na ziemi leżał niebiesko biały basior. Dotarło do mnie czym w rzeczywistości była owa przeszkoda. Zerwałam się na równe nogi.
- O bogowie! Nic ci nie jest? - zapytałam i podbiegłam pomóc wilkowi wstać.

Viento? Przepraszam za długość, ale mam problemy z netem ;-;

Od Sherany ( CD. Tadashiego ) : O bogowie !

Nie wierzę, że nic takiego się między nimi nie stało ale skoro nie chcą mówić, to znaczy że nie należy się wtrącać i tyle. Chris zapewne też nie jest przekonany słowami białego ale nich im będzie. Zerkam tylko na mojego nowego znajomka, wzruszam barkami i wracam wzrokiem na swoje łapy.
Zachowanie Azy owszem, wyprowadziło mnie z równowagi ale staram się nie spierniczyć tego, co zrobiłam razem z Dashim przez całe przedpołudnie.
- A więc... Dogadaliście się? - pytam Chrisa, wskazując na niego i Azę.
- Pfffffft, co to za pytanie? Jasne, ze tak. - Chris się uśmiecha i zerka przelotnie na Azazela. Ten odpowiada mu nieokreślonym uśmiechem.
- No bo widzisz, Sher, tak się złożyło że mamy z Chrisem wiele wspólnych tematów - mówi Aza.
- Tiaaaaa... Jadłeś już coś? - pytam Chrisa, jednak patrzę na Azę, zabijając go wzrokiem.
- W zasadzie to n... - zaczyna Aza, ale wtedy ja dodaję do swojego pytania.
- Chris?
- Co? Nie, jeszcze nie. A ty? - odzywa się skrzydlaty wilk. Aza marszczy nos w niezadowoleniu, na co ja uśmiecham sę złośliwie pod nosem.
- Ja owszem. Pokazałam Tadashiemu moją specjalną metodę. Uwielbiam ją. A ty Dashi? Prawda, że wtedy wszystko jest prostsze?
- No, to fakt. To było świetne! Najpierw sparaliżowała sarnę tymi oparami a potem podeszła i dotknęła ją, i już! Śniadanie podano! - chwali Tadashi, patrząc z uśmiechem na Chrisa. Mój przyjaciel za to zerka co chwilę na mnie i na rozmówcę szukając na moim pysku potwierdzenia. Ja natomiast kiwam głową z szerokim uśmiechem.
- Dobra, wiecie co? Nie wiem jak wy, ale się muszę chyba przejść, nie lubię tak leżeć cały dzień. Na razie! - mówię, podnosząc się z trawy. - Oj, chyba trochę popsułam zieleninkę - dodaję ciszej patrząc na trawę wokół siebie i drzewo, a potem po prostu odchodzę od wilków kierując się brzegiem Riyomy. Idę spokojnie, patrząc na wszystko dookoła i myślę.
Zel myślał pewnie, że się znów wścieknę ale teraz widzę, że jemu to po prostu sprawia przyjemność. Oj, wolałby mnie tak na serio nie wkurzyć. To mogę zagwarantować. Nie dam się tak łatwo sprowokować. Nie mówię też, rzecz jasna, że nie mam zamiaru się w ogóle wściekać no bo jak się nie wściekać kiedy otaczają mnie tacy... wkurzający faceci?! Ale nie będę reagować na te jego wybryki se szturchaniem.
~~Serio? Zamierzasz go spławić?~~ Drew znów się pojawiła.
- Owszem, czemu nie?
~~ Bo jest fajny! To by na prawdę było ciekawe, jakbyście się w sobie teraz zaczęli zakochiwać i w ogóle. Awwwwww, no proszę, zrób to! Powiedz, że ci się podoba!
- Co?! Nie, Drew, do cholery, nie! On jest egoistycznym draniem, który uważa, że może wszystko bo jakimś sposobem on może mnie dotknąć!
~~ No właśnie! On może... Może sprawić, że będziesz szczęśliwa.
- Jestem szczęśliwa, mając to, co mam teraz. Nawet jeśli Aza też się do tego załapuje, jestem szczęśliwa, że mam tą watahę, mam Chrisa i Tadashiego, Mary też w jakiś sposób jest mi bliska i mimo że za wiele się nie widujemy i w ogóle to ona daje mi w jakiś sposób to... poczucie, że nie jestem sama, tak? Że nie jestem taka do końca inna niż zawsze mi się wydawało! Że może jest na tym świecie przynajmniej jedna wadera choć trochę do mnie podobna! Viento jest tym... czymś, co nas skleja tak? On nas trzyma w fasonie. Rei... jeszcze nie odkryłam jego funkcji ale założę się, że też znaczy coś ważnego w tej watasze. Nikt nie trafia tutaj przez przypadek. Nawet Aza jest... No, muszę to przyznać, bez niego mogłoby, podkreślam, mogłoby być mi nudno, tak? Dopiero teraz mam Chrisa, a wcześniej? Czy zaprzyjaźniłabym się z Tadashim gdyby nie Aza? Dashi by tu trafił? Nie wiadomo. Może nie czułby, że powinien w jakiś sposób usprawiedliwiać przede mną zachowanie brata i po prostu trzymałby się ode mnie z daleka, jak każdy. - Siadam kończąc ten wykład dla Drew i wpatruje się w swoje odbicie w wodzie. Nieeeeeeeeee, to nie dla mnie. Kładę się więc na grzbiecie i wsuwam końcówki łap do wody nad głową. Pluskam łapami wodę i dyndam tylnymi łapami w trawie, chichocząc cicho, bo to łaskocze. I wtedy obok mnie pada cień. Cień, który nie ma skrzydeł więc to nie Chris. Ten cień, nie należy również do Tadashiego, bo ogon jest zbyt puszysty jak na białego wilka. Viento jest przecież u siebie, bo mówił nam, że załatwia coś z Reiem, chyba stanowisko. Ten cień, jest również zbyt duży jak na Mary. A po zapachu czuję, że cień należy do kogoś od nas, więc jest tylko jedna możliwość.
Azazel.

Aza? Czego chcesz tym razem? XD 

poniedziałek, 23 lutego 2015

Nowa wadera - Katniss



Imię: Katniss (dla przyjaciół Kat lub Kania)
Płeć: Wadera
Wiek: 3 lata
Partner: Oj tam, powiedzmy szczerze, że szuka, ale nie nachalnie
Rodzina: Ta banda tumanów z południa?
Stanowisko: Tropiciel
Wykształcenie: Zdecydowanie łowieckie. Choć zna się odrobinę na magii.
Charakter: Do łagodnych panienek zdecydowanie nie należy. Kat jest dość...nietypowa. Zamiast pogadanek z wilkami woli słuchać szumu wody w rzekach i wodospadach, szelestu liści, a bywa, że gada do drzew. Troszczy się o swoich przyjaciół i bliskich, natomiast siebie samą zaniedbuje. Stara się być w jak najlepszej formie, dlatego często można ją spotkać biegającą sprintem po lesie czy przepływającą jeziorka i stawy. Kocha skoki adrenaliny. Szybko można ją polubić (o ile ona pierwsze polubi ciebie). Należy niestety do osób, które zbyt szybko oceniają wilki. Jeśli na pierwszym spotkaniu z nią zrobisz jakieś głupstwo i zrazisz ją do siebie, to w przyszłości nie możesz liczyć na pełną akceptację. Przezwisko ,,Kania" nie wzięło się znikąd - Katniss jest niczym drapieżny ptak: szybka, cicha i niemal zawsze bezbłędnie trafia w zamierzony cel. Można znaleźć w niej wartościowego sojusznika i dobrą, oddaną przyjaciółkę.
Historia: Urodziła się w dobrze poukładanej watasze...No cóż, do pewnego momentu. Kat od zawsze wyróżniała się z tłumu. Nie chodzi tu o upodobania czy nawet wygląd. Ona po prostu była INNA. W jej watasze nie akceptowano magii. Wszystkie należące do niej wilki miały ,,czystą" i ,,niemagiczną" krew. Dlatego też gdy Katniss odkryła swoje magiczne zdolności wszystkie oczy skierowane były na samotną matkę waderki. Wszyscy pamiętali, ile kłopotów sprawiał jej partner, zanim został wygnany. Nikt nie podejrzewał, że ten włóczykij był zdolnym magiem. Wygnano go z zupełnie innego powodu, kiedy to jego partnerka była już w ciąży. Teraz wadera miała na głowie pyskatą wilczycę nienawidzącą porządku, który tak uwielbiała reszta wilków. Początkowo ignorowano jej wygłupy. Powtarzano, że to jeszcze szczeniak i że pod okiem matki wyjdzie na prostą. Kłopoty zaczęły się, gdy inne szczenięta szły w ślady buntowniczki. Zaczęły się kary. Później groźby. W końcu Alfa zwrócił się do matki wadery, że jeśli chce dalej należeć do watahy, to powinna przypomnieć córce surowe reguły. No i wtedy życie waderki stało się koszmarem. Lekcje, etykieta, historia, maniery i tak dalej. Katniss przebolałaby wszystko, gdyby nie ograniczenie wolności. Nie mogła opuszczać jaskini bez nadzoru matki. W końcu wywiązała się z tego ostra kłótnia między waderami, aż młodsza oznajmiła, że się wyprowadza. Półtora roczną wilczycę nikt nie próbował powstrzymywać. Dopiero później jej matka zatęskniła za nią, która mimo, że pyskata i denerwująca nadal była przecież jej córką.
Kat jednak ani myślała wracać na południe. Problem polegał na tym, że nic nie umiała. Bała się przyrody i wszystkiego, co żywe, bo do tej pory nikt jej nawet rozróżniać jadalnych roślin nie nauczył. Na szczęście odnalazła ją wędrowna wataha. Wilki w niej posiadały dary magiczne związane z naturą i ziemią. Przyjęli Katniss, która szybko podbiła ich serca. Nauczyli ją wszystkiego, co wie do dzisiaj. Ponieważ wszystkie wilki w tej watasze posiadały imiona związane ze zwierzętami młodej tropicielce również takowe nadano: Kania. Wadera świetnie czuła się w towarzystwie podobnych sobie buntowników o podobnej przeszłości. Jednak gdy ukończyła trzy lata zdecydowała się odejść i spróbować w miarę ustatkowanego życia. Niedługo potem trafiła nad gigantyczny wodospad, a potem to już chyba wiadomo.
Żywioł: Natura
Moce: Panowanie nad roślinami (w lekkim stopniu), wadera potrafi kontrolować swoje ciało lepiej niż inne wilki (np. potrafi zwężać i rozszerzać źrenice według własnej woli, dzięki czemu nie oślepia ją słońce i widzi w ciemnościach), ma dodatkowo o wiele lepiej wyczulone zmysły
Głos: Elen Levon - Wild Child
Właściciel: NyanCat^._.^~

Od Tadashiego ( CD. Sherany ) : Cisza przed burzą

- Nad sensem życia - palnąłem sarkastycznie.
- Ej, co to niby miało być? - Sher udała teatralnie oburzenie wywołując u mnie napad śmiechu.
- Głupie pytanie i głupia odpowiedź - uśmiechnąłem się szelmowsko. - A tak na serio to zastanawiam się co robi Aza.
- Proszę cię! Od rozmów na jego temat mnie mdli, a dopiero co zjadłam porządne śniadanie - odpowiedziała wadera.
I właśnie wtedy niespodziewanie dosiadł się do nas - niestety - Azazel...i Chris?!
- Wzywałaś księżniczko? - powiedział złośliwie.
- Cześć Chochliku - rzucił przyjacielsko Chris i usiadł obok mnie. - Ty jesteś Tadashi, prawda?
- We własnej osobie! - odparłem i uśmiechnąłem się szczerze do Chrisa. Do Azy już mniej. - Co to, poprawił ci się humor?
- A wiesz, że nawet bardzo? - basior uśmiechnął się kpiąco. - Spotkałem w lesie Chrisa. Pogadaliśmy i muszę ci przyznać rację, Sher, że to całkiem spoko gość - tu Aza popełnił prawdopodobnie kolejny życiowy błąd.
Szturchnął łapą Sher przyjacielsko w bark.
Powieka wadery zaczęła niebezpiecznie drgać. Chris to zauważył i przestał się uśmiechać, podobnie jak ja. Azazel natomiast uśmiechał się bezczelnie. Pewny, że wilczyca znowu wybuchnie rzuciłem szybko do brata:
- Az, mogę cię prosić na słówko?
- Naturalnie braciszku - odpowiedział i ruszyliśmy w kierunku drzew.
Gdy odeszliśmy na tyle daleko, że pod wodospadem nie mogli nas usłyszeć wypaliłem wkurzony:
- Zwariowałeś?! Od rana próbuję poprawić jej humor, a ty wszystko psujesz!
- A od kiedy to jej humor jest ważniejszy od mojego? - Aza dalej uśmiechał się bezczelnie.
- Odkąd stałeś się egoistycznym tępakiem dbającym o własny zad!
- Lepiej to odszczekaj - warknął basior.
- Bo niby co?
- Bo nie jestem pewny co do twojej odporności na ogień...
- A proszę bardzo! Ciekawe czy zdążysz mi przypalić chociaż czubek ogona!
Aza położył uszy po sobie i zaczął warczeć. Odpowiedziałem tym samym. Tym razem nie będę przed nim podkulać ogona. Może i jestem młodszy i generalnie słabszy, ale i tak nie będę mu znowu ulegać.
Basior jednak nie zaatakował. Dalej mierzył mnie wzrokiem godnym bazyliszka, ale nie warczał już.
- Dobrze. Niech ci będzie - odpowiedział w końcu. - Lepiej do nich wracajmy, bo jeszcze zaczną nas szukać.
Ruszyłem więc za nim, nadal nabuzowany podobnie jak i on. Gdy wyszliśmy spomiędzy drzew Chris i Sher wyglądali na zaskoczonych naszą postawą. Usiedliśmy naprzeciwko siebie.
- Coś się stało? Dashi? Zel? - spytała wadera.
- Wszystko w porządku - odparłem, ale śmiertelny aczkolwiek udawany spokój na pewno nie przekonał ani jej, ani Chrisa.

Sher? Chris? Kolejna kłótnia może nastąpić nie z tej strony, z której się spodziewaliśmy...

Od Azazela ( CD. Chrisa ) : Nie oceniaj książki po okładce

- Ty jesteś Chris? - zapytałem.
- Taaak...Skąd wiesz? - odpowiedział niepewnie nowy.
- Sherany mówiła o tobie mnie i mojemu bratu. Strasznie cię chwali.
- Na serio? - Chris uśmiechnął się i usiadł naprzeciwko. - Z tego co dzisiaj rano słyszałem raczej się nie dogadujecie...
Policzyłem w myślach do dziesięciu, żeby znowu nie wybuchnąć.
- Bywa - odparłem. - Nie wiem jak Tadashi się z nią dogaduje...zwłaszcza po pierwszym wrażeniu jakie zrobił na Sher...
- A co się wtedy stało? - spytał zaciekawiony Chris.
- Tadashi wypaplał przed nią jej przeszłość, a Chochlik...cóż, nie przyjęła tego dobrze. Nie wiedziała o zdolnościach mojego brata i jako odwet sparaliżowała go na jakieś...dwie godziny?
- Grubo. Dobrze, że go nie zamordowała - powiedział nieco rozbawiony basior.
- Jeśli kogoś chciałaby zamordować, to na pewno nie Tadashiego - uśmiechnąłem się. - Pewnie spaliłaby mnie żywcem...gdyby mogła.
- A nie może? Wspominała mi o tym swoim ,,śmiertelnym dotyku". Nie boisz się tak z nią kłócić jak dzisiaj rano?
Uśmiechnąłem się na wspomnienie oburzenia Sherany podczas naszego pierwszego spotkania.
- Nawet gdyby chciała - odparłem. - Jestem jakimś cudem odporny na tą jej umiejętność.
Chris gwizdnął z podziwem.
- To już chyba mniej więcej wiem o co chodzi - powiedział. - Dziwne, nie powinna się cieszyć, że jest osoba, o którą nie musi się tak obawiać?
- Proszę cię, bo zaraz ze śmiechu pęknę - parsknąłem śmiechem. - Założę się, że gdyby mogła to przekazałaby tę odporność komukolwiek innemu - wstałem, a Chris ze zdziwieniem spojrzał na wypaloną pod moim łapami trawę. - Wiesz co? Nawet mi się humor poprawił. Wracamy do wodospadu?
- Pewnie - Chris wstał i ruszyliśmy ścieżką powrotną.
Gadaliśmy sobie w najlepsze. Opowiadaliśmy sobie na zmianę swoje przygody z naszych poprzednich watah. Gdy dotarliśmy do Szafirowego Wodospadu zauważyłem Sher pod tym samym drzewem, pod którym leżała rano. Dopiero po chwili zauważyłem Tadashiego naprzeciw niej. Wyglądali jakby się świetnie bawili. Uśmiech od razu mi zrzedł. Chris od razu to zauważył i przerwał swoją wypowiedź.
- Coś nie tak? - spytał.
- Skądże - odpowiedziałem. - Hej, patrz! Tam jest Tadashi i Sher. Może się do nich dosiądziemy? - zaproponowałem.
- Pewnie! - basior uśmiechnął się i podeszliśmy do rozmawiających wilków.

Częściowy ciąg dalszy w opku Tadashiego ^^

niedziela, 22 lutego 2015

Od Sherany ( CD. Tadashiego ) : Nowe odkrycia

- A może jest zazdrosny? - rzuca Tadashi. Nie zdążam go za to zbesztać, bo wyprzedza mnie Drew.
~~ Tak, tak. Biały może mieć racje. Fajnie by było co? Taka nienawiść przeradzająca się w miłość... Tak, trzymam za was kciuki!
~~ Daruj sobie. Moją jedyną miłością jest ironia, wodospady i...~~ przerywam przerażona tą myślą.
~~ No, dokończ!
~~ O cholercia! Ogień!
No nie! Bez jaj. Czyli że to niby dlatego nie zabiłam Azy? Bo tak bardzo lubię ogień a on jest praktycznie nim... wypełniony? O rany! Myśląc o tym, prawie zapominam o obecność białego wilka kulącego się koło mnie ze strachu przed moją reakcją na jego słowa. To śmieszne! Jestem o pół głowy niższa od niego, zdecydowanie chudsza... Nie mówię, że Dashi jest gruby, to ja jestem sucha jak kostka. A to on tak się mnie boi! Ha! Nieźle. Gdyby tak jeszcze jedna osoba miała do mnie takie same odczucia...
- Zazdrosny mówisz? Wątpię. On mnie ledwie znosi. Z resztą, z wzajemnością - odpowiadam kręcąc lekko głową. - Ale wiesz... Może on po prostu nie znosi jak ktoś się z nim spiera. Znaczy, nie zgadza się z tym, co on sam mówi. Nie uważasz?
- Tia... - mruczy niezbyt przekonany do mojej teorii Tadashi. Wywracam oczami i staję na równe łapy. Tadashi spogląda na mnie niepewnie i również się podnosi.
- Gdzie idziesz? - pyta, kiedy robię dwa kroki w stronę lasu.
- Na... śniadanie. - Uśmiecham się szeroko. A jednak coś może naprawić mój humor i wyraźnie tym czymś jest Tadashi. Dashi, szykuj się na to, że tak już zostanie!, myślę ze śmiechem.
- A nie na polowanie? Co niby? Znalazłaś czyjąś spiżarnie? - dopytuje z uniesioną brwią biały wilk.
- Nie. Ale jak pytasz, to powiem ci, że ja w zasadzie jestem taką chodząca spiżarnią. - Szczerzę się i robię kolejne kilka kroków.
- Fuuuuuuuuuuj! Zamierzasz mi wyrzygać żarcie do pyska?! - Tadashi z obrzydzeniem podnosi jedną łapę i krzywi się okropnie.
Wybucham śmiechem na chwilę, a potem trochę się opanowuję.
- Nie głupku! Ale jak chcesz, to mogę ci pokazać mój specjalny sposób na szybkie śniadanko, czy co tam się umyśli.
- Aaaaaa... Ok. - Dashi wzrusza ramionami i truchtamy do lasu.
Tam odstawiam taki sam pokaz jak przy Vienciaku, tyle że tym razem sama podchodzę do sarny i po prostu jej dotykam. Po minucie mięsko jest gotowe do spożycia.
- No na co czekasz? Chodź tu bo wystygnie! - krzyczę do schowanego za krzakiem białego wilka. Kiedy on się wychyla widzę jego pełną zdziwienia i zafascynowania minę. Uśmiecham się szelmowsko i zatapiam kiełki w podbrzuszu nieszczęsnej sarniny. Po minucie dołącza do mnie biały wilk i razem pałaszujemy mięsko.
Jakiś czas potem wracamy uśmiechnięci i rozbawieni jakimś głupstwem Tadashiego. I wszystko byłoby po staremu gdyby nie widok Vienta i jakiegoś innego białego wilka. Spoglądam na mojego kumpla ale on jest równie zaskoczony co ja.
- Idziemy? - pytam, wskazując łapą nowego. Tadashi potwierdza kiwnięciem, więc podchodzimy do białego i Vienta.
- O, a to są właśnie Sher i Tadashi - mówi Viento z uśmiechem. - To jest Rei, nasz nowy członek watahy.
- Siemasz Rei, jestem Sher. Ewentualnie Chochlik. - Uśmiecham się szelmowsko.
- Hej. - Wyciąga łapę. Zerkam na Viento pytając niemo czy nowy wie o moich zdolnościach. Jednak Alfa zaprzecza ruchem głowy. Wracam wzrokiem do nowego.
- Rei, ja nie... Nie mogę nikogo dotykać. Absolutnie, za żadne skarby nie znajduj się w moim polu ruchu nie uprzedzając mnie o tym wcześniej, ok? Chyba że zechcesz popełnić samobójstwo. - Szczerzę się ponownie i odchodzę w wypalone przeze mnie wcześniej miejsce. Padam na trawę z głośnym łupnięciem. Dashi jeszcze chwilę gada z Alfą i Reiem, po czym przydreptuje do mnie i znów się kładzie, jak wcześniej. Nawet gapi się tak samo.
- Co znowu? - pytam, podnosząc głowę z łap.
- Nic, tak tylko się zastanawiam...
- Nad? - Unoszę brwi do góry wyczekująco.

Tadashi, myślicielu? 

Od Chrisa ( CD. Vienta ) : To dopiero początek

Po tym jak ta mała wkurzająca acz ciekawa waderka sprowadziła mnie pod wodospad, zostałem przyjęty do watahy. Ciekawiło mnie kogo spotkam, co się będzie działo, jak będzie wyglądać teraz moje życie. No, niby wcześniej należałem do watahy ale to było co innego więc... No, okaże się.
Viento zabrał mnie na obchód, jednak za nim oddaliliśmy się wystarczająco, usłyszałem niezbyt mile zapowiadającą się rozmowę Sher z innym wilkiem. Ciekawe tylko o co poszło? Kiedy więc Viento zamilkł przy temacie jego pochodzenia uznałem, że dobrze będzie zmienić temat właśnie na członków watahy.
- Ok, am, mam prośbę - powiedziałem z delikatnym uśmiechem.
- Wal - odparł Viento.
- Opowiesz mi o członkach watahy? Wiesz, żebym nie palnął czegoś przy jakiejś ciekawej osóbce - zaśmiałem się. Viento spojrzał na mnie.
- Mówisz o Sher? No tak, z nią musisz uważać.
- Nie... znaczy, wydaje mi się że z nią się dogadam. Tylko resztę jakbyś mógł mi jakoś streścić.
- Ach, okey. No to tak... Oprócz mnie i Sher jest jeszcze Azazel, Tadashi i Mary. Azazel jest trudny jeśli chodzi o kontakty, ale jak z nim nie zadrzesz, to będzie ok. Po prostu uzna, że nie jesteś godzien jego uwagi - zażartował Alfa. Uśmiechnąłem się trochę nieprzytomnie.
- Czy to znaczy, że Sher z nim zadarła? - zapytałem, niekoniecznie świadomie, że zrobiłem to na głos. Zorientowałem się dopiero, kiedy Viento i odpowiedział.
- Nie wiem co między nimi zaszło, ale poznałem Chochlika w dzień po tym, jak ona spotkała Azę i Tadashiego, bo są braćmi tak w ogóle. I już wtedy nie pałała do nich uwielbieniem. Ale jak może zauważyłeś, Dashiego zaakceptowała, może nawet polubiła, ale jeśli chodzi o jego brata... No cóż, przynajmniej jedna sprzeczka dziennie, inaczej dzień jest zmarnowany. - Wilk uśmiechnął się trochę, ale zapatrzony był w swoje łapy. - Ale w zasadzie miało być o czymś innym. O Azie już się wyraziłem, więc teraz Tadashi. Aha, wspomnę tylko, że Aza ma jako żywioł ogień więc uważaj. Chociaż ty jako wodna duszyczka... A, zobaczymy. Wracając do białego z braci, Dashi jest raczej spokojny choć rozgadany i zabawny. Ale nie tak problematyczny jak jego brat. Jest naprawdę dobrym wilkiem. A jego żywiołem jest czas. Ma specyficzną umiejętność, więc nie złość się na niego kiedy zacznie wygadywać kawałki z twojej przeszłość, bo on nie ma nad tym kontroli. Mary... Jest cięta na wszystkich i wszystko. Raczej samotniczka ale zobaczymy jak to z nią będzie. Jej żywioły są związane z naturą. No, to wszyscy - zakończył Viento i odetchnął głęboko jakby stwierdził, że powiedział bardzo dużo, zbyt dużo. No cóż, każdy ma swoje dziwactwa.
- Ok, no zbyt dużo nas nie ma, ale może to się niedługo zmieni. - Uśmiechnąłem się szeroko, podziękowałem Alfie za oprowadzenie i spytałem, czy wracamy. On odparł, ze jeszcze pospaceruje, ja natomiast postanowiłem wrócić do watahy. Miałem nadzieję pogadać z Sher. Jednak kiedy dotarłem do Błędnej Ścieżki, bo postanowiłem głupi iść na skróty, a przynajmniej tak mi się wydawało, spotkałem nieszczęśliwie Azazela. Siedział na trawie i gapił się na swoje łapy. Zrobiłem kilka kroków w jego stronę, aż mnie wyczuł i uniósł łeb. Zmrużył oczy, kiedy ogarnął że to ja, a potem po prostu się na mnie gapił.
- Co ty tu robisz? - zapytał niezbyt przyjemnym tonem. Uniosłem brew w rozdrażnieniu i postawiłem jeszcze kilka kroków, aż byłem tylko pół metra od Azazela.
- Wracam nad wodospad. A ty, smutasie? - Uśmiechnąłem się krzywo. Lecz kiedy odpowiedzi nie otrzymałem, przeszedłem obok wilka i ruszyłem dalej. Jednak nie zrobiłem pięciu kroków kiedy Aza powiedział:
- Czekaj.

Azazel? Poważna męska rozmowa? XD 

Nowy basior- Rei


Iimie: Rei
Płeć:basior
Wiek: 3 lata
Partner:Heh, no szuka.
Rodzina: Może miał może nie miał, nie ważne. Nie patrzy wstecz.
Stanowisko: Medyk
Wykształcenie: Magiczne, zna wszystkie tajniki- Medyczne nie do końca, umie też doskonale łowić i Walczyć.
Charakter:Rei jest trochę nieśmiały, ale często tego nie widać. Jest urodzonym aktorem, ma ,,wiele twarzy’’. Lubi sprawiać ból innym, to dla niego jest czystą przyjemności ale bez obawy nie skrzywdzi ukochanej osoby. Wszystko go bawi, śmieje się zawsze, nie ważne gdzie i w jakiej sytuacji. W wypadkach gdy coś/ktoś sprawi mu ból też się śmieje. Dla Rei’a cierpienie innych i swoje, jest przyjemnością. Jest Masochisto-Sadystą. Nie jest romantykiem ale dla zabawy, łamie dziewczęce serca. Przez swoją przeszłość ma ,,ubytki’’ w psychice. Zdarza mu się wybuchnąć śmiechem w najmniej oczekiwanym momencie.
Historia: Nie pamiętam, pamiętać nie chcę.
Żywioł: śnieg, Życie.
Moce: Może dawać, lub odbierać życie poprzez dotyk, leczyć rany- w sposób który on je jakby zabiera- Może sprowadzać śnieżyce.
Głos:Out of Eden
Właściciel:Paula02‏

Od Tadashiego ( CD. Sherany )

Zrobiłem krok w stronę Sher.
- Przesadziłeś, Az - powiedziałem sucho i ruszyłem w stronę wadery. Azazel tylko burknął coś pod nosem i pobiegł w las. Wypalone na ziemi ślady świadczyły o tym, że wilk jest naprawdę nabuzowany.
I chyba nie tylko on. Trawa wokół zwiniętej w kłębek Sher była zwiędła. Na głowę spadł mi liść. Gdy popatrzyłem w górę zorientowałem się, że magia wilczycy działa również na drzewo, pod którym leżała.
Nie zastanawiając się długo położyłem się na ziemi i ułożywszy łeb na przednich łapach zacząłem wpatrywać się w pysk Sher. Ta na chwilę otworzyła oko, po czym skrzywiła się i jeszcze mocniej zacisnęła powieki. Nie odpuściłem. Po piętnastu minutach wadera znowu otworzyła oczy.
- Co ty robisz? - burknęła.
- Pomagam ci - odpowiedziałem.
- Niby jak?
- Jeśli będę się na ciebie gapił to będziesz denerwować się na mnie i zapomnisz co cię do tej pory wkurzało.
- To nie takie proste, Dashi - Sher uśmiechnęła się blado na chwilkę.
- Szkoda. Na Azę to zawsze działa.
- To może idź powkurzaj jego.
- Wolę nie ryzykować. Nie chcę zostać ofiarą całopalenia...
Sher parsknęła śmiechem. Chyba cieszyła się z tego jak bardzo wnerwiła Azazela.
- Dashi, a może ty mi wyjaśnisz ten incydent parę dni temu? - spytała. - Żaden wilk nie przeżył mojego dotyku, a akurat ten kretyn...bez obrazy.
- Bez obrazy - odparłem. - Ta twoja umiejętność jest związana z ogniem, tak?
- Po części.
- Ha, to jasne. Aza jest ognioodporny.
- No i co to ma do rzeczy? - wadera przewróciła oczami.
- To, że Az jest odporny na KAŻDY rodzaj ognia. Nawet magiczne płomienie nie zrobią mu krzywdy. Wiesz...zastanawiałem się też, czy to czasem także nie twoja sprawka...Wiesz, może mentalnie go do siebie dopuściłaś...
- Że co?!
- Już nic nie mówię! - odparłem szybko i zasłoniłem oczy łapami.
Sher westchnęła jakby pytała ,,Bogowie, dlaczego?!". Chyba już zresztą nie pierwszy raz.
- Uspokój się, Dashi - powiedziała. - Nie zamierzam cię paraliżować.
Odsłoniłem najpierw jedno a potem drugie oko. Przez chwilę leżeliśmy w ciszy. W końcu Chochlik mruknęła na wpół do siebie:
- Dlaczego Aza nie lubi Chrisa? Przecież go nawet nie zna.
- Azazel raczej rzadko nawiązuje przyjaźnie - odpowiedziałem.
- No w to uwierzę, ale wydaje mi się, że z Chrisem łatwo by się dogadał.
- A może jest zazdrosny? - rzuciłem i niemal natychmiast stwierdziłem, że to był zły pomysł.
Sher jednak nic nie powiedziała. Wydawało mi się, że słucha czegoś, albo kogoś, ale ja sam nic nie słyszałem. Przypomniałem sobie o Drew - ,,przyjaciółce" Chochlika. Gdy wadera skupiła się z powrotem na mnie nawet nie raczyła zbesztać głosu tak jak zwykle. Siedziała przez chwilę cicho, jakby się nad czymś zastanawiała.

Sher? Tylko mnie nie uduś...Tylko zrobisz Azazelowi przysługę...

sobota, 21 lutego 2015

Od Vienta

Tego dnia obudziłem się dość wcześnie.Słońce było ledwie widoczne ,jedynie żółto -pomarańczowa poświata na niebie wskazywała na to ,iż zaczął się nowy dzień.Pierwszym co zrobiłem była chłodna ,,kąpiel " w rzece.Później udałem się na polowanie.Niestety zamiast obfitego śniadania ,na który idealnie składałby się tłuściutki jeleń ,trafił mi się zwykły zając. Po niezbyt sytym posiłku powróciłem do jaskini.Zacząłem uporządkowywać sobie w głowie wydarzenia ostatniego tygodnia.Byłem tak pochłonięty myśleniem ,że aż w końcu zasnąłem.

Obudził mnie czyjś głos.
- Ekhem ,Viento ? Możesz na chwilę ?Sorry ,że tak wcześnie ,ale tak się składa ,że...Takie sprawy powinny być załatwiane od razu.
Wstałem i przeciągnąłem się.Szeroko ziewając wyszedłem z jaskini.Moim oczom ukazała się Sherany.
- Cześć Sher.O jakich sprawach mó...-dopiero teraz zauważyłem basiora stojącego obok niej. Domyśliłem się ,iż wilk ,którego przyprowadziła mi wadera chciałby dołączyć do naszej watahy -Aha.No tak ,fakt.To nie powinno czekać.Witam ,jestem Viento.Alfa Watahy Szafirowego Wodospadu.
- Siemaszka. Jestem Chris.Przyszedłem ,bo usłyszałem od tej tu małej wkurzającej -wskazał Sher - Że jest tu wataha ,no i chciałbym dołączyć.
- Pewnie ,zaraz ci wszystko pokażę -powiedziałem i zabrałem wilka na krótką wycieczkę rozeznawczą po terenach watahy.W tym samym czasie wypytałem go również o jego dotychczasowe życie.
-  A więc...mówisz ,że pochodzisz z watahy...jak ona się zwała ?
- Wolfs From The Water Forest -przypomniał basior.
Próbowałem jakoś nawiązać rozmowę z nowym członkiem watahy ,jednak nie udało mi się sklecić żadnego sensownego pytania.W dzieciństwie byłem odizolowany od rówieśników i nie byłem przyzwyczajony do nawiązywania nowych kontaktów.Poza tym nie lubiłem zbyt dużo mówić ,tym bardziej o sobie ,a temat mojej rodziny i pochodzenia był dla mnie bardzo drażliwy.
- Hmmm...a ty ? Skąd ty pochodzisz ?
No właśnie...Skąd ja pochodzę ? Ze wschodu...odpowiedź automatycznie pojawiła się w myślach ,jednak trudno mi było je wypowiedzieć.W końcu wziąłem głęboki wdech i powiedziałem :
- Ze...wschodu -przełknąłem ślinę -Mieszkałem...Wataha znajdowała się..- I chyba nadal znajduje - na górzystym terenie...I w ogóle niczego nam nie brakowało.
- To dlaczego teraz tam nie jesteś ? Zaatakowali was czy coś ?
- Nie...sam odszedłem.Postanowiłem się usamodzielnić i założyć watahę -wszystko co powiedziałem było prawdą.Nie była to jednak całkowita prawda...No ,ale cóż..prawda to prawda.


Chris ?


Od Sherany : Najpierw tak ,potem nie

Tak jak podejrzewałam ,gdy zbudziła mnie Mary, nie zasypiam już tej nocy. Kiedy ona kładzie się spokojnie niedaleko mnie, postanawiam wybrać się na spacer. Do świtu pozostało jeszcze ze dwie, trzy godziny więc mam czasu po dziurki w nosie.
Trawa jest przyjemnie zimna, bo przecież powietrze takie nieznośnie ciepłe. Dziwna noc. Gwiazd tyle, że ledwo widać tradycyjnie granatowy kolor nieba. Księżyc niestety gdzieś zniknął, a miałam nadzieję z nim pogadać. Tak wiem, brzmi to absurdalnie ale ja tak robiłam zawsze, gdy miałam jakiś problem. Ponieważ Drew się raczej do tego nie nadawała ze swoimi dziwnymi pomysłami na rozwiązywanie spraw. Toteż jestem nieco zawiedziona ale cóż. Idę więc szybkim krokiem nucąc melodię, którą usłyszałam dziś w głowie. W zasadzie słyszałam tę melodie już kilkakrotnie, kiedy śpiewała ją Drew ale zawsze gdy pytałam, co to jest, śmiała się i mówiła, że to znam i kiedyś sobie przypomnę. Taaaaaaaaaak, jak zwykle pomocna, nie? O czym to ja miałam myśleć? Co przemyśleć? A, tak. Coś, co wypierałam z myśli przez ostatnie godziny. Dotyk Azazela. Zadaję sobie podstawowe pytanie. Jak ten kretyn przeżył?! Parę wilków mnie już kiedyś dotknęło i ich kolejnym celem podróży był cmentarz. Nikomu nie udało się zobaczyć następnego wschodu lub zachodu słońca. A on, akurat ten wilk przeżył i... i co dalej w zasadzie?! Ta sytuacja jest dla mnie ciężka i niewygodna. Jestem zmieszana, naprawdę. To dziwne wiedzieć, że ktoś na tym świecie może mnie bez konsekwencji dotknąć a ja go nawet nie lubię. Toleruję jego obecność, co najwyżej. Rany, już wolałabym, żeby to był... no nie wiem, Tadashi. Albo... Viento też. Czy też Mary. No bez jaj, ona by mogła być spokojnie. Serio. Ale z drugiej strony to dziwne. Przecież Zel i Dashi są braćmi tak? Więc dlaczego tylko jeden jest taki... wyróżniony? Brrrrrrrrrrr, nie, nie sprawdzę tego. Nie mam zamiaru bardziej tego komplikować. Rany, dlaczego ja w ogóle poświęcam czas na myślenie o tym wilku?! Powinnam chyba znaleźć ten większy wodospad o którym mówił Viento. Jak poskaczę to oczyszczę trochę głowę i jakoś to będzie. Kurde, jak nałogowiec. Ale cóż, taka jestem.
Pół godziny później docieram pod ten wodospad i czuję, że zaraz wybuchnę. Wodospad jest naprawdę ogromny. Cała się trzęsę i podskakuję nerwowo obserwując wodę spadającą na dół i rozpryskującą się na dole. Naprawdę, coś niesamowitego. Dlatego też nie wytrzymuję i nie wchodzę na górę tylko tam wlatuję.
Stojąc na szczycie rozglądam się i widzę czubek Szafirowego Wodospadu. Widzę śpiącą tam Mary. Spoglądam trochę w prawo i ukazuje mi się jakiś zalesiony teren. Ciekawe co to... Ale na razie... Mam ten wodospad. Patrzę na dół. Pięknie, szum wody jest strasznie głośny. Nawet jak się udrę, to nikt nie usłyszy więc mogę wrzeszczeć ile wlezie. I w to mi graj! Rozpędzam się i z uśmiechem przylepionym do pyska rzucam się w toń. Lecę a wiatr wyciska mi łzy. Woda przyjemnie pryska na boki. Jest ciepła, nie bardzo ale przyjemnie choć w porównaniu z powietrzem, to przydałaby się zimna ale cóż. I tak jest na prawdę cudownie. W końcu zmieszana woda na dole mnie dosięga, albo ja dosięgam jej i zamykam oczy. Szarpie mną mocno i w pewnym momencie jestem zdezorientowana, bo nie wiem gdzie jest góra a gdzie dół ale nagle coś mnie wyrzuca w górę i wciągam potężny haust powietrza. Ląduję na trawie, tuż obok rzeki przyłączonej do wodospadu. Rozglądam się co też mnie tak wyrzuciło i widzę ciekawe, czarne oczy. Mrużę swoje i robię krok w stronę tajemniczych ślepi.
- Ładny skok, mała. Szkoda, że tak cię skotłowało - mówi głos, zapewne należący do posiadacza ślepi.
- Hm, każdego by skotłowało, mądralo. A poza tym, pokazałbyś się ,a nie tak z ciemności gadasz.
- Boisz się? Nie, nie wyczuwam tego. Ciekawość... i złość. To wyczuwam. Dobrze, skoro ci zależy... - mówi głos i pokazuje mi się. Widzę ciemnobrązowo - białego wilka z kolorową grzywką i ze skrzydłami. Jest ode mnie większy, ale co to za trudność być większym ode mnie?! Uśmiecha się kpiąco i mierzy mnie wzrokiem. - Jestem Chris. A ty, mała?
- Och, trochę się przeliczyłeś z tą "małą". Owszem, wielkością nie zabijam ale mam na to swoje sposoby. Uwierz mi na słowo. A na imię mam Sherany. Ale nie używaj go, jeśli nie chcesz zginąć - wyjaśniam i uśmiecham się szelmowsko. Chris robi kilka kroków w moją stronę i siada.
- A więc, jak mam do ciebie się zwracać?
- Sher. Albo Chochlik. Ale w zasadzie to nie wiem po co ci to mówię, skoro i tak nie... Albo czekaj... - Uśmiecham się złośliwie. - W zasadzie to... Należysz do watahy?
*** Ranek ***
Jestem z Chrisem w okolicach jaskiń. Zaproponowałam mu dołączenie do nas, a on się zgodził tylko musi jeszcze z Viento pogadać. Dlatego też podchodzimy pod jaskinię Alfy.
- Ekhem, Viento? Możesz na chwilę? Sorry, że tak wcześnie ale tak się składa, że... Takie sprawy powinny być załatwiane od razu - wołam wilka. Ten wychodzi po chwili ziewając jeszcze krótko i zerka na mnie zaspany.
- Cześć Sher. O jakich sprawach mó... - przerywa, zauważając Chrisa. - Aha. No tak, fakt. To nie powinno czekać. Witam, jestem Viento. Alfa Watahy Szafirowego Wodospadu.
- Siemaszka. Jestem Chris. Przyszedłem, bo usłyszałem od tej tu małej wkurzającej - Wskazuje na mnie. - Że jest tu wataha, no i chciałbym dołączyć.
- Pewnie, zaraz ci wszystko pokażę - mówi zadowolony Viento i zabiera nowego na spacer. Ja szczerzę się do nich, choć już mnie nie widzą. Ale jestem zadowolona. Pogadałam trochę z Chrisem i myślę, że zostaniemy kumplami. Jest naprawdę w porządku.
- Cześć Sher - słyszę obok.
- Hej, Dashi. Jak tam noc? Przeżyłeś? - pytam ze złośliwym uśmieszkiem.
- Oj. Czyli, że słyszałaś? Aza mnie zabije. Nie zrobił tego wczoraj ale teraz na pewno...
- Czego znowu nie zrobiłem? - słyszymy głos Zela. Wywracam oczami.
- Hm, nie zabiłeś wczoraj brata - odpowiadam. - Aha, chłopaki. Przyprowadziłam nowego. Nazywa się Chris i jest na prawdę fajny. Mam nadzieję, że go polubicie. - Czytaj: "Dashi, zaprzyjaźnij się z nim, Aza... Najlepiej zostaw go w spokoju, bo go zepsujesz".
- Fajny? Znaczy, że co? Lubisz go? - dopytuje Azazel, poruszając znacząco brwiami. - Nasza mała złośnica się zakochała?
- Och, zamknij mordę Aza. Nie zakochałam się, tylko zaprzyjaźniłam. Jest różnica.
- Chcesz żyć w friendzonie? Słyszałem, że to trudne.
- Słyszałeś czy doświadczyłeś?
- Ok, ja się chyba usunę z pola rażenia - wtrąca Tadashi i odchodzi zostawiając mnie i Azę samych sobie.
- Jesteś taka bezczelna! Ciekawe ile z tobą wytrzyma ten kolorowy. Powiedziałaś mu już o swojej niezwykłej zdolności, jakby to ująć, "śmiertelnego uścisku"?
- Owszem, i wiesz co? On mnie za to szanuje. Nie to co ty, dupku!
- Ja? Skąd wiesz co ja o tobie myślę?! Wiesz co, nie chce mi się z tobą gadać o tym kolorowym!
- On ma imię, Aza. Nazywa się Chris i jest po prostu ciekawy - syczę.
- Nie obchodzi mnie to! Założę się, że za miesiąc będzie cię olewał jak każdy!
- Uch! Mam cię dość! Nie będę się z tobą użerać całe życie! A miałam taki dobry humor! Wszystko zepsułeś!
- Tak? Masz na myśli to, że pozbawiłem cię twojego muru? Zburzyłem go, bo mogę cię dotknąć, tak? Za to mnie tak nienawidzisz?!
- Nie będę ci się zwierzać - kończę ten cudowny poranny dialog i odchodzę twardo. Dym spod łap sygnalizuje, że jestem mega wkurzona i kiedy kładę się pod drzewem, trawa pode mną od razu usycha. Nie wiem, czy coś mi jeszcze dzisiaj poprawi nastrój.
Tadahi zerka na mnie, na Azę i w końcu robi krok w moją stronę.

Tadashi? Jesteś pewny, że chcesz gadać z chodzącą chęcią mordu ?

Nowy basior - Chris




Imię: Chris
Płeć: basior
Wiek: 3 lata
Partner: Szuka wadery, którą będzie interesowało coś więcej niż tylko jej wygląd itp.
Rodzina: Została w dawnym domu
Stanowisko: Akolita
Wykształcenie: Medyczne, zdecydowanie
Charakter: Ja... Uwielbiam gadać! Po prostu nie wytrzymuję jak jest cisza. Co nie znaczy, że jestem jakimś głupkiem czy czymś takim. Często używam ironii i sarkazmu, moje słowa nimi ociekają. Zazwyczaj chodzę wyszczerzony i raczej rzadko się smucę ale mam takie dni w których samotność to mój jedyny towarzysz. Z odwagą u mnie całkiem nieźle, ale nie jestem jakimś brawurowym patafianem, który zrobi wszystko dla innych. Nieeeeee... Nie dbam zbytnio o innych, chyba że to moi przyjaciele lub rodzina, wtedy tak. Romantykiem na pewno nie jestem ale lubię czasem podokuczać samicom. Często miewam szalone pomysły, które nie zawsze kończą się tak, jakbym chciał ale trudno! Nie dbam o wygląd zarówno swój, jak i samic więc automatycznie rzygam takimi, które nic innego nie robią tylko się przebierają, obgadują innych itp. Bardzo lubię przygody i szukam ich wszędzie. Typem grzecznym nie jestem na pewno więc nie oczekuj ode mnie dobrych manier. W kilku słowach: wyszczerzony łobuz szukający przygód!
Historia:
Jestem potomkiem jednej z bardziej znanych watah na ziemi - Wolfs From The Water Forest. Nazwa wzięła się stąd, że gdy tam dotarli moi przodkowie, było tam baaaardzo dużo wody i tylko trochę roślin. Potem poziom wody opadał, aż wyrównał się z zielskiem. Pozłaziło się trochę pragnących tlenu istot i dało się żyć.
Właśnie w takiej krainie się wychowałem. Byłem synem pary Delta, oprócz mnie byli jeszcze Darkness, Rolly, Skipper i Tresh - 4 młodsi bracia. Byli ode mnie o 1,5 roku młodsi. Nie przeszkadzało mi to. Opiekowałem się nimi i całą resztą dzieciaków z watahy, bo byłem pierwszym młodym. Nawet Alfy nie miały jeszcze młodych wilczków. Dużo trenowałem, uczyłem się i wykonywałem wszystkie swoje zadania, bo zawsze wiązały się z wyprawami.
Kiedy dorosłem, znaczy się miałem 2 lata rodzice powiedzieli, że chcą bym się ustatkował. To była nasza pierwsza kłótnia. No owszem, rozrabiałem i to często ale oni nigdy mnie nie karali. To była raczej wyluzowana wataha, nikt nie karał młodych za wybryki. Ale kiedy oświadczyli mi, że czas abym poszukał sobie narzeczonej bo tylko wtedy mogę zostać pełno prawym Deltą, wkurzyłem się. Trochę na nich nakrzyczałem, oni na mnie no i się wyniosłem. Najpierw zamieszkałem w zasadzie niedaleko i nadal uważali mnie za członka watahy. Jednak kiedy rodzice przyszli by się pogodzić, oznajmiłem im, że wyruszam szukać sobie miejsca gdzie indziej. Trochę pomarudzili, ale jak przyszła para Alfa i oni byli bardzo dumni z mojego pomysłu, rodzice się zgodzili, pożegnali się spokojnie i poprosili, żebym czasem wpadał. Niby powiedziałem, że tak tak, będę wpadał ale tak na prawdę nie miałem jako takiego zamiaru. Chciałem po prostu żyć na swoich zasadach.
Wędrowałem jakiś czas aż znalazłem ciekawe miejsce do zamieszkania. Nie widziałem żadnych wilków i w to mi graj! Wodospad gigantyczny, zieleniny po uszy, to samo ze zwierzyną. Wymarzony dom! Jednak pewnej nocy wracałem ze spaceru i zobaczyłem skaczącą z wodospadu małą śmieszną waderkę. Kiedy patrzyłem jak ją kotłowało w wodzie, postanowiłem ją wyciągnąć. Wyglądała na taką kruchą... Ale z drugiej strony po prostu mnie zaciekawiła. Nie była... przeciętna. To właśnie ona, Sherany sprowadziła mnie do Watahy Szafirowego Wodospadu.
Żywioł: Woda, Powietrze
Moce:
* Wodny bąbel - wytwarzam bąble wody, które w środku są wypełnione powietrzem, można wiec w nich trochę siedzieć jak ktoś pragnie samotności, są nie do przebicia
* Mokry wiatr - połączenie moich żywiołów, czyli wiatr, który moczy wszystkich i wszystko dookoła, nie widać tego ale po prostu sam podmuch sprawia, ze wszystko naokoło jest mokre
* Podmuch - potrafi przywołać wiatr i w pewnym sensie unosić się na podmuchu
Głos: Mark Ronson feat.Bruno Mars - Uptown Funk
Właściciel: keiraKD

piątek, 20 lutego 2015

Od Mary(CD. Sherany)

 Chociaż w mojej głowie powinny się teraz odbywać negocjacje pomiędzy prawą, a lewą półkulą mózgu, to i tak było w niej pusto. Tylko wesoła melodia naruszała ten błogi, nie skalany myślą spokój.
 Minęła dobra chwila zanim zorientowałam się, że podryguję lekko do tylko przeze mnie słyszanej muzyki, ku wyraźnemu rozbawieniu rozmówcy.
-Ups.-mruknęłam potrząsając głową.
Sher przekrzywiła głowę nie przestając się uśmiechać.
-To jak?-spytała.
Na chwilę się zamyśliłam. W mym umyśle zrobiło się bardzo głośno w porównaniu do tego co działo się tam chwilę temu. Dość trudno było zmusić trybiki do ruchu z prostego powodu-zmęczenia. Dziś cały dzień błąkałam się po Hiyomie.Głośno wypuściłam powietrze.
-Tia-powiedziałam.
Wadera uśmiechnęła się.
-Ale Vienciem pogadam jutro-dodałam-Teraz, za pozwoleniem, nieco się zdrzemnę.

 Ziewnęłam otwierając przy tym pysk tak szeroko, że aż mi coś strzyknęło w szczęce. Rozejrzałam się dookoła-słońce już wstało. Sher nie było w pobliżu. Wstałam i podeszłam do krawędzi wodospadu i spojrzałam w dół. Byli tam chyba wszyscy. Basior o imieniu Tadashi rozmawiał z mym niedoszłym kolegą, Viento. Tymczasem Chochlik był w trakcie agresywnej wymiany poglądów z czarnym dżentelmenem.
 Wciągnęłam do płuc świeże, lekko wilgotnawe powietrze przesiąknięte wonią intrygi, niezgody i czystego szczęścia emanującego właśnie ze mnie. Kłótnia Azazela z Sher dawała mi nikłą nadzieję na to, że nudzić mi się tu nie będzie.
 Ziewnęłam ponownie po czym skupiłam wole na podłożu. Kawał ziemi oddzielił się od ściany i zaczął powoli opuszczać się w dół po zboczu. Hałas temu towarzyszący zwrócił na mnie uwagę całego towarzystwa. Zeszłam powoli na stały grunt po czym odesłałam kawałeczek ziemi na swoje miejsce. Zainteresowanie Azazela trwało jednak krótko bo szybko powrócił do ,,rozmowy" ze wcale nie wzruszoną waderą.
 Podeszłam do Vienta.
-Witaj koleżko-wyciągnęłam ku niemu łapę-Podjęłam decyzję,
Ten obejrzał uważnie mą łapę po czym skinął głową.
-Ciesze się.
Jego ton wcale na to nie wskazywał, ale nie przejęłam się tym. Nikt nie musi mnie lubić, ani akceptować. Odsunęłam od niego łapę i zwróciłam się do wilka znanego mi jako Tadashi. Ukłoniłam się ironicznie.
-Mary, do usług.
Basior uśmiechnął się.
-Tadashi-powiedział-Również do usług.
-No to uroczo-puściłam mu oczko-I takie nastawienie mi się podoba.
Zerknęłam na przypatrującego mi się uważnie Viento. Zasalutowałam niedbale.
-No, to już nie przeszkadzam-dodałam.
 Podeszłam do jednego z drzew i położyłam się pod nim.
 Zapowiada się całkiem nieźle. Ciekawym doświadczeniem będzie dołączyć do jakiejś watahy z chęci, a nie konieczności wypełnienia umowy. Kiedy to ja ostatnio byłam w takiej sytuacji?Łoh...dawno. Będę musiała do tego przywyknąć. Swoje zachowanie też chyba powinnam odrobinę zmienić bo puki co zachowywałam się tak jak przy wilkach przypadkowo spotkanych na szlaku, z którymi nie spędzę wiele czasu.




czwartek, 19 lutego 2015

Od Sherany ( CD. Tadashiego ) : Modlitwy wysłuchane ?

Te bałwany wreszcie się zamykają. Zaciskam powieki mocniej i śmieję się pod nosem z tego, co mówił Dashi. On serio myśli, że Aza się we mnie zakochał?! Upadli na głowę. Obaj! Mam dość. Wszystkie myśli krążą wokół tej sprawy z Azazelem. Czemu to? A co jeśli... I tak dalej, i tak dalej. W końcu niewiadomym sposobem mój mózg się męczy i daje sobie spokój. Zasypiam.
Mój spokój nie trwa jednak długo, bo parę godzin później budzi mnie ciche pluskanie w wodzie tuż obok. Marszczę nos i zakrywam łapą pysk ale nic z tego. Nadal to słyszę. Wiem już, że nie zasnę więc poddaję się i otwieram oczy. Przez chwilę lustruję otoczenie ale nic nie zauważam.
- Czeeeeeeeeść - słyszę nagle. To nie jest głos, który znam. To jest głos... Wadera! Podskakuję szybko na łapy i odwracam się. Za mną stoi brązowo - biała wadera z brązową grzywką zakończoną żółtymi końcami. Uśmiecha się trochę złośliwie. Jest cała mokra i woda z jej futra skapuje na moje. Ale w tym momencie nic mnie to nie obchodzi.
- No hej! Och, matko kochana, dzięki! Jestem Sherany, ale mów mi Sher czy też Chochlik. A teraz, proszę, powiedz że się zgadzasz! - mówię szybko z szerokim uśmiechem.
- Em, no nie wiem. A o co chodzi? Jestem Mary.
- Och, no tak! A więc... Tutaj jest wataha i...
- Nie.
- Oj, weź. Jest fajnie. Znaczy będzie, jak dołączysz. Patrz - mówię. - Tam na dole są trzy basiory. Viento, czyli Alfa oraz Azazel i Tadashi, bracia. Aza jest głupi, Dashi jest ok. Chodzi o to, że jestem sama, w sensie mam dość facetów na jakiś czas. Wataha się dopiero rozrasta, więc pomyślałam że może jednak się dołączysz. Tym bardziej, że coś mi się wydaje, że mamy ze sobą trochę wspólnego. - Kończę złośliwym uśmiechem i siadam. Wadera rozgląda się trochę ze skrzywioną miną, przypatruje mi się a potem wyciąga łapę, na co ja odskakuję z bladym uśmiechem.
- Nie dotykaj mnie. Chyba, że chcesz zakończyć swój żywot - ostrzegam. Mary patrzy na mnie zaciekawiona.
- Co proszę? Zginę, jak cię dotknę? - dopytuje, chowając łapę.
- Mhm. Dlatego nigdy nie zbliżaj się zbytnio.
- Aaa... Ok. Em, mówisz że ty też nie lubisz jak ktoś jest zbyt blisko? Fakt, trochę wspólnego mamy. Ale zapytam jeszcze... Co jest twoim żywiołem? Bo szczerze mówiąc, zaciekawiłaś mnie trochę. A wiesz, mało rzeczy zwraca moją uwagę tak bardzo, bym się tym zajmowała.
- Ech, powiem ci, ale jak ty dołączysz. Nie mam w zwyczaju wyjawiać takich spraw wilkom z którymi nie będę mieć nic wspólnego.
Mary zdaje się nieco zaskoczona tym stwierdzeniem ale możliwe, że nie przywykła do tego, by jej odmawiać. No cóż, jak zostanie, to się zdziwi, chyba ,że się polubimy. Nie mówię o przyjaźni od razu, bo do tego to ja też się zbytnio nie nadaję, tym bardziej z waderami ale wydaje mi się, ze Mary nie jest taką stereotypową wilczycą. Dlatego też byłoby miło mieć ją "w drużynie".
Spoglądam na wodospad. Jest jeszcze ciemno przez co wygląda on mrocznie, ale woda wcale nie jest taka totalnie ciemna. Przez swój codzienny kolor teraz wydaje się bardziej świecić. Uśmiecham się pod nosem na myśl o tym, że gdyby nie Mary pewnie bym tego nie zauważyła. Kolejny powód, dla którego już ją lubię. Ale ciekawi mnie co ona myśli o tym wszystkim. Wyleciałam z tym pomysłem tak nagle... Może nie trzeba było. Ale jest środek nocy, ja jestem po ciężkim dniu i mój mózg nie pracuje tak jak powinien.

Mary? To jak będzie?

środa, 18 lutego 2015

Od Tadashiego ( CD. Sherany ) : Z bratem nie gadaj o babach

Azazel po chwili spojrzał w górę i uśmiechnął się szelmowsko w stronę Sher. Nie widziałem jej odpowiedzi, ale na pewno nie należała do tych grzecznych. Viento skończył mi opowiadać o wodospadzie. Nagle przypomniałem sobie swoją wizję...
- Wiedziałeś, że w tym miejscu kiedyś żyły wielkie gady? - wypaliłem.
- Smoki? Skąd niby to wiesz?
- Nie, nie smoki. Te dziwne stwory nawet skrzydeł nie miały...
- Może to były w takim razie smoki z obciętymi skrzydłami? - dodał Azazel układając się wygodnie na ziemi. - Albo jakieś nieudane próby stworzenia smoków zesłane na ziemię?
- Od kiedy z ciebie taki teolog? - spytałem złośliwie. - Poniekąd jesteś ateistą.
- Bo jestem. Proszę cię Tadashi, próbuję z wami gadać o religii, a ty się droczysz - basior przewrócił oczami i położył łeb na łapach.
- Ja chyba pójdę w ślady Sher i się prześpię - postanowił Viento. - Dobranoc.
- Dobranoc! - odpowiedziałem wesoło.
Spojrzałem czujnie na Azę.
- A co ty taki nerwowy? - spytałem uśmiechając się złośliwie.
- Co? Ja? - wilk podniósł głowę.
- No a kto? Coś ty się nagle... - zmrużyłem oczy i uśmiechnąłem się jeszcze szerzej. - Podoba ci się.
- Co niby? - Azazel wstał i wolnym krokiem podszedł do mnie. Cofnąłem się poza jego zasięg.
- Nie co, tylko kto - brnąłem dalej mimo ostrzeżeń. - Podoba ci się...
- Zamknij pysk! - warknął Az.
- Gdyby ci się nie podobała to byś się tak nie zachowywał - zauważyłem. - W sumie to fajna byłaby z was para...Ciekawe jak szybko byście się pozabijali?
Azazel nie wytrzymał i skoczył w moim kierunku. Zgrabnie go wyminąłem i popędziłem w przeciwną stronę. Basior długo nie zostawał w tyle. Biegałem w tę i z powrotem przy wodospadzie, a Azazel zaraz za mną miotając przekleństwa i przypalając mi za jednym razem ogon. W końcu potknąłem się i brat przyszpilił mnie do ziemi.
- Co ty sobie wyobrażasz?! - warknął.
- Aza! No weź przestań, przecież to żaden wstyd... - zacząłem czując, że zaszedłem za daleko.
- MOŻECIE W KOŃCU ZAMKNĄĆ MORDY?! PRÓBUJĘ SPAĆ, BAŁWANY! - przerwał mi głos Sher.
- Wybacz! - zawołałem i stuliłem uszy.
Jeśli ona wszystko słyszała, to Azazel mnie zamorduje.
Brat warknął po raz kolejny i w końcu mnie puścił. Szybko odsunąłem się na bezpieczną odległość.

Chochliku? 

wtorek, 17 lutego 2015

Od Sherany ( CD. Azazela ) : Wieczorek towarzyski

- Ach, więc teraz chcesz ze mną gadać? - pytam, udając zdziwienie. - No cóż, powiem ci tylko, że Tadashi zabrnął za daleko z tymi wyznaniami, ale już mi to wyjaśnił. A ty nie powinieneś żyć ze względu na mój dar.
- Ach tak? To chyba ten twój dar jest słaby. Albo ci się baterie wyczerpują - odparowuje Aza. Wywracam oczami.
- Nie debilu. Po prostu... Ach, nie ważne. Nie powinieneś żyć i tyle. A jak chcesz wiedzieć więcej, to zapytaj swojego wszystko wiedzącego braciszka, on ci powie - odparowuję i wstaję. Aza podąża za mną wzrokiem i uśmiecha się pod nosem. Niech się cieszy póki może. Odkryję dlaczego mógł mnie dotknąć ten jeden jedyny raz i wszystko się wyjaśni.
~~ A może ty wcale nie chcesz żeby to się rozwiązało? Nie chciałaś nigdy być przytulona? On może to zrobić. Może spełnić twoje marzenia!
- Zamknij się. Nie jesteś mną, tylko jakimś pie*****ym wymysłem i tyle! - wrzeszczę, wskakując na pierwszy kamień drogi na szczyt wodospadu.
- A ona nie śpi w jaskini? - słyszę pytanie Tadashiego.
- Nie. Chciała tam - odpowiada Viento.
- Hym, ciekawe dlaczego? - mówi nieco podniesionym i rozbawionym głosem Azazel. Warczę cicho kierując lekko głowę w jego stronę i idę dalej. Muszę coś wymyślić. On się tym napawa, może mnie dotknąć jako jedyny wilk na ziemi ale... Ja wcale tego nie chcę! Znaczy, kiedyś pragnęłam ciepła innego wilka ale nie teraz. Wyleczyłam się z tego i jest mi z tym dobrze! Przynajmniej czuję się... silniejsza. A teraz co? Przyplątał się taki i nagle bum! "Cześć, jestem Azazel i, ojej, mogę cię dotknąć." Ha, bardzo śmieszne! Jeszcze jakbym go lubiła! A ja go nawet nie lubię! Ledwo toleruję tego królewicza. O rany, makabra! Makitromie, za co?! Dlaczego on? Ych...
Docieram na szczyt wodospadu i kładę się tuz przy krawędzi. Widzę jak Viento spokojnie opowiada Tadashiemu o watasze. Azazel przypatruje się im, po czym jakby wyczuł, ze się im przyglądam spogląda do góry i uśmiecha się szelmowsko. Przewracam oczami i pokazuję mu język po czym kładę głowę na łapach i odpływam w sen...

Azazel? Viento? Tadashi? A może Mery do nas dołączy?

poniedziałek, 16 lutego 2015

Od Azazela ( CD. Sherany ) :

- Już pędzę... - mruknąłem, mimo niechęci do Chochlika, wstając i podchodząc. Wadera została zmuszona do cofnięcia się, co dało mi niemałą satysfakcję. Obawiała się mnie. Nie tak, jak ofiara myśliwego. W porównaniu, to bardziej jak mangusta kobry: oba paskudztwa mogą się nawzajem wykończyć, a zwycięstwo zależeć może tylko od szczęścia. I dobrze wiedziała, że po próbce swoich możliwości JA również się jej obawiam.
W milczeniu zeszliśmy więc na posiłek w oddaleniu tak możliwym, na ile pozwalała dróżka. Zastanawiały mnie słowa wadery powiedziane wczoraj po tym, jak próbowałem ją obrócić za ramię. ,,Ty nie powinieneś żyć", czy coś w tym stylu...
Dotarliśmy na dół. Viento oczywiście na nas zaczekał, natomiast Tadashi zjadł już połowę swojej części. Wzięliśmy więc swoje porcje i przez jakiś czas trwała cisza. Oczywiście dopóki Tadashi miał coś w pysku. Oczywiście skończył pierwszy i próbował zagadać Vienta:
- Tooo...od kiedy istnieje wataha? Będzie więcej członków? Pokażesz nam tereny? Co będziemy tu robić?
- Tadashi! - zrugałem go. - Viento próbuje zjeść w spokoju, podobnie my. Jak się nudzisz to idź popływać lub rób cokolwiek co nie będzie nas denerwować.
- Ależ nic się nie stało - powiedział szybko Viento uśmiechając się przyjacielsko. - Chętnie odpowiem na twoje pytania...
,,On chyba nie wie na co się porywa" pomyślałem uśmiechając się. Tadashi zalał alfę setką pytań, na które nie zwracałem uwagi. Jednak siedzenie cicho nie wydało mi się właściwe. Zwłaszcza, że miałem okazję porozmawiać z Sher...
- A więc, Sherany - zacząłem. - Mamy okazję pogadać...
- Słucham - wycedziła przez zęby wadera darząc mnie kolejnym kpiącym uśmieszkiem.
- Co tak właściwie rozwścieczyło cię we wczorajszym ,,wybryku" Tadashiego? I dlaczego niby miałbym nie żyć?

Chochliku? Wybacz brak weny

Od Sherany ( CD. Vienta ) : Polowanie

- Hm, czemu nie? W zasadzie nic nie jadłam od rana więc... chętnie - mówię z uśmiechem i podbiegam do Vienta. On uśmiecha się do mnie i truchtamy dalej w stronę jedzonka.
- Wiesz... Trochę mało o tobie wiem, a jednak coś powinienem jako Alfa watahy. Więc zacznijmy może od wykształcenia. Masz jakieś?
- Teoretycznie nie, praktycznie całkiem spore. - Szczerzę się.
- Ok. A w takim razie jakie ukierunkowanie?
- Och, raczej magia. Zdecydowanie. Chociaż walka też może być.
- Jesteś pewna? - pyta i mierzy mnie znacząco wzrokiem.
- Ej. To, że jestem taka a nie inna, nie znaczy że nie umiem walczyć, tak?
- Ok, skoro tak. A... rozumiem, że lecznicze nie bardzo?
- No, coś tam umiem, ale nie czuje się w tym dobrze.
- Mhmmmmmm, dobra. Czy w takim razie interesuje cię stanowisko Dowódcy Magów?
- Żartujesz?! Jassssne, że tak! Dzięki! A, no i jeszcze... Nie mogłabym być medykiem ze względów umiejętności...
- A, no właśnie. Jakie są twoje umiejętności i twój żywioł?
- Cóż, żywioły to mam ogień i śmierć - odpowiadam wpatrzona w swoje łapy. Zakładam jednak, że nieco zdziwiłam Vienta bo ten zatrzymał się na chwilę. - A zdolności... Mam trzy. Pierwsza i najważniejsza: nie próbuj mnie dotknąć. Jak to zrobisz, to zwyczajnie zginiesz. A pozostałe dwie... Czekaj, jedną ci może pokażę, ok? Tylko... się nie przestrasz - ostrzegam i staję na przeciwko wilka. Podnoszę wzrok i skupiam energię, by... sprawić, że wilk stoi nieruchomo. Odsuwam się i zabieram energię. Viento zamyka oczy, otrząsa się i spogląda na mnie.
- Orzesz! Potrafisz kogoś sparaliżować?! Tylko na niego patrząc? Nooo, dziewczyno!
- Taaaak, przydatne. Serio. - Uśmiecham się na myśl o wczorajszym incydencie z Tadashim.
- A trzecia? - dopytuje Viento.
- A to... Zobaczysz, jak znajdziemy jedzenie. - Uśmiecham się pod nosem i przyspieszam kroku.
Kilka minut później, w których znalazła się w skrócie, bardzo dużym skrócie, moja historia, Viento wpada na trop zwierzyny. Rozglądamy się i w pewnym momencie naszym oczom ukazuje się całkiem spore stadko saren. Jest też jeden jeleń i to właśnie jego początkowo chcemy upolować ale kiedy zauważam ranną i starą samicę, wybieramy ją.
- Dobra. To ja ją... - zaczyna Viento ale mu przerywam.
- Pozwól, że ja przejmę pałeczkę.
- A, tak. Umiejętność. Ale ja dokończę dzieła, tak?
- Tak. Dam ci znać.
Podchodzę więc na odległość 5 metrów od sarny, chowam się w krzakach i wypuszczam z łapy opary. Są jak czarne węże wijące się w stronę ofiary. Kiedy ją dopadają, sarna zaczyna się szamotać. Staje się łatwą ofiarą. Odwracam się do Vienta i kiwam głową. Wilk rzuca się na sarnę, a ja steruję oparami, by nie dosięgnęły Alfy. W końcu sarna umiera, a ja zabieram opary i podchodzę do truchła.
- Widzisz? Wcale nie trzeba pościgu czy innych tam... wymysłów.
- Mhm, jak się jest tobą albo twoim... sprzymierzeńcem - śmieje się Viento. Odpowiadam mu szelmowskim uśmiechem i zabieramy sarnę pod Wodospad.
Mija trochę czasu zanim jesteśmy na miejscu. Jest ciemno i zrobiło się chłodniej ale przyjemnie.
- No, dobra. To ja pójdę po chłopaków - proponuję a Viento kiwa głową.
Odbiegam do jaskini i tam znajduję Tadashiego grzebiącego coś przy kamieniach oraz Azazela leżącego na ziemi.
- Chłopaki, żarełko na zewnątrz. Idziecie? - zawiadamiam.
- Z twoim jadem? Nie dzięki - burczy Aza. Przewracam oczami i wzdycham.
- Dashi?
- Tak, dzięki. Już idę - mówi z uśmiechem i po chwili wychodzi z jaskini.
- A ty? E, królewicz. Idziesz czy nie? - pytam złośliwie Azazela, robiąc dwa kroki w jego stronę.

                                                                       Azazel?

niedziela, 15 lutego 2015

Od Vienta ( CD. Tadashiego )

Siedziałem nad brzegiem Szafirowego Wodospadu.W zamyśleniu oglądałem ostatnie promienie słoneczne odbijające się w wodzie.Nagle wyczułem jakiś ruch.Szybko odwróciłem głowę.Moim oczom ukazała się Sherany w towarzystwie jakichś dwóch wilków.Jeden z nich wyprzedził towarzyszy i podbiegł do mnie.
- Cześć !-rzucił przyglądając mi się z wesołą miną.
- Witam -odparłem -Jak cię zwą ?
- Jestem Tadashi ,a to -tu wskazał na drugiego wilka -jest mój brat , Azazel.
- A mnie już znasz -dodała Sher.
Potaknąłem głową.
- Mam dla was propozycję...
- Już im mówiłam -przerwała Sher.
- Dziękuję ci.-powiedziałem zwracając się w stronę wadery -A wracając do sedna rzeczy...Mam jedno pytanie : dołączycie do Watahy Szafirowego Wodospadu ?
Bracia spojrzeli po sobie.
- Ja nie...-zaczął Azazel jednak Tadashi nadepnął na niego swoją łapą i dokończył za basiora.
- My nie mamy nic przeciwko temu.Z chęcią przystaniemy na twoją propozycję.
- Dobrze.Może na razie pokażę wam jaskinie.
Z tymi słowy wstałem i ruszyłem przed siebie.Cała trójka poszła za mną.

- To tu -wskazałem na wielką skalną ścianę porośniętą mchem.Widniało w niej mnóstwo otworów prowadzących do jaskiń -A teraz krótkie wyjaśnienie :
Na północy znajduje się las Lannuku -pod żadnym pozorem do niego nie wchodźcie....
- Dlaczego ? -spytał Tadashi wychodząc z jednej z oglądanej przez niego jaskiń.
- Ponieważ las zagraża świadomości każdego wilka...Dalej...W centrum  terenów watahy znajduje się Wielki Wodospad ,którego wody łączą się z przepływającą przez całe terytorium rzeką Riyomą.Na zachodzie znajduje się Równina Hirome oraz góry Tetras ,które widać ze szczytu Wodospadu.Na wschód od naszego obecnego położenia znajdują się Szmaragdowe Jeziora...no i jest jeszcze Ścieżka -pod żadnym pozorem nią nie podążajcie.
- To tyle ?-spytał Azazel.
- Tak.To tyle.
Basior odwrócił się ,więc i zniknął w jednej z jaskiń.Brat ruszył za nim.
- Ładnie tu -zauważyła Sher.
- Tak ,lecz najlepsze widoki są z wierzchołka Szafirowego Wodospadu.Wtedy można zobaczyć prawie całe terytorium naszej watahy.
- Hmm...Załóżmy ,że jestem na granicy watahy.Skąd poznam ,że właśnie w tym miejscu ,w którym bym stała jest granica ?Może byłaby ona kilka metrów dalej ?
- Uwierz mi ,że poznasz.Wystarczy ,że dobrze się przyjrzysz ,a zauważysz zmianę w otoczeniu.
Po tych słowach ruszyłem się z miejsca i podążyłem w stronę Szmaragdowych Jezior.Miałem nadzieję zapolować tam na jakiegoś jelenia.
- Gdzie idziesz ?-z zamyślenia wyrwał mnie głos wadery.
- Zapolować.Chcesz iść ze mną ?

                                 Sher ?

Od Tadashiego ( CD. Sherany ) : Krótka rozmowa

- To...taka moja dziwna umiejętność - wyjaśniłem. - Moim żywiołem jest czas. Wiem jak to absurdalnie brzmi, ale nie umiem "przenieść się" w czasie, a jedynie zaglądnąć do przeszłości jakiejś rzeczy...lub wilka.
- I jak ty to robisz?
- Wystarczy, że czegoś dotknę...Ale spokojnie! Panuję nad tym - powiedziałem z uśmiechem gdy wadera odsunęła się o krok.
- Ale...ty widziałeś...to, zanim się spotkaliśmy. Bo przecież później wcale mnie nie dotknąłeś - zauważyła wilczyca.
- To przez twoją apaszkę. Musiało zostać na niej coś twojego, chociażby włos. Nadepnąłem na nią i...tadaa! - uśmiechnąłem się blado i skupiłem na marszu.
Wadera przez parę minut siedziała cicho. Po chwili zapytała:
- Mogę mówić na ciebie Dashi?
Spojrzałem na nią pytająco.
- Lepiej nie pytaj - odparła wadera, po czym skrzywiła się i znowu warknęła coś do Drew, czy jak tam nazwała swoją "towarzyszkę".
- Pewnie - odpowiedziałem. - Nie przeszkadza mi to. I o ile dobrze pamiętam to jeszcze się nam nie przedstawiłaś.
Wilczyca wzruszyła ramionami jakby mówiła ,,A co mi szkodzi" i odpowiedziała:
- Sherany. Ale jeśli któryś z was się tak do mnie odezwie to ukatrupię!
Aza parsknął coś pod nosem. Zignorowałem go.
- To jak w takim razie mam się do ciebie zwracać? Cenię sobie swoje życie - odparłem z lekkim uśmiechem.
- Sher. Albo Chochlik.
- To drugie przezwisko chyba rozumiem...
Sher parsknęła śmiechem. Szczerze, to wcale nie była taka zła jak mi się wydawało.
W końcu dotarliśmy z powrotem do wodospadu. Ostatnie promienie słońca mieniły się w wodzie niczym rozedrgane płomyki. Na brzegu siedział niebieski wilk...
Zachłysnąłem się powietrzem.
- Aza! To ten wilk z mojej wizji!
Azazel i Sher spojrzeli na mnie równocześnie.
- W jakiej wizji? - rzucił Azazel.
- Wodospad! Widziałem jego przeszłość i dam głowę, że widziałem moment założenia tej całej watahy! Haha! Wiedziałem! - powiedziałem tryumfalnie i podbiegłem do wilka by się przywitać.

Sher?  Viento?

sobota, 14 lutego 2015

Od Sherany ( CD. Tadashiego ) : Skąd oni się wzięli ?

- Ech, ja się stęskniłam? Kto cię tak perfidnie okłamał? - udaję niedowierzanie. Zel przewraca oczami ale milczy. - Nie głąby. Okazuje się, że koło wodospadu jest wataha i teraz też jesteśmy na jej terenach z tego co czuję. Wataha Szafirowego Wodospadu. Alfą jest Viento, taki spoko wilk co mieszka koło wodospadu. Przyjął mnie do watahy i kazał mi was znaleźć. Nie myślcie, że jestem tym pomysłem urzeczona, wręcz przeciwnie ale skoro nie chcecie, to chętnie powiem biednemu Viento, że niestety, nie dołączycie do watahy i tyle - wyjaśniam i wzruszam barkami. Proszę, nie. Proszę, proszę, proszę!, myślę.
~~ A wiesz co ja myślę? Że oni nie są tacy źli. Mogłabyś się z nimi zakumplować, obaj są całkiem przystojni więc...
- Zamknij się Drew! - szepczę wściekle. - Wcale nie są!
- Rany, ty serio gadasz z wewnętrznym głosem. Jesteś stuknięta! - zauważa bardzo w porę Azazel.
- Jakbym nie wiedziała... To co? Idziecie ze mną czy nie?
- Oczywiście, że n... - zaczyna Zel ale brat naciska mu mocno na łapę.
- Tak. Zaprowadzisz? - kończy po swojemu Tadashi.
- Skoro tak. Okey, tylko nie wleczcie się - ostrzegam i zawracam.
Kiedy idziemy, słyszę przyciszoną rozmowę wilków. Azazel nie jest zadowolony z decyzji brata ale Dashi go olewa i twierdzi, że za niedługo się przekona, że to był dobry pomysł. Że ja jestem w porządku, tylko teraz jestem na nich wkurzona.
W zasadzie Tadashi nie jest taki zły. Może ma ten swój dziwny dar i owszem, nie podoba mi się to, że wie o mnie... wszystko, ale każdy ma swoje jakieś dziwactwa i nic na to nie poradzimy. Bardziej mnie ciekawi o co chodzi z Azazelem. Przecież on... on mnie dotknął. Po raz pierwszy w życiu ktoś mógł mnie dotknąć i nie zginął. To na prawdę dziwne ale... Właśnie dlatego mnie wkurza. Nie chcę żeby to on miał takie prawo. Mogłam mu nie mówić... Ale z drugiej strony... I tak by się dowiedział co ze mną jest nie tak.
Nagle zauważam, że Tadashi idzie równo ze mną i jest totalnie wyluzowany. Patrzę na niego kątem oka.
- Więc... Skąd wiesz o mnie aż tyle? No bo wybacz, ale nie przypominam sobie, żebym kiedyś miałam takiego przyjaciela, któremu się zwierzałam... W ogóle nie przypominam sobie, że miałam przyjaciela... - śmieję się. Tadashi zerka na mnie niepewnie, bierze wdech i ....

Tadashi?

piątek, 13 lutego 2015

Od Tadashiego (CD. Sherany )

Bycie sparaliżowanym to okropne uczucie. Nie mogłem nawet mrugnąć. Tylko obserwowałem jak wadera odchodzi nabuzowana, a Azazel odprowadza ją morderczym spojrzeniem. Dopiero po jakiejś godzinie, gdy zdążyłem cały zdrętwieć, odzyskałem czucie w całym ciele. Było to tak gwałtowne, że upadłem na pysk. Aza wstał i obejrzał się na słońce. Było dopiero popołudnie.
- Dasz radę iść? - spytał.
- Tia... - usiadłem i pomasowałem się po pysku. Spojrzałem na szczyt wodospadu, za którym znikła tajemnicza wilczyca. - To co teraz?
- Na pewno nie będziemy się użerać z tą jędzą. Mam jej powyżej uszu.
- Przyjście tutaj nie było dobrym pomysłem - stęknąłem próbując wyprostować łapy. - Watahy też tu nie ma...prawdopodobnie.
- Nawet jeśli jest, to nie zniosę więcej takich jak ona - Aza ruszył ścieżką na zachód. - Idziemy Tadashi.
Ostatni raz spojrzałem na wodospad. Przed oczami przeminęła mi przeszłość tego miejsca. Wydawało mi się, że widziałem w tej wizji jakiegoś niebieskiego basiora. Utrwaliłem ją w pamięci. Czułem, że będziemy musieli tu wrócić.

- Tadashi, rusz ten zad! - krzyknął Azazel patrząc dalej przed siebie w zachodzące słońce. - Zaraz będzie noc!
Mruknąłem tylko coś niezrozumiałego. Nieznacznie przyspieszyłem kroku. Nagle Azazel obejrzał się i zesztywniał. Już myślałem, że znowu się na mnie wydrze, ale basior patrzył w jakiś punkt za mną. Zatrzymałem się i spojrzałem w tył.
- No ja nie wierzę - skomentował Az i podszedł do mnie.
Biegła do nas ta sama wadera, którą spotkaliśmy pod wodospadem.
- Czego chcesz? - warknął Azazel kiedy do nas dotarła. - Mało ci?
- Aza, spokojnie - powiedziałem. Zmierzyłem jednak przybyszkę równie podejrzanym spojrzeniem. Unikałem jednak kontaktu wzrokowego z obawy, że znowu mnie sparaliżuje.
Wadera usiadła i podniosła łapę na znak, że musi odetchnąć. W końcu odpowiedziała:
- Szukam was już dwie godziny...
- Co? Stęskniłaś się? - rzucił Aza. Nadepnąłem mu na łapę. Skinąłem głową wilczycy aby dokończyła.

Sher? Czekamy na wyjaśnienia...

Od Sherany ( CD. Vienta )

Budzę się powoli. Macki świadomości sięgają moich łap i w końcu wynurzam łeb nad powierzchnię snu. Otwieram oczy, najpierw jedno potem drugie. Ziewam szeroko, a następnie przeciągam się i staję na łapy.
No, to teraz chyba proste, co zrobię? Jassssssssne, że skoczę z wodospadu! Tak więc sprawdzam czy nikogo tam na dole nie ma, ale jest pusto. Tadashi i Azazel, czy też jak postanowiłam ich nazywać, Dashi i Zel, widocznie sobie już poszli. Mniejsza o to.
Odchodzę trzy kroki do tyłu, schylam się jak na polowaniu, wywalam jęzor na wierzch i rozpędzam się. Skok. Wydzieram się jak zwykle, bo znów płonę adrenaliną. Chcę więcej, nie chcę nic innego, bo płonę...
Wpadam do lodowatej wody. Ona mnie uspakaja, uśmierza żar. Wypływam na powierzchnię i biorę głęboki wdech. Śmieje się cicho... Znaczy, jak na mnie cicho i wychodzę z wody. Staję na ziemi i oczywiście, nic nie widzę.Grzywka jest zbyt mokra.
- Wszystko w porządku? - słyszę głos tuż przy uchu. Już zaczynam się palić, że to Zel i Dashi ale gdy podnoszę grzywkę, widzę zupełnie inny pysk, nieznajomy. Toteż uśmiecham się szeroko, robię krok w bok i otrzepuję futro.
- Jasssssssssssssne, że w porządku! Ten wodospad jest najlepszy do skakania. Próbowałeś?
- Nie... - mówi. - Jeszcze - dodaje po chwili widząc moją minę. Zerkam na niego szybko.
- Skąd się tu wziąłeś? Jest tu jakaś wataha czy coś? Bo wczoraj spotkałam takich dwóch pacanów, znaczy mi się tacy wydali, i oni się właśnie też pytali czy jest tu jakaś wataha, ale nie wiem i sobie poszli. - wyjaśniam szybko, na jednym wdechu dlatego teraz szybko wciągam powietrze do płuc.
- Aha - mówi po chwili. Patrzy na mnie, widać że wydaję mu się dziwna. Ale... komu się taka nie wydaję?! - No, ekhem, tak jest wataha. Wataha Szafirowego Wodospadu. Z tym że... No, na razie jestem tylko ja, bo dopiero co ją zakładam także jakbyś chciała dołączyć...
- Ten wodospad należy do terenów? - przerywam mu.
- Tak, należy. Ten i jeszcze jeden, większy. Ale nikt wcześniej z niego nie skakał więc...
- Więc będę pierwsza. Ok, w takim razie mogę dołączyć. Jestem Sherany, ale mów mi Sher lub Chochlik. Może kiedyś ci wyjaśnię, dlaczego można też Erany - śmieję się.
- Serio? To witaj w Watasze Szafirowego Wodospadu! Jestem Viento.
- Dzienki - śmieję się, a on na to słowo, które nie jest zbytnio... poprawne podnosi brew do góry na co ja odpowiadam tylko uśmiechem.
- A, wspominałaś coś o dwóch podróżujących wilkach... Mam prośbę, mogłabyś ich odszukać i przyprowadzić lub po prostu zapytać czy by się nie przyłączyli?
- Eh, skoro chcesz... Dobra, ale muszę wtedy mieć miejscówkę daleko od nich.
- Możesz spać na górze, jak dzisiaj, nie? - proponuje Viento.
- O! I to jest pomysł! Dzięki! - cieszę się i szczerzę. Szturcham Vienta po przyjacielsku w bark ,a potem odbiegam po ścieżce, żeby znaleźć Tadashiego i Azazela.

Chłopaki? Znajdę was ?

czwartek, 12 lutego 2015

Od Vienta

Wadera odwróciła się i  ruszyła w stronę Ścieżki prowadzącej do lasu Hiyomy. Podbiegłem do niej.
- Nie radzę tędy -powiedziałem.
Mary ,, zmarszczyła brwi ''.
- Niech zgadnę...- zamyśliła się na chwilę - Za tymi krzaczkami czeka na mnie potwór ?Albo jest to przeklęte miejsce ,które...
-  Po prostu wyświadczam ci przysługę -daję ci dobrą radę.Lepiej nie wchodzić do lasu Hiyomy.
Mary wyglądała na lekko przerażoną ,jednak wiedziałem ,iż jedynie udawała.
- No dobrze -westchnęła teatralnie -skoro tak mi radzisz...a więc bywaj druhu !
Wilczyca ,jakby nigdy nic ,ruszyła dalej nie zmieniając kierunku marszu.
- Zaczekaj !
Mary odwróciła swój łeb w moją stronę.
- Mam dla ciebie propozycję -powiedziałem.
- Zamieniam się w słuch.
- Czy nie chciałabyś dołączyć do watahy ? Wybrać życie w społeczności ?
- Skąd ta pewność ,że już do jakiejś nie należę ?Wiesz...pozory mylą -skomentowała.
- Wyglądasz mi na pojedynczego podróżnika.Ale masz rację : nie mam pewności czy jednak do jakiejś już należysz.
Po tych słowach zapadła cisza. Z oddali dobiegał szum wód rzeki i gałęzi drzew.Gdzieniegdzie dało się słyszeć trel ,któregoś z ptaków.
- No ,cóż...Mimo wszystko moja propozycja jest nadal aktualna.Mam nadzieję ,że przynajmniej ją rozważysz -powiedziałem i odwróciłem się. Powolnym ,wręcz sennym krokiem udałem się do swojej jaskini leżącej niedaleko Wielkiego Wodospadu ,zwanego również Szafirowym Wodospadem.
Kiedy dotarłem na miejsce ,ledwie przekroczyłem próg jaskini ,a już zmorzył mnie sen.Powieki opadły ciężko ,a oddech wyrównał się.Zasnąłem.

Obudził mnie przeraźliwy wrzask.Nie zdążyłem nawet dojść do siebie po głębokim śnie kiedy zerwałem się na równe łapy.Nadstawiłem uszu.Krzyk ,pisk ,chlupot wody ,śmiech...Co się dzieje ?-pomyślałem.Czym prędzej pobiegłem w miejsce ,z którego dosłyszałem owe dziwne odgłosy.Gdy dotarłem na miejsce przed moimi oczyma ukazał się Szafirowy Wodospad - dumnie prezentując całą swą okazałość.Tegoż jednak dnia ( jak i wczorajszego ) nie spoglądałem na szafirową wodę ,która spływa z niego kaskadami ,czy na pojedyncze kropelki mieniące się kolorami tęczy.Moją uwagę przykuła tajemnicza postać ,która ni stąd ni z owąd wspięła się na samą górę wodospadu i zeskoczyła -wprost w pieniącą się wodę.Chwilę później wyszła z niej niska i szczupła wadera o ciemnym kolorze futra ,które ociekało wodą.Oczy przesłaniała jej mokra grzywka.
- Wszystko w porządku ? -spytałem.w końcu nie codziennie spotyka się waderę ,która w ramach ekstremalnych ćwiczeń skacze z wodospadu.
Wilczyca odgarnęła grzywkę z oczu i spojrzała na mnie.Ku mojemu zdumieniu szeroko się uśmiechnęła.

                                                                        Sherany ?

wtorek, 10 lutego 2015

od Mary(CD. Vienta)

Otworzyłam oczy obudzona cichym szelestem. Mój wzrok napotkał na swej drodze jakiś obiekcik. Po chwili domyśliłam się iż musi to być tak zwana łapa. Powiodłam wzrokiem w prawo i zarejestrowałam jeszcze trzy łapy. Ziewnęłam. Podniosłam wzrok na właściciela kończyn.
 Okazał się nim czarno-biało-szary basior,a przynajmniej tak mi się zdawało bo trochu ciemno było i nie jestem pewna czy przypadkiem to szare to tak naprawdę  niebieskie nie było.
-Dobry wieczór-przywitałam się.
-Dobry w rzeczy samej-odparł.
Uśmiechnęłam się, stałam i przeciągnęłam. Spojrzałam na niebo. Aż zagwizdałam z podziwem.
-Ładniejsze niż wczoraj-zerknęłam na basiora-Długo nade mną sterczałeś?
-Chwilkę-odpowiedział prawie ze od razu.
-Chrapię?-przekrzywiłam głowę.
Ten zamrugał zaskoczony.
-Nic nie słyszałem.
-Czyli kuracja działa-stwierdziłam.
Przez chwilę udawałam zamyślenie wpatrując się pieniącą się na kamieniach wodę. W mojej głowie była pustka. Takiej pustki pozazdrościli by mi filozofowie, mędrcy i wszelka istota usiłująca osiągnąć coś wielkiego. Wiadomym wszak jest, że jak posiedzieć trochę z pustym łbem to po ponownym uruchomieniu myślenia do głowy wpadają niesamowite pomysły. Dla mnie takie wyłączenie się jest banalne, bo tak w zasadzie to i tak nie za wiele w głowie mam, więc nie wiele trzeba schować by pustkę takową osiągnąć.
 Spojrzałam na basiora.
-Ach, gdzie moje maniery!-zawołałam choć w zasadzie manier to ja raczej nie mam zbyt dobrych-Mary, do usług.
-Viento.
-Szacun-powiedziałam z udanym podziwem-Rodzice pewnie poeci, co?
-Obawiam się, że nie rozumiem-teraz to on przekrzywił głowę.
-No bo imię za znaczeniem, prawda?
-Noo...
-Ja w prawdzie nie pamiętam tłumaczenia, ale skądś kojarzę.
-Wiatr-mruknął.
Przyszła moja kolej by zamrugała.
-W sensie, że...szybki jesteś?
Viento westchnął wyraźnie już znudzony i lekko poirytowany rozmową. Ja po prostu nie mogłam się nie uśmiechnąć. W ten sam sposób co prawie zawsze...szelmowsko, złośliwie i kpiąco. Kilku moich znajomych uznało go nawet za przerażający, ale to już były wyjątkowe wypłosze.
-Twoja ziemia jak zgaduję-powiedziałam.
-Tak jakby-odparł wyraźnie zadowolony ze zmiany tematu.
-Ładnie tu-pokiwałam głową błądząc wzrokiem po otoczeniu-W takim razie życzę...em...czegoś pozytywnego?-wzruszyłam ramionami po czym wyminęłam go i ruszyłam w kierunku południowym.

Wiej wietrze wiej! Znaczy...Viento?


Od Sherany ( CD. Azazela ) : Że też ja go nie zabiłam

Najpierw jestem całkiem wyprana z emocji. Albo tak nimi naładowana, że ich nie rozróżniam. Następnie podchodzę powoli do białego basiora i patrzę mu głęboko w oczy. Nigdy tego nie robię, bo nie lubię patrzeć w oczy innych. Ale teraz raczej średnio nad sobą panuję więc robię różne rzeczy.
- Nie wiem skąd o tym wiesz, cwaniaczku i nie wiem, z jakiego powodu to mówisz. Nie obchodzi mnie czy robisz to specjalnie, czy też nie. Ale jeśli ci życie miłe, nigdy więcej się do mnie w ten sposób nie odezwiesz. Aczkolwiek wątpię, żebyś jeszcze kiedyś miał okazję. - mówię cicho a potem traktuję wilka swoim pięknym spojrzeniem. Tadashi zamiera w bezruchu. Azazel podbiega do brata, ale widząc że nie może nic zrobić odwraca się do mnie z wściekłością.
- Coś ty mu zrobiła?!
- Spojrzałam mu w oczy.
- Wcześniej też to zrobiłaś i nic się nie stało!
- Bo teraz chciałam, żeby coś się stało. Cena jaką płaci za mówienie tego, czego nigdy nie powinien. Posiedzi cicho, dopóki nie odejdę. Widzi mnie pierwszy raz i od razu zna... Z resztą nieważne. Bardziej mnie ciekawi jakim sposobem mnie dotknąłeś i żyjesz?!
- No jak to jakim? Po prostu, trochę ciepło mi się w rękę zrobiło i nic poza tym. Moim żywiołem jest ogień, twoim też więc...
- Ale ty nie rozumiesz! Nie powinieneś żyć, jasne?!
Wilk siedzi cicho i wpatruje się we mnie. Ja sama jestem tak skołowana jak nigdy. Że też posłuchałam tej idiotki Drew i...
~~ Ej! Ja to słyszę! I nie jestem idiotką!
- Dobra, dobra. Spadaj, jasne? Chcę być sama? - mruczę, zapominając o Azazelu.
- Co mówiłaś? - pyta wilk.
- Nic, nie do ciebie.
- Czyli ty serio słyszysz głos... w głowie?
- Nie twoja sprawa! Nie znasz mnie i nie poznasz. - kończę tą bezsensowną rozmowę i wychodzę na wodospad po raz kolejny. Moje kroki są ciężkie i spod łap wydobywa się dym. Nie wiem kim są te wilki ale... Jeden zna moją przeszłość i moje najskrytsze myśli a drugi może mnie dotknąć. Co z tego, że ma ten sam żywioł?! To nic nie znaczy. On powinien nie żyć! Muszę stąd iść. On o mnie zapomni, ja o nim i wszystko będzie po staremu. Ale na razie... Chcę spać. Krótko. Oni tu nie wejdą.
Kładę się na skale, otaczam kręgiem z ognia połączonym z oparami i zasypiam. Każdy, kto spróbuje tu wejść albo się spali albo zostanie "ogłuszony" moim dymem. Proste i praktyczne. Wyśpię się i pójdę dalej.

 Chłopaki? Niesamowite, nikogo nie zabiłam :p

poniedziałek, 9 lutego 2015

Od Vienta

Zwabiony wonią jakiegoś zwierzęcia ruszyłem w jego stronę.Stawiałem powolne i ciche kroki.W końcu stanąłem ,wstrzymałem oddech i wyjrzałem zza drzewa.Przede mną ,jakieś dwadzieścia metrów dalej , stał jeleń.Wyglądał na zdenerwowanego -raz po raz podnosił głowę znad ziemi i rozglądał się ,bacznie ilustrując otoczenie.Chwilę później zwierzę ponownie chyliło łeb w zamiarze skubania pożółkłych już pęków traw.Ustawiłem się w dogodnej pozycji do biegu.Czekałem ,aż ponownie uniesie łeb ,rozejrzy się i opuści go.Wtedy zaatakuję.Jeszcze chwila...jeden moment...Już !Wyskoczyłem zza drzewa i ruszyłem prosto na jelenia.Zdezorientowane zwierzę zaczęło uciekać.Przyśpieszyłem kroku z lekka doganiając swoją ofiarę.Kiedy byłem już pewny jest jest to ta odpowiednia chwila przyśpieszyłem jeszcze bardziej zmuszając kończyny do jeszcze większego wysiłku.Chwilę później odbiłem się tylnymi łapami od ziemi i skoczyłem na uciekające przede mną zwierzę.Mocno złapałem się jego boku wbijając w nie swoje pazury i kły.Jeleń zawył i zaszamotał się w szaleńczym biegu.Ciąłem kłami jego skórę i mięso pod spodem.Zwierzę w końcu zwolniło..Zeskoczyłem na twardy grunt i jednym szybkim ruchem dobrałem się ofierze do gardła.Zwierzę padło momentalnie.Nie żyło.
Położyłem się na ziemi  zmęczony po gonitwie za posiłkiem.W końcu  , z trudem i wielką niechęcią ,wstałem z ziemi pokrytej miękkim mchem.Przystanąłem przed ciałem jelenia leżącym bezwładnie w cieniu jednego z drzew.
- Wybacz -zwróciłem się w stronę ofiary -Ale takie jest już życie.Ty zjadłeś trawę ,ja -zjem ciebie.
Zbliżyłem pysk do ciała jelenia ,chwilę później rozszarpując je i zjadając.Pomimo ,iż byłem niewiarygodnie głodny zjadłem tylko połowę tego co było do skonsumowania.Zostawiając ,dość spore resztki mięsa ,ruszyłem przed siebie licząc ,że niedługo na mojej drodze pojawi się rzeka Riyoma. Uznałem ,iż przydałoby się ,, zmazać '' zakrzepłe plamy krwi na sierści.

Słońce chyliło się ku zachodowi odbijając w tafli rzeki swój kształt ,barwy...Nie zważałem jednak na to zjawisko.Zanurzyłem się w wodzie do połowy łap ,lecz chwilę później zniknąłem pod nią już na dobre.Panował tam przyjemny chłód ,czułem jak prąd rzeki łaskocze mnie w plecy.Po chwili jednak wynurzyłem się łapiąc w płuca tyle powietrza ile tylko zdołam zmieścić.
Leniwie ruszyłem w stronę jaskini.Dzień się kończył ,a ja szczerze powiedziawszy zmęczyłem się na spotkaniu z jeleniem.Ziewnąłem szeroko czując jak powieki zaczynają powoli opadać.
Nagle ,niespodziewanie ,mój wzrok natrafił na jakąś dziwną postać skuloną pod jednym z drzew nieopodal rzeki.Ponieważ słońce prawie schowało się za horyzontem , ustępując księżycu i gwiazdom ,na ziemi zaczął panować mrok.Zbliżyłem się w stronę postaci przyglądając się jej z uwagą.Była to wadera o czarnym lub brązowym kolorze futra.Sądząc po jej równomiernym oddychaniu -spała.Już miałem się oddalić ,kiedy nagle tajemnicza wadera otworzyła oczy.

Mary ?


niedziela, 8 lutego 2015

Od Azazela ( CD. Sherany ) : Kolejny odpał

- Zaczekaj! - powiedziałem starając się zachować spokój.
Wadera ani myśli się zatrzymywać. Ta jędza zaczyna mi już grać na nerwach. Podbiegłem do niej, chwyciłem za ramię zanim zaprotestowała i zdecydowanym ruchem obróciłem w swoją stronę.
- Nie dot... - urwała w pół słowa i spojrzała na moją łapę, nadal spoczywającą na jej ramieniu.
Poczułem jak futro wadery nagrzewa się. Pojawił się dym i moja łapa zaczęła płonąć. Nieznajoma odskoczyła na wpół wystraszona sytuacją, jakby nie pierwszy raz coś takiego się działo. Usiadłem i z zaciekawieniem wpatrywałem się w ogień.
- Miło spotkać kogoś z podobnym żywiołem - powiedziałem uśmiechając się jednym kącikiem pyska.
- Ty...ty dalej żyjesz?! - palnęła wilczyca.
- A co? Nie powinienem?
Tadashi przyglądał się całej scenie z niemal rozbawieniem. Zgasiłem płomień wolą i jeszcze raz podjąłem próbę konwersacji:
- Ten wodospad na pewno nie należy do mnie, a tym bardziej to Tadashiego...
- Hej!
- Zamknij pysk, braciszku! - znów zwróciłem się do wadery: - Może więc TY wiesz do kogo?
Wilczyca po raz kolejny obdarzyła mnie kpiącym uśmiechem.
- No to kicha złotko! Nie jestem tutejsza - odpowiedziała. - I radzę wam żebyście mnie nie śledzili...
- Ach tak? - wypaliłem wstając i starając się patrzeć na waderę z góry, co biorąc pod uwagę, że jest ode mnie niższa, dało niezły efekt. - Nie dość, że oskarżasz nas o kradzież, to jeszcze o szpiegostwo? Za kogo ty nas masz?
- A bo ja wiem? Trochę za dużo do wymieniania - wilczyca miała w swoich słowach więcej jadu niż żmija.
- Aza, uspokój się... - rzucił Tadashi przywracając mnie do porządku. Nie na długo.
- Lepiej posłuchaj brata - dorzuciła wadera i odwróciła się by odejść. - Chcę zostać SAMA!
- Wcale tego nie chcesz...
Oboje spojrzeliśmy zdziwieni na Tadashiego. Wilk wpatrywał się jak zahipnotyzowany w szafirową wodę. No nie, znowu się zaczyna - pomyślałem.
- Zawsze byłaś sama - głos zdecydowanie należał do Tadashiego, ale brzmiał obojętnie, jakby był wyprany z emocji. - Nawet rodzice cię zostawili. Żadna wataha cię nie akceptuje. Jedynym twoim towarzyszem jest bezcielesny głos w głowie - ostateczny dowód, że postradałaś zmysły... - Tadashi nagle potrząsnął łbem na boki. Spojrzał na nas zdziwiony i powiedział szybko do wadery: - Wybacz! J-j-ja tego nie mówię specjalnie! Znowu odleciałem...
Aż mi się zrobiło żal basiora. Nie panuje nad tym swoim ,,darem". Spojrzałem na waderę niepewny jej reakcji: obrzuci nas obelgami, wymierzy Tadashiemu celny policzek czy po prostu odejdzie? Prawdopodobne było, że zrobi wszystko naraz.

Sher? Nie spal połowy lasu, bo nie mam jak się tłumaczyć...

od Mary:

Nie da się ukryć, że noc była piękna choć niebo zasnuwała gruba warstwa chmur. Powietrze czyste, wiatr dodawał przyjemnego chłodu. Było po prostu cudownie.To znaczy tak by to określił ktoś kogo to rusza.
 W ciszy rozbrzmiewały dwa głosy. Jeden z pewnością należał do basiora, trochę niski, ale w miarę łagodny. Drugi choć dość ładny, słodki, prawie że melodyjny, to jednak przepełniony swego rodzaju pogardą dla rozmówcy. Z pewnością należał do jakiejś podłej, dwulicowej jędzy.
-To głupi pomysł-stwierdził pierwszy głos.
-Nie był mój-odpowiedział drugi.
Na chwilę zapadła cisza równie głęboka co ciemność, która otaczała oboje.
-Nie rozumiem po co ci to-dodał drugi głos, należący do wadery.
-Skoro już mam odejść to chociaż...-urwał.
Wadera nie pozwoliła zdaniu pozostać niedokończonym.
-Z hukiem?-głos był przesiąknięty drwiną.
-Tak...A tak w ogóle to...nie jesteś w moim typie-mrukną basior.
Wadera zaśmiała się.
-Wyobraź sobie, że ja jestem podobnego zdania. Nie wiem jak udało ci się rozkochać w sobie waderę nawet tak jak ona głupią.
-Ej, ej, ej. Uchodzę za nad wyraz przystojnego-nastroszył się pierwszy głos.
-Masz rację...uchodzisz.
Słyszalne było ciche warknięcie.
-Jeszcze nie jest za późno by wycofać się z umo...- nie zdążył dokończyć, rozmówczyni mu przerwała.
-A proszę cię bardzo, ja i tak nie mam z tego korzyści. Działam bezinteresownie-kpina zabrzmiała ponownie-Co najwyżej satysfakcję.
 Chmury rozstąpiły się ukazując księżyc w pełni i gwiazd tak wiele , że nie szło ich zliczyć. Oprócz ciał niebieskich okazali się też właściciele głosów. Jednym z nich był czarny basior z kilkoma białymi kreskami na grzebiecie, a drugim jasnobrązowa wadera. Oboje siedzieli na wzgórzu, obok siebie. Po lekko rozczochranej sierści na bokach można było poznać, że przed chwilą byli do siebie nawet przytuleni.
 Teraz mogę już chyba przejść do pierwszej osoby.
-Sporo się spóźnia jak na psychofankę-mruknęłam oglądając się za siebie-Na pedikiur poszła czy jak?
Tobi wzruszył ramionami.
-A kto ją tam wie. Ostatnio też się spóźniła, ale za to wyszczotkowana była tak , że bałem się ją tknąć żeby czasem nie rozczochrać.
Wyszczerzyłam się. Ten najwyraźniej to zauważył i (najpewniej) w obawie , że za raz wpadnie mi do głowy jakiś głupi pomysł zmienił temat.
-Na tych twoich numerach sporo osób cierpi.
-E tam-machnęłam niedbale łapą udając, że nie zauważyłam podstępu-Ostatnio zyskało dwa na dziesięć, wliczając mnie.
Przewrócił oczami i już, już chciał skomentować gdy powietrze przeszył głos przesączony oburzeniem. Głos piskliwy, oskarżający, głos kogoś zrozpaczonego.
-Jak mogłeś!
Oboje odwróciliśmy się.
-Myślałam, że coś dla ciebie znaczę!-była chyba bliska płaczu- A ty!-teraz(ku memu zdziwieniu) zwróciła się do mnie i to chyba z jeszcze większym wyrzutem-Jak mogłaś go skusić figurą, której nie masz!
Jak dotąd powstrzymywałam się od wybuchu, ale teraz nie wytrzymałam. Prawie popłakałam się ze śmiechu. Nawet jej donośne protesty i szturchnięcia Tobiego nie były w stanie mnie uspokoić.
Dopiero ciąg plugawych wyzwisk, zupełnie do tego piskliwego głosu niepasujących przywrócił mnie do porządku.
-Wybacz-powiedziałam z udawaną skruchą.
-Nie wybaczę!
,,Żeby mnie to tak jeszcze obchodziło" pomyślałam przewracając oczami.
-Jestem pod wielkim podziwem jej zamiłowania do ciebie-szepnęłam basiorowi do ucha-Zamiast chwycić cię za ucho wyżywa się na mnie.
-Nie podaruję!-wykrzyknęła i wystartowała.
Szczerze powiedziawszy miałam teraz ochotę wiwatować, kibicować jej w tym dzikim, bezładnym pędzie, ale niestety obawiam się, że nie mogę. Zdaje się, że w tym jednoosobowym wyścigu pełnię rolę mety.
 Zerwałam się do ucieczki. Nie chodzi mi o to, że się boję, ale nie mam serca odebrać jej satysfakcji płynącej z bycia ścigającym. Niech myśli, że wygrywa. Starałam się nie biec zbyt szybko by się nie zniechęcała.
 Dobiegłyśmy do znajdującego się nieopodal lasu. Wbiegłyśmy między krzaki. Drzewa były grube, wiekowe i jakieś takie dziwne. Wadera zwolniła.
-Starczy-powiedziała przyciszonym, wystraszonym głosem-To Lannuku. Każdy kto tu wejdzie oszaleje.
Zatrzymałam się, obejrzałam.
-Zarówno tobie jak i mnie nic już nie zaszkodzi-powiedziałam z typowym sobie uśmieszkiem.
Ta warknęła i wznowiła pogoń. Ruszyłam dalej przez las. Przebiegłam przez dziwne, małe, błękitne roślinki. Przede mną malował się most nad wielką rozpadliną. Uśmiechnęłam się do swoich myśli. Skoczyłam. Przeturlałam się po deskach i o mało nie spadłam pod wpływem pędu. Podniosłam się i spojrzałam na oszołomioną waderę. Ta rozejrzała się dookoła. Jej oczy były po brzegi wypełnione obezwładniającym strachem. Położyła uszy, podkuliła ogon i uciekła.
 Mój śmiech był penie słyszalny aż na tamtym pagórku na którym pozostał Tobi. Choć pewnie już dawno zwiał, zgodnie z umową.

 ,,On dostał wolność, a ja satysfakcję" pomyślałam podnosząc wzrok na prażące słońce.
 Noc spędziłam po drugiej stronie lasu Lannuku. Teraz widziałam przed sobą błękitną linię-rzekę. Z tego co mi wiadomo nazywają ją Riyomą. Położyłam się w cieniu jednego z drzew i zasnęłam.