niedziela, 8 lutego 2015

od Mary:

Nie da się ukryć, że noc była piękna choć niebo zasnuwała gruba warstwa chmur. Powietrze czyste, wiatr dodawał przyjemnego chłodu. Było po prostu cudownie.To znaczy tak by to określił ktoś kogo to rusza.
 W ciszy rozbrzmiewały dwa głosy. Jeden z pewnością należał do basiora, trochę niski, ale w miarę łagodny. Drugi choć dość ładny, słodki, prawie że melodyjny, to jednak przepełniony swego rodzaju pogardą dla rozmówcy. Z pewnością należał do jakiejś podłej, dwulicowej jędzy.
-To głupi pomysł-stwierdził pierwszy głos.
-Nie był mój-odpowiedział drugi.
Na chwilę zapadła cisza równie głęboka co ciemność, która otaczała oboje.
-Nie rozumiem po co ci to-dodał drugi głos, należący do wadery.
-Skoro już mam odejść to chociaż...-urwał.
Wadera nie pozwoliła zdaniu pozostać niedokończonym.
-Z hukiem?-głos był przesiąknięty drwiną.
-Tak...A tak w ogóle to...nie jesteś w moim typie-mrukną basior.
Wadera zaśmiała się.
-Wyobraź sobie, że ja jestem podobnego zdania. Nie wiem jak udało ci się rozkochać w sobie waderę nawet tak jak ona głupią.
-Ej, ej, ej. Uchodzę za nad wyraz przystojnego-nastroszył się pierwszy głos.
-Masz rację...uchodzisz.
Słyszalne było ciche warknięcie.
-Jeszcze nie jest za późno by wycofać się z umo...- nie zdążył dokończyć, rozmówczyni mu przerwała.
-A proszę cię bardzo, ja i tak nie mam z tego korzyści. Działam bezinteresownie-kpina zabrzmiała ponownie-Co najwyżej satysfakcję.
 Chmury rozstąpiły się ukazując księżyc w pełni i gwiazd tak wiele , że nie szło ich zliczyć. Oprócz ciał niebieskich okazali się też właściciele głosów. Jednym z nich był czarny basior z kilkoma białymi kreskami na grzebiecie, a drugim jasnobrązowa wadera. Oboje siedzieli na wzgórzu, obok siebie. Po lekko rozczochranej sierści na bokach można było poznać, że przed chwilą byli do siebie nawet przytuleni.
 Teraz mogę już chyba przejść do pierwszej osoby.
-Sporo się spóźnia jak na psychofankę-mruknęłam oglądając się za siebie-Na pedikiur poszła czy jak?
Tobi wzruszył ramionami.
-A kto ją tam wie. Ostatnio też się spóźniła, ale za to wyszczotkowana była tak , że bałem się ją tknąć żeby czasem nie rozczochrać.
Wyszczerzyłam się. Ten najwyraźniej to zauważył i (najpewniej) w obawie , że za raz wpadnie mi do głowy jakiś głupi pomysł zmienił temat.
-Na tych twoich numerach sporo osób cierpi.
-E tam-machnęłam niedbale łapą udając, że nie zauważyłam podstępu-Ostatnio zyskało dwa na dziesięć, wliczając mnie.
Przewrócił oczami i już, już chciał skomentować gdy powietrze przeszył głos przesączony oburzeniem. Głos piskliwy, oskarżający, głos kogoś zrozpaczonego.
-Jak mogłeś!
Oboje odwróciliśmy się.
-Myślałam, że coś dla ciebie znaczę!-była chyba bliska płaczu- A ty!-teraz(ku memu zdziwieniu) zwróciła się do mnie i to chyba z jeszcze większym wyrzutem-Jak mogłaś go skusić figurą, której nie masz!
Jak dotąd powstrzymywałam się od wybuchu, ale teraz nie wytrzymałam. Prawie popłakałam się ze śmiechu. Nawet jej donośne protesty i szturchnięcia Tobiego nie były w stanie mnie uspokoić.
Dopiero ciąg plugawych wyzwisk, zupełnie do tego piskliwego głosu niepasujących przywrócił mnie do porządku.
-Wybacz-powiedziałam z udawaną skruchą.
-Nie wybaczę!
,,Żeby mnie to tak jeszcze obchodziło" pomyślałam przewracając oczami.
-Jestem pod wielkim podziwem jej zamiłowania do ciebie-szepnęłam basiorowi do ucha-Zamiast chwycić cię za ucho wyżywa się na mnie.
-Nie podaruję!-wykrzyknęła i wystartowała.
Szczerze powiedziawszy miałam teraz ochotę wiwatować, kibicować jej w tym dzikim, bezładnym pędzie, ale niestety obawiam się, że nie mogę. Zdaje się, że w tym jednoosobowym wyścigu pełnię rolę mety.
 Zerwałam się do ucieczki. Nie chodzi mi o to, że się boję, ale nie mam serca odebrać jej satysfakcji płynącej z bycia ścigającym. Niech myśli, że wygrywa. Starałam się nie biec zbyt szybko by się nie zniechęcała.
 Dobiegłyśmy do znajdującego się nieopodal lasu. Wbiegłyśmy między krzaki. Drzewa były grube, wiekowe i jakieś takie dziwne. Wadera zwolniła.
-Starczy-powiedziała przyciszonym, wystraszonym głosem-To Lannuku. Każdy kto tu wejdzie oszaleje.
Zatrzymałam się, obejrzałam.
-Zarówno tobie jak i mnie nic już nie zaszkodzi-powiedziałam z typowym sobie uśmieszkiem.
Ta warknęła i wznowiła pogoń. Ruszyłam dalej przez las. Przebiegłam przez dziwne, małe, błękitne roślinki. Przede mną malował się most nad wielką rozpadliną. Uśmiechnęłam się do swoich myśli. Skoczyłam. Przeturlałam się po deskach i o mało nie spadłam pod wpływem pędu. Podniosłam się i spojrzałam na oszołomioną waderę. Ta rozejrzała się dookoła. Jej oczy były po brzegi wypełnione obezwładniającym strachem. Położyła uszy, podkuliła ogon i uciekła.
 Mój śmiech był penie słyszalny aż na tamtym pagórku na którym pozostał Tobi. Choć pewnie już dawno zwiał, zgodnie z umową.

 ,,On dostał wolność, a ja satysfakcję" pomyślałam podnosząc wzrok na prażące słońce.
 Noc spędziłam po drugiej stronie lasu Lannuku. Teraz widziałam przed sobą błękitną linię-rzekę. Z tego co mi wiadomo nazywają ją Riyomą. Położyłam się w cieniu jednego z drzew i zasnęłam.






Brak komentarzy:

Prześlij komentarz