poniedziałek, 9 lutego 2015

Od Vienta

Zwabiony wonią jakiegoś zwierzęcia ruszyłem w jego stronę.Stawiałem powolne i ciche kroki.W końcu stanąłem ,wstrzymałem oddech i wyjrzałem zza drzewa.Przede mną ,jakieś dwadzieścia metrów dalej , stał jeleń.Wyglądał na zdenerwowanego -raz po raz podnosił głowę znad ziemi i rozglądał się ,bacznie ilustrując otoczenie.Chwilę później zwierzę ponownie chyliło łeb w zamiarze skubania pożółkłych już pęków traw.Ustawiłem się w dogodnej pozycji do biegu.Czekałem ,aż ponownie uniesie łeb ,rozejrzy się i opuści go.Wtedy zaatakuję.Jeszcze chwila...jeden moment...Już !Wyskoczyłem zza drzewa i ruszyłem prosto na jelenia.Zdezorientowane zwierzę zaczęło uciekać.Przyśpieszyłem kroku z lekka doganiając swoją ofiarę.Kiedy byłem już pewny jest jest to ta odpowiednia chwila przyśpieszyłem jeszcze bardziej zmuszając kończyny do jeszcze większego wysiłku.Chwilę później odbiłem się tylnymi łapami od ziemi i skoczyłem na uciekające przede mną zwierzę.Mocno złapałem się jego boku wbijając w nie swoje pazury i kły.Jeleń zawył i zaszamotał się w szaleńczym biegu.Ciąłem kłami jego skórę i mięso pod spodem.Zwierzę w końcu zwolniło..Zeskoczyłem na twardy grunt i jednym szybkim ruchem dobrałem się ofierze do gardła.Zwierzę padło momentalnie.Nie żyło.
Położyłem się na ziemi  zmęczony po gonitwie za posiłkiem.W końcu  , z trudem i wielką niechęcią ,wstałem z ziemi pokrytej miękkim mchem.Przystanąłem przed ciałem jelenia leżącym bezwładnie w cieniu jednego z drzew.
- Wybacz -zwróciłem się w stronę ofiary -Ale takie jest już życie.Ty zjadłeś trawę ,ja -zjem ciebie.
Zbliżyłem pysk do ciała jelenia ,chwilę później rozszarpując je i zjadając.Pomimo ,iż byłem niewiarygodnie głodny zjadłem tylko połowę tego co było do skonsumowania.Zostawiając ,dość spore resztki mięsa ,ruszyłem przed siebie licząc ,że niedługo na mojej drodze pojawi się rzeka Riyoma. Uznałem ,iż przydałoby się ,, zmazać '' zakrzepłe plamy krwi na sierści.

Słońce chyliło się ku zachodowi odbijając w tafli rzeki swój kształt ,barwy...Nie zważałem jednak na to zjawisko.Zanurzyłem się w wodzie do połowy łap ,lecz chwilę później zniknąłem pod nią już na dobre.Panował tam przyjemny chłód ,czułem jak prąd rzeki łaskocze mnie w plecy.Po chwili jednak wynurzyłem się łapiąc w płuca tyle powietrza ile tylko zdołam zmieścić.
Leniwie ruszyłem w stronę jaskini.Dzień się kończył ,a ja szczerze powiedziawszy zmęczyłem się na spotkaniu z jeleniem.Ziewnąłem szeroko czując jak powieki zaczynają powoli opadać.
Nagle ,niespodziewanie ,mój wzrok natrafił na jakąś dziwną postać skuloną pod jednym z drzew nieopodal rzeki.Ponieważ słońce prawie schowało się za horyzontem , ustępując księżycu i gwiazdom ,na ziemi zaczął panować mrok.Zbliżyłem się w stronę postaci przyglądając się jej z uwagą.Była to wadera o czarnym lub brązowym kolorze futra.Sądząc po jej równomiernym oddychaniu -spała.Już miałem się oddalić ,kiedy nagle tajemnicza wadera otworzyła oczy.

Mary ?


Brak komentarzy:

Prześlij komentarz